Trądzik – choroba nie tylko dojrzewającej młodzieży

acne-1606765_1920-copy

U mieszkańców Paragwaju czy Papui Nowej Gwinei nie spotyka się trądziku. W krajach rozwiniętych choruje na niego ponad 80 proc. osób między 12. a 24. rokiem życia. Ale średnia wieku osób zgłaszających się do lekarza z powodu ropnych krost rośnie. Dlaczego trądzik coraz częściej mają osoby po trzydziestce?

Trądzik zwyczajny (pospolity) jest najczęstszym schorzeniem skóry wieku młodzieńczego. Charakteryzuje się łojotokiem oraz powstawaniem zaskórników, grudek i krost w miejscach bogatych w gruczoły łojowe (czoło i centralna część twarzy, czyli tzw. strefa T, ramiona, okolica między łopatkami oraz górna część klatki piersiowej).

Trądzik zwyczajny, choroba uważana za ósmą najczęstszą na świecie, dotyka 9,4 proc. populacji ogólnej i nawet 90 proc. osób w okresie dojrzewania.

Szczyt zachorowań u dziewcząt występuje nieco wcześniej – pomiędzy 14. a 17. rokiem życia (pierwsze objawy mogą się zacząć ok. 11-12 roku życia, tuż przed pierwszą miesiączką), a u chłopców między 16. a 19. rokiem życia. Pojawiają się wtedy mniej lub bardziej nasilone zmiany skórne. Zaostrzenia objawów występują u ok. 10 proc. osób. Stwierdzono, że im wcześniej pojawia się trądzik, tym większe prawdopodobieństwo jego ciężkiego i długotrwałego przebiegu.

Dlaczego niektóre osoby mają trądzik, a inne nie?

Wystąpienie trądziku jest wynikiem współdziałania wielu czynników, w tym także predyspozycji genetycznej (jest większe prawdopodobieństwo wystąpienia choroby, gdy okaże się, że np.: rodzice lub dziadkowie też na nią chorowali).

Do najważniejszych procesów związanych z powstawaniem zmian trądzikowych zalicza się:

  • Nadmierną produkcję łoju (za rozwój zmian trądzikowych odpowiada zwiększona produkcja łoju na skutek różnych zmian hormonalnych);
  • Zaburzenia rogowacenia ujść mieszków włosowo-łojowych (ich zaczopowanie prowadzi do powstawania mikrozaskórników);
  • Namnażanie się w gruczołach łojowych bakterii beztlenowych z rodzaju Propionibacterium, głównie P. acnes (sprzyjają temu nadmierna produkcja i gromadzenie łoju oraz zamknięcie ujścia gruczołu łojowego),
  • Stan zapalny. Gdy w obrębie mieszków włosowych dojdzie do nadmiernego namnażania bakterii, powstają wykwity zapalne, takie jak grudki, krosty, guzki, cysty, torbiele.

Dwa pierwsze zjawiska występują m.in. podczas zmian hormonalnych w okresie dojrzewania płciowego, głównie w wyniku zwiększonego wytwarzania hormonów i androgenów. Gruczoły łojowe są przez te hormony stymulowane do większej produkcji łoju w mieszkach włosowo-łojotokowych.

Objawy trądziku

Skórę trądzikową cechuje nasilony łojotok, który powoduje powstanie zaskórników, grudek, krost, nacieków zapalnych i cyst powstających w obrębie mieszków włosowo-łojotokowych.

Trądzik, w zależności od nasilenia zmian skórnych, dzieli się na:

  1. Trądzik łagodny – czyli trądzik zaskórnikowy i łagodne przypadki trądziku grudkowo-krostkowego;
  2. Trądzik średnio nasilony – cięższe przypadki trądziku grudkowo-krostkowego i łagodniejsze przypadki trądziku ropowiczego;
  3. Trądzik ciężki – dotyczy nasilonych zmian ropowiczych, gdy powstają nacieki, cysty i przetoki. W konsekwencji może dojść do powstawania blizn (10 proc. chorych rozwija ciężkie objawy). U kilku procent chorych w miejscu krosty rozwija się czerwony, twardy guz, keloid (inaczej bliznowiec), to rodzaj przerośniętej, zgrubiałej i uniesionej blizny.

Do rzadszych postaci trądziku zalicza się trądzik noworodków i niemowląt oraz trądzik piorunujący (z obecnością objawów ogólnych o ciężkim, szybkim przebiegu).

– Są osoby, u których trądzik zaczyna się dopiero w okolicach trzydziestego roku życia, jest to tzw. późny trądzik – mówi prof. Andrzej Kaszuba, kierownik Kliniki Dermatologii, Dermatologii Dziecięcej i Onkologicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. – Wtedy często już rozwija się wersja zaostrzona choroby, bez etapu zaskórników, tworzą się zmiany ropne.

Rozwój trądziku w wieku dojrzałym również ma podłoże hormonalne. Problemy skórne mogą się pojawić m.in. w zespole policystycznych jajników. U dojrzałych kobiet trądzik mogą hamować przyjmowane leki hormonalne. Gdy je odstawią, bo np. chcą zajść w ciążę, mogą pojawić się objawy choroby.

– U dojrzałych mężczyzn trądzik może się pojawić w konsekwencji stosowania sterydów, to tzw. trądzik kulturystyczny – mówi prof. Kaszuba. – Przy nadmiernym wzroście testosteronu we krwi, w organizmie nasila się proces produkcji dihydrotestosteronu, który w sposób niezwykle agresywny pobudza skórne gruczoły do produkcji łoju.

Czy trądzikiem można się zarazić?

Trądzik nie jest chorobą zakaźną. Nie można się nim zarazić od drugiej osoby.

Czynniki zaostrzające trądzik

Jest wiele czynników, które mają wpływ na pogorszenie trądziku. Jego objawy mogą zaostrzać m.in.:

  • Zaburzenia hormonalne (np. u ok. 60-70 proc. kobiet obserwuje się pogorszenie zmian trądzikowych w okresie przedmiesiączkowym).
  • Dieta
  • Słońce
  • Niektóre leki
  • Stres (nasila nadreaktywność androgenu, hormonu odpowiadającego za wzmożoną produkcję łoju).

Mleko a trądzik

Trądzik jest chorobą zapalną, dlatego dieta powinna być pozbawiona pokarmów o działaniu prozapalnym, a bogata w czynniki działające przeciwzapalnie.

– Dieta jest bardzo ważna w przeciwdziałaniu nasileniu objawów trądziku – podkreśla prof. Andrzej Kaszuba. – Najważniejsze jest unikanie: czekolady i innych produktów zawierających kakao, ostrych przypraw, ale także pikantnego ketchupu czy musztardy oraz ograniczenie spożywania mleka krowiego i jego przetworów.

Wyniki niektórych badań wykazały związek między jedzeniem mleka, a nasileniem objawów trądzikowych. Jeden z sugerowanych mechanizmów dotyczy tego, że w mleku krów jest wysokie stężenie hormonów wzrostu i steroidów metabolicznych, które mają służyć szybkiemu wzrostowi cieląt.

Składnikiem mleka jest m.in. insulinopodobny czynnik wzrostu IGF-1. Wysokie stężenie tego hormonu w osoczu, spowodowanie spożyciem mleka, stymuluje wytwarzanie łoju, powodując natężenie zmian trądzikowych. Zaobserwowano, że kobiety, które mają trądzik mają wyższy poziom tego czynnika.

W 2011 r. „Journal of Amercan Academy of Dermatology” opublikował badanie, w którym chorzy jedli czekoladę. Istotne zmiany w nasileniu trądziku wystąpiły już po jednorazowym jej spożyciu.

U części pacjentów obserwuje się też zaostrzenie choroby po spożyciu innych produktów bogatych w węglowodany proste, takich jak: słodycze czy słodzone napoje.

Jaka dieta zaostrza objawy?

Oprócz IGF-1 także insulina stymuluje produkcję łoju, dlatego chorym zaleca się dietę o niskim indeksie glikemicznym (trzeba ograniczyć cukier, białe pieczywo, biały ryż, które doprowadzają do podwyższenia stężenia glukozy we krwi i insuliny).

Dieta o wysokim ładunku glikemicznym nasila występowanie i natężenie trądziku – mówi prof. Andrzej Kaszuba. – Optymalna jest zbilansowana dieta, bogata w owoce i warzywa, błonnik pokarmowy, ograniczająca spożycie produktów mlecznych, cukrów prostych oraz produktów przetworzonych.

Związek między występowaniem zmian trądzikowych a sposobem żywienia potwierdziły wieloletnie badania licznych plemion, np.: Inuitów zamieszkujący północną Kanadę. Badacze zauważyli, że w populacji osób żyjących w tradycyjnych warunkach i spożywających nieprzetworzoną żywność, nie odnotowano przypadków trądziku. Gdy jednak wprowadzono tam zachodnie zwyczaje żywieniowe – Inuici zaczęli pić słodkie napoje gazowane, wołowinę, produkty mleczne i żywność przetworzoną – także wśród nich zaczęto diagnozować trądzik.

Badano też (głównie na zwierzętach), czy substancje naturalnie występujące w roślinach mają działanie antytrądzikowe. Wykazano, że katechiny zielonej herbaty hamują produkcję łoju. Badania dowiodły także, że resweratrol, występujący w skórce czerwonych winogron, czerwonym winie, orzeszkach ziemnych i morwie ma działanie bakteriobójcze wobec Propionibacterium acnes, a więc bakterii, które biorą udział w powstawaniu trądziku.

W terapii trądziku ważny jest także odpowiedni poziom cynku, który jest potrzebny do rozwoju i prawidłowego funkcjonowania skóry. Badania wykazały, że pacjenci z trądzikiem mają często niedobór tego pierwiastka. Trzeba jednak uważać z jego dawkowaniem, bo wysokie dawki cynku mogą wywoływać niekorzystne efekty żołądkowo-jelitowe i niedobory miedzi.

Czy słońce pomaga w walce z trądzikiem?

W okresie letnim ok. 60 proc. chorych obserwuje poprawę stanu skóry, ale u 20 proc. mogą występować zaostrzenia, zwiększone z wyższą temperaturę oraz wilgotnością.

Latem słońce wysusza zmiany trądzikowe, a opalenizna maskuje zaskórniki. Pacjenci obserwują tymczasową poprawę wyglądu skóry. Jednak nadmierne jej wysuszenie zwiększa produkcję łoju, nasila złuszczanie i sprzyja powstawaniu zaskórników, a następnie także grudek i krost. Później, jesienią dochodzi więc do nasilenia zmian.

Trzeba pamiętać także o tym, że nadmierna ekspozycja na promieniowanie słoneczne zwiększa ryzyko powstania przebarwień pozapalnych w miejscu grudek, krost, a zwłaszcza rozdrapanych zmian.

Trądzik polekowy

Wśród leków nasilających trądzik wyróżnia się: sterydy anaboliczne, glikokortykosteroidy, leki przeciwpadaczkowe, przeciwdepresyjne, przeciwgruźlicze, witaminę B12 oraz barbiturany.

Czy trądzik sam minie?

Trądzik może ustępować spontanicznie przed 20. rokiem życia. Jednak u części pacjentów występuje przewlekły, wieloletni i nawrotowy przebieg choroby. Dlatego, warto podjąć odpowiednie leczenie we wczesnym stadium choroby. To może zapobiec jej rozwojowi, a także powstaniu szpecących blizn i przebarwień.

Wystąpienie zmian trądzikowych wymaga konsultacji dermatologicznej. Opóźnienie wprowadzenia skutecznej terapii i samodzielne „leczenie” trądziku, np. kosmetykami z drogerii, może doprowadzić do rozwoju powikłań.

Jak się leczy trądzik?

Sposób leczenia trądziku zależy przede wszystkim od stopnia jego nasilenia. Leczenie wymaga systematyczności, wytrwałości oraz odpowiedniej pielęgnacji skóry, także po jego zakończeniu.

W łagodnej postaci trądziku wystarczające jest leczenie preparatami miejscowymi o działaniu przeciwłojotokowym, przeciwbakteryjnym, przeciwzapalnym i przeciwzaskórnikowym.

W leczeniu miejscowym stosowane są antybiotyki, retinoidy, kwas azelainowy, kwas salicylowy oraz nadtlenek benzoilu. U osób z umiarkowaną lub ciężką postacią choroby konieczne jest włączenie leczenia ogólnego: antybiotyków lub retinoidów.

Leczenie trądziku ma na celu likwidację lub złagodzenie objawów oraz zapobieganie powikłaniom, przede wszystkim powstaniu blizn. Poprawa po leczeniu nie gwarantuje tego, że choroby pozbędziemy się raz na zawsze. Niekiedy po zaprzestaniu terapii zmiany mogą stopniowo powracać.

Jak pielęgnować skórę w trakcie leczenia?

Skóra osób z trądzikiem ma cechy skóry łojotokowej lub mieszanej. Odpowiednia jej pielęgnacja stanowi istotny element w walce z chorobą. Należy zmywać skórę dwa razy dziennie, używając preparatów dostosowanych do takiej skóry. Stosowane środki nie powinny powodować nadmiernego wysuszenia skóry, które wzmaga produkcję łoju oraz nasila tworzenie zaskórników. Do makijażu należy wybierać kosmetyki, które nie zatykają porów.

– Skórę trądzikową trzeba nawilżać, ale nie można jej natłuszczać – mówi prof. Kaszuba. – W trakcie leczenia korzystne jest stosowanie kosmetyków specjalnie przeznaczonych dla skóry łojotokowej. Nie powinno się u młodych dziewczyn w okresie dojrzewania używać kremów o tłustej i półtłustej konsystencji. Mam pacjentki, u których rozwinął się tzw. trądzik kosmetyczny, związany ze stosowaniem tłustych kremów, zatykających ujścia gruczołów łojowych.

Istnieje także trądzik rozwijający się np.: po pobycie w ciepłych krajach, nazywa się acne mallorca.

– To efekt intensywnego używania kremów z wysokim filtrem – opowiada prof. Kaszuba. – Dziewczyny na wakacjach w ciepłych krajach korzystają z tłustych kremów i gdy wracają z wakacji mają pierwsze objawy trądziku. Tu profilaktyka jest dość łatwa. Trzeba zmienić kremy na takie, które nie zatykają porów.

Prof. Kaszuba podkreśla, że dziewczyny w okresie dojrzewania, które mają zdrową skórę, nie powinny stosować kremów tłustych i półtłustych. Ich skóra może się wydawać sucha, bo z powodu burzy hormonów dochodzi do zaczopowania mieszków włosowo-łojowych, ale jeśli włosy się im bardzo przetłuszczają, to znaczy, że organizm sam produkuje wystarczające ilości łoju. Gdy zacznie się taką skórę natłuszczać, wtedy spowodujemy dodatkowe wydzielanie łoju.

Jakie są najczęstsze błędy w pielęgnacji skóry?

Błędem jest zbyt częste mycie twarzy, stosowanie tłustych kremów, mydeł zasadowych oraz toników zawierających alkohol.

Preparaty przeciwtrądzikowe, oprócz działania pielęgnacyjnego, wykazują działanie lecznicze lub wspomagające leczenie. Preparaty te z reguły zawierają większą ilość i stężenie substancji biologicznie aktywnych, np. witaminy, antyoksydanty, lipidy, peptydy, wyciągi roślinne, retinol, hydroksykwasy, pantenol i wiele innych. Najczęściej są to preparaty hipoalergiczne, bezzapachowe, pozbawione konserwantów i substancji zapachowych, które mogą dodatkowo podrażnić skórę z problemami dermatologicznymi. Odpowiednio dobrany dermokosmetyk może wspomóc leczenie zmian skórnych, jak również stanowić element pielęgnacji skóry po zakończonym leczeniu przeciwtrądzikowym i zapobiegania nawrotowi zmian. Nadużywanie dermokosmetyków przeciwtrądzikowych jest więc niekorzystne. Może bowiem prowadzić do nadmiernego wysuszenia i podrażnienia skóry.

Dlaczego nie można samodzielnie wyciskać zmian trądzikowych?

Ugniatanie lub wyciskanie zaskórników, grudek lub krost nasila miejscowy stan zapalny, zwiększa ryzyko ich wtórnego nadkażenia i może doprowadzić do rozsiewu zmian oraz do powstania szpecących blizn i przebarwień.

– Do oczyszczania twarzy trądzikowej warto korzystać z usług doświadczonej kosmetyczki lub kosmetologa, którzy w odpowiedni sposób usuną zaskórniki – mówi prof. Kaszuba. – Trzeba zabiegi dostosować do stanu skóry.

Co robić, by uniknąć nawrotu choroby?

Ryzyko nawrotu zmian zmniejsza systematyczne leczenie, odpowiednia pielęgnacja skóry trądzikowej, stosowanie odpowiednich kosmetyków oraz unikanie czynników zaostrzających.

Agnieszka Pochrzęst-Motyczyńska (zdrowie.pap.pl)

Szczupli też mogą mieć wysoki cholesterol

young-woman-2699780_1920-copy

Nie tylko osoby otyłe, odżywiające się niewłaściwie i mało aktywne fizycznie mogą mieć wysoki poziom cholesterolu. Takie wyniki badań mogą być również wynikiem choroby genetycznej.

Życie pisze przedziwne scenariusze. Wyobraźmy sobie młodą, niespełna 20-letnią szczupłą dziewczynę, którą ni stąd, ni zowąd zaczynają boleć ścięgna Achillesa. Ból – największy rano – staje się z czasem nie do zniesienia, nie pomagają silne leki z grupy opioidów. Ścięgna są twarde, napięte, mało elastyczne. W końcu dziewczyna przestaje chodzić.

Pacjentką opiekują się ortopedzi, którzy podejrzewając ostry stan zapalny ścięgien, zakładają jej kolejne blokady sterydowe. Bez skutku. W końcu decydują się na operacyjne otwarcie  ścięgna, żeby zobaczyć co się tam dzieje. I okazuje się, że odkładają się w nim złogi cholesterolu.

Po tym zabiegu dziewczyna dostaje skierowanie do internisty. Badania ujawniają, że poziom cholesterolu całkowitego wynosi u niej 279 (norma wynosi 190). Dostaje leki, które pomagają, ale po pewnym czasie zarzuca ich branie.

Ból ścięgna Achillesa powraca po kilkunastu latach. Tym razem cholesterol całkowity wynosi 360. Pacjentka trafia pod opiekę specjalisty, który przepisuje statyny obniżające poziom cholesterolu.

Diabeł tkwi w szczegółach

– Im jakoś szczegół jest bardziej błahy i śmieszny, tym bardziej zasługuje na zbadanie. To samo wydarzenie, które na pozór tylko komplikuje sprawę, rozważone i umiejętnie wykorzystane, najprawdopodobniej posłuży do jej wyjaśnienia – mówi prof. Marlena Broncel z Kliniki Chorób Wewnętrznych i Farmakologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, która opiekuje się opisaną powyżej pacjentką. – Tak było w przypadku bolących ścięgien Achillesa, które były jedynym objawem większego schorzenia.

Wywiad rodzinny przeprowadzony z pacjentką ujawnił, że jej ojciec zmarł tuż po 40-tce na zawał serca, a matka także cierpi z powodu podwyższonego cholesterolu. Te dane, jak i wyniki badań plus objawy odnotowane u kobiety, sugerowały, że może ona cierpieć na hipercholesterolemię rodzinną. To najczęstsza choroba genetyczna występująca w Polsce. Ocenia się, że może na nią cierpieć nawet 200 tys. osób, a zdiagnozowanych jest około 1 procenta. Zwiększa ona 20-krotnie ryzyko wystąpienia chorób  sercowo-naczyniowych, w tym miażdżycy czy choroby niedokrwiennej serca.

– W tym przypadku wszystko wskazywało na to, że mamy do czynienia z hipercholesterolemią rodziną. Należało ją potwierdzić badaniami genetycznymi, ponieważ pacjentka miała dwójkę małych dzieci, które też mogły być chore, zwłaszcza, że u obydwu odnotowaliśmy wysoki poziom cholesterolu – mówi prof. Broncel.

Badania DNA wykazało u pacjentki najczęściej spotykaną w Polsce zmianę genetyczną związaną z hipercholesterolemią rodzinną –  mutację genu receptora cholesterolu LDL. (Są jeszcze znane dwie  – apolipoproteiny B i konwertazy proproteinowej subtiliziny/kexyny typ 9. Taką samą mutację znaleziono u dzieci.

Obniżyć cholesterol za wszelka cenę

Jak zatem leczyć schorzenie uwarunkowane genetyczne i zapobiec chorobom układu krążenia? – Staramy się farmakologicznie obniżyć cholesterolu LDL poniżej 100. Warto też dopilnować właściwej diety i zdrowego trybu życia: cukrzyca, nadciśnienie i palenie papierosów znacznie zwiększają ryzyko sercowo-naczyniowe – mówi prof. Broncel.

W przypadku dzieci, szybkie i właściwe rozpoznanie hipercholesterolemii rodzinnej także jest ważne, bo są leki, które umożliwiają leczenie już od 6 roku życia. Chodzi o to, żeby nie doszło u nich do rozwoju miażdżycy. Hipercholesterolemia rodzinna jest bowiem bardzo poważną chorobą, która może zabić, a leczona skutecznie, staje się mniej groźna i w miarę łatwa do opanowania.

Jeśli więc w naszej rodzinie występowały przypadki przedwczesnych śmierci z powodu chorób serca, wysoki cholesterol, warto zbadać poziom cholesterolu u siebie. Jeśli jest on wysoki, a przyczyną tego stanu rzeczy nie jest nieodpowiednia dieta czy niewłaściwy tryb życia (nadmierne spożywanie alkoholu, palenie papierosów, brak ruchu) należy przeprowadzić badania genetyczne potwierdzające lub wykluczające hipercholesterolemię rodzinną.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Witaminy zawsze są zdrowe?

capsule-1079838_1920-copy

To MIT! Najnowsze badania pokazują, że suplementowanie witamin tylko czasami przynosi korzyści, czasami nie ma znaczenia, a niekiedy wręcz szkodzi.

Jednym z mitów medycznych najsilniej zakorzenionych w powszechnej świadomości jest przeświadczenie, że zażywanie dużej ilości witamin jest zdrowe, a każdy cierpi z powodu ich niedoboru.

Rzeczywistość jest jednak inna. Przegląd badań przeprowadzony w 2012 r. pod kierunkiem Clevy Villanueva z Escuela Superior de Medicina del IPN dowiódł, że spośród 27 analizowanych testów, jedynie siedem wykazało, że suplementowanie witamin ma pozytywny efekt na zdrowie ludzkie. Dziesięć badań wykazało, że preparaty te nie mają żadnego wpływu, a dziesięć – że są wręcz szkodliwe.

Do podobnych wniosków prowadzą analizy międzynarodowego zespołu badaczy pod kierunkiem Gorana Bjelakovica z uniwersytetu w Niszu, obejmujące 78 badań naukowych, które objęły swoim zasięgiem setki tysięcy osób. Ujawniły one, że generalnie zażywanie witamin nie ma większego wpływu na zmniejszenie śmiertelności człowieka. Co więcej, przyjmowanie na własną rękę witamin: A i E może zwiększyć ryzyko śmierci.

Dlatego witaminy lepiej przyjmować po konsultacji z lekarzem.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Kiedy można wykonać farmakologiczne znieczulenie bólu porodowego?

birth-2747055_1920-copy

Nie u każdej rodzącej może być wykonane znieczulenie bólu porodowego, powszechnie nazywane znieczuleniem zewnątrzoponowym. Jest to metoda uznawana za bezpieczną zarówno dla matki, jak i dziecka, ale jak każda procedura medyczna – niesie za sobą pewne ryzyko.

Lekarze określają ją mianem „analgezji regionalnej”. Rozróżniane są jej trzy typy:

– znieczulenie zewnątrzoponowe

– znieczulenie podpajęczynówkowe

– połączone znieczulenie zewnątrzoponowe i podpajęczynówkowe.

Wykonać je może wyłącznie lekarz anestezjolog, a w ośrodku powinna być możliwość przeniesienia kobiety i noworodka na oddział intensywnej terapii.

Idealną sytuacją jest, gdy kobieta ciężarna wstępną kwalifikację do (ewentualnego) znieczulenia przejdzie jeszcze w czasie ciąży. Istotne jest bowiem wczesne określenie wskazań i przeciwskazań do tych zabiegów. Daje to też czas na zadanie przez kobietę pytań i wyjaśnienie wszelkich wątpliwości.

Kolejną kwalifikację anestezjolog przeprowadza już na sali porodowej w porozumieniu z prowadzącym poród specjalistą ginekologiem-położnikiem. Jak z każdą procedurą medyczną, do jej przeprowadzenia wymagana jest świadoma zgoda rodzącej.

Niektóre wskazania do znieczulenia:

– nietolerancja bólu;

– niektóre choroby układu krążenia, np. nadciśnienie tętnicze, zaburzenia rytmu serca, choroba wieńcowa, niewydolność serca;

– niektóre choroby układu oddechowego i płuc, np. mukowiscydoza, astma oskrzelowa;

– niektóre choroby neurologiczne, np. padaczka;

– choroby układu dokrewnego, np. cukrzyca insulinozależna, choroby nadnerczy;

– niewydolność wątroby;

– niektóre choroby oczu;

– stan po transplantacji narządu(ów)

-cukrzyca ciążowa leczona insuliną;

– nadciśnienie indukowane ciążą

– ciąża mnoga.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Tańszy lek zamienny, nie znaczy gorszy

medications-257344_1920-copy

Tańsze odpowiedniki leków oryginalnych, tzw. generyki, mają identyczne działanie i zawierają tą samą substancję czynną – podkreślają polskie instytucje publiczne i naukowe oraz Ministerstwo Zdrowia. Językoznawca prof. Jerzy Bralczyk proponuje, by nazywać je: lek równoważny zamiast „zamiennik”.

W aptekach można spotkać ogłoszenia: „Oferujemy tańsze leki. Proszę pytać farmaceutów”. Obowiązek proponowania i wydawania tańszego zamiennika dotyczy wszystkich tego typu placówek. Farmaceuta wydając leki objęte refundacją ma obowiązek poinformować pacjenta o możliwości kupna leku innego, tańszego niż ten przepisany na recepcie. Nie dotyczy to sytuacji, w której lekarz na recepcie zapisze, „Nie zmieniać” lub NZ. Zamiennik musi zawierać taką samą substancję czynną, dawkę i postać farmaceutyczną. Wydawany lek powinien posiadać to samo wskazanie terapeutyczne.

Wygasa patent, lek tanieje

Lek generyczny, lek odtwórczy, generyk – to określenie leku będącego zamiennikiem leku oryginalnego, zawierającym tą samą substancję czynną.

Anna Kowalczuk, dyrektor Narodowego Instytutu Leków, gdzie znajduje się krajowe laboratorium kontrolujące jakość produktów leczniczych podaje, że rocznie bada ono ok. 800 produktów, wśród których są leki generyczne. – Nie mamy żadnych zastrzeżeń do jakości generyków – podkreśla Kowalczuk. – Wiele z nich jest doskonalszych, jeśli chodzi o poziom zanieczyszczeń czy dopracowanie formy. One mają należytą jakość i nie odstają od oryginału.

Firma farmaceutyczna wprowadzająca lek na rynek przez 20 lat ma wyłączność na jego produkcję. Po upływie tego czasu, zaczynają go wytwarzać inni producenci i w wyniku konkurencji jego cena spada nawet o 80 proc.

– Wygaśnięcie praw patentowych na dany lek powoduje powstanie tzw. klifu patentowego, kiedy cena leku spada przykładowo z 200 zł do zaledwie 70 zł, dzięki czemu jest on dostępny dla większej grupy chorych – podkreślił Krzysztof Kopeć, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego (PZPPF). Dodał, że tak samo działające leki mogą być dostępne w bardzo zróżnicowanych cenach np.: ten sam antybiotyk może kosztować od 4 do nawet 22 zł.

Tańsze leki szansą na kontynuację leczenia

Elżbieta Piotrowska-Rutkowska, prezes Naczelnej Rady Aptekarskiej mówi, że niższa cena generyków u pacjentów budzi podejrzliwość. – Farmaceuta powinien rozwiać te wątpliwości – podkreśla Piotrowska-Rutkowska. – Cena jest ważnym elementem dla pacjentów, zwłaszcza tych przewlekle chorych. Dzięki temu, że leki generyczne są tańsze, są bardziej dostępne niż leki oryginalne.

Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych podkreśla, że pielęgniarki – od niedawna – mogą przepisywać leki jako kontynuację leczenia rozpoczętego przez lekarza. Podkreśla, że lepiej, żeby pacjent brał tańsze preparaty generyczne, niż w ogóle ich nie przyjmował, bo nie jest w stanie ich wykupić. – Jest lista leków, które mogą zapisywać pielęgniarki – podkreśla Małas. – Najczęściej recepty na leki na kontynuację leczenia wypisują pielęgniarki środowiskowe. Jeśli pielęgniarka chciałaby zmienić lek przepiany przez lekarza na lek generyczny, musi to przedyskutować z lekarzem prowadzącym.

Wspólna deklaracja instytucji naukowych i publicznych

By przeciwdziałać mitom związanym z generykami (np. że tańsze leki są gorsze i niebezpieczne), instytucje publiczne i naukowe wypracowały wspólną deklarację w tej sprawie tzw. „Stanowisko ekspertów w sprawie zamiennictwa leków”.

W dokumencie odnoszą się do naukowo potwierdzonych i gruntownie przeanalizowanych danych świadczących o bezpieczeństwie stosowania i efektywności klinicznej zamienników. Oznacza to, że przewidziana w przepisach – w Polsce, ale również w wielu krajach Unii Europejskiej – zamiana leku na inny zawierający taką samą substancję leczącą nie wpływa na efekty leczenia.

Deklarację podpisali przedstawiciele: Ministerstwa Zdrowia, Polskiej Akademii Nauk, Narodowego Funduszu Zdrowia, Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego, Naczelnej Izby Aptekarskiej, Narodowego Instytutu Leków, Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych oraz Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

W innych wysoko rozwiniętych krajach zarówno UE jak i świata, m.in. w Australii czy USA, gdzie leki generyczne stanowią 89 proc. rynku, także istnieją standardy dotyczące zamiennictwa leków. Z kolei automatyczna zamiana leków biologicznych na biorównoważne jest rekomendowana w Niemczech i obowiązkowa w Danii.

Sygnatariusze deklaracji jednogłośnie podkreślają, że leki pojawiające się po utracie wyłączności – zarówno chemiczne, jak i biologiczne – w celu uzyskania pozwolenia na dopuszczenie do obrotu muszą pozytywnie przejść odpowiednie procesy oceniające i gwarantujące ich jakość, bezpieczeństwo oraz skuteczność. Wszystkie podlegają jednakowym przepisom.

Czy zmiana nazwy pomoże odczarować generyki?

Zdaniem językoznawcy prof. Jerzego Bralczyka, używana terminologia taka jak „zamiennik” czy „odpowiednik” powoduje, że pacjent zamieniając lek w aptece ma wrażenie, że dostaje coś gorszego. Zdaniem językoznawcy bardziej adekwatnym określeniem byłaby nazwa „lek równoważny” w skrócie „równoważnik”.

– Odpowiednik – wydawałoby się, że jest czymś zupełnie pozytywnym, jednak słowo odpowiednik ma też minusy, ponieważ odpowiednik kogoś albo czegoś pokazuje, że jest coś jest tylko pod pewnym względem odpowiednie – mówi prof. Bralczyk. – Zamiennik – jest wynikiem zamiany, ale nie zawsze zamiana jest dobra. Niestety zamiennik frazeologicznie jest od razu kojarzony ze słowem tańszy, tak jak, zamiennik opon, zamiennik perfum, a to nie sprzyja tworzeniu pozytywnych konotacji. Zamiana może być także niedobra, wszyscy przecież znamy historię stryjka, który siekierkę zamienił na kijek. Generyk – też się źle kojarzy np. z wenerykiem, geriatrykiem, czy degenerykiem. Skojarzenia fonetyczne są nienajlepsze. W tym przypadku równość i ważność są istotne oraz dają najlepsze skojarzenia, dlatego dla mnie najlepszym rozwiązaniem jest równoważnik. Właściwym określeniem na grupę omawianych leków jest lek równoważny – przekonuje prof. Jerzy Bralczyk.

Polski Związek Pracodawców Przemysłu farmaceutycznego zamierza wystąpić z inicjatywą zmian w ustawie refundacyjnej i prawie farmaceutycznym. – Będzie ona dotyczyć zamiany określenia „odpowiednik” na „lek równoważny” – powiedział Grzegorz Rychwalski, wiceprezes PZPPF.

Agnieszka Pochrzęst-Motyczyńska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

E-papierosy też są rakotwórcze

beauty-2843930-copy

Nikotyna zawarta w e-papierosach zwiększa ryzyko raka płuca i pęcherza moczowego. Wszystko dlatego, że uszkadza DNA i zmniejsza możliwość samonaprawy komórek.

Kwestia szkodliwości e-papierosów to obecnie jeden z najbardziej kontrowersyjnych tematów zdrowotnych, szeroko dyskutowanych zarówno w świecie mediów, jak i nauki.

Przypominające flamaster smukłe urządzenia, w różnych kolorach i wzorach, są  często przedstawiane jako zdrowsza alternatywa dla tradycyjnych papierosów, które nie tylko trują nikotyną, ale też dziesiątkami innych substancji powstających w trakcie spalania tytoniu. Stąd, po tego typu gadżety często sięgają młode, dbające o zdrowie osoby lub te, które pragną rzucić palenie. Istnieje bowiem, raczej nie potwierdzona przez naukowców opinia, że e-papierosy pomagają wyjść z nałogu.

Prowadzone do tej pory badania dowodzą, że pomimo, iż tego typu urządzenia rzeczywiście emitują znacznie mniej trujących substancji, to wciąż szkodzą, bo dostarczają nikotynę. A to ona stanowi główny problem. Najnowsze doniesienia związane z tą substancją są wysoce niepokojące, wynika z nich bowiem, że nikotyna zawarta w „dymku” z e-papierosa ma poważne działanie rakotwórcze.

Uwaga na nitrozoaminy

Zespół prof. Moon-shong Tanga z Departamentu Medycyny Środowiskowej New York University postanowił sprawdzić, jak wyziewy z e-papierosów wpływają na tkanki płuc, serca i pęcherza. Badania przeprowadzono na myszach, ponieważ podobny eksperyment na ludziach uznano by za nieetyczny.

W trakcie trwającego trzy miesiące eksperymentu dziesięć myszy trzy godzinny dziennie, przez pięć dni w tygodniu, przebywało w pomieszczeniach wypełnionych wyziewami z e-papierosów. Zawartość nikotyny odpowiadała ilości, którą wdychają ludzie, w trakcie normalnego „popalania”.

Grupa kontrolna myszy (także 10 osobników) przez trzy miesiące wdychała czyste filtrowane powietrze.

Po tym czasie zbadano tkanki wszystkich zwierząt i okazało się, że w płucach, sercach i pęcherzach  moczowych myszy wdychających wyziewy z e-papierosów istnieją poważne uszkodzenia spowodowane przez nitrozoaminy. Te rakotwórcze substancje są produktem przemian nikotyny w organizmie.  U tych myszy zaobserwowano również upośledzenie naturalnych mechanizmów naprawczych DNA w płucach.

W kolejnym etapie badań sprawdzono na ile nikotyna i jej metabolity wpływają na funkcjonowanie ludzkich komórek płuc i pęcherza. Ten etap przeprowadzono na kulturach komórkowych. Okazało się, że zwiększają one ryzyko mutacji i pojawienia się nowotworu w obydwu tych przypadkach.

Najlepiej nie palić w ogóle

Na tej podstawie, zespół prof. Tanga stwierdził, że palenie e-papierosów może być rakotwórcze w przypadku płuc i pęcherza oraz szkodliwe dla działania serca.

I choć poziom metabolitów nikotyny powstających w naszym organizmie za sprawą palenia e-papierosów jest niższy niż wtedy, gdy korzystamy z tradycyjnych papierosów, to są one wciąż obecne w naszych tkankach. Oznacza to, że zagrożenie dla ludzkiego zdrowia wciąż istnieje, a ryzyko wstąpienia raka płuc (którego palenie jest główną przyczyna) i chorób serca jest na tyle duże, iż warto zastanowić się nad całkowitym rzuceniem tego nałogu.

W Polsce liczba użytkowników e-papierosów wynosi ok. 1,5-1,7 miliona osób. W większości są to ludzie, którzy wcześniej raczyli się bardziej tradycyjnymi „dymkami”. Wielu z nich wierzy, że wybrali zdrowszą opcję nałogu. Ale coraz więcej wskazuje na to, iż w tym przypadku pojęcie „mniejszej szkodliwości” jest złudne. Złudne na tyle, iż wręcz śmiertelnie niebezpieczne.

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl )

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Dlaczego nie mogę schudnąć?

slimming-2728331_1920-copy

Takie pytanie zadaje sobie coraz więcej osób. Niestety, możliwych przyczyn jest bardzo wiele. Wśród nich, eksperci wymieniają m.in. zaburzenia metaboliczne i hormonalne oraz uzależnienie od słodkiej i tłustej żywności.

Statystyki są alarmujące. Już ponad połowa dorosłych i co ósme dziecko w Polsce mają nadwagę lub otyłość. Niestety, eksperci prognozują, że w kolejnych latach będzie jeszcze gorzej.

Dlaczego, pomimo szerzącej się mody na zdrowy styl życia, epidemia nadwagi i otyłości w naszym społeczeństwie ciągle narasta? I dlaczego tak wiele osób przegrywa swą osobistą walkę z otyłością, podejmując nieskuteczne próby odchudzania? Te pytania zadają sobie nie tylko zwykli ludzie, zmagający się z nadmierną masą ciała, ale także naukowcy, specjaliści od zdrowia publicznego, przedstawiciele rynku spożywczego i politycy.

Współczesna żywność jak narkotyk

Niestety odpowiedź na te pytania jest skomplikowana i niejednoznaczna. Część ekspertów, w tym m.in. prof. Manfred Spitzer (znany niemiecki psychiatra i neurobiolog), wskazuje jako główną przyczynę epidemii otyłości na świecie bardzo łatwe uzależnianie się ludzi od żywności bogatej w cukier i tłuszcz, która w dodatku jest intensywnie reklamowana przez firmy spożywcze, w celu zwiększania sprzedaży i zysków.

Większość lekarzy i dietetyków twierdzi jednak, że za ekspansją otyłości oraz trudnościami w jej zwalczaniu kryje się znacznie więcej istotnych i często mało znanych przyczyn.

– Część ekspertów jako powód wskazuje siedzący tryb życia (brak ruchu). Inni jako winowajców wskazują słodkie i tłuste przekąski, które najczęściej zawierają też nadmiar soli i bardzo szkodliwe tłuszcze trans. Kolejnym z czynników sprzyjających powstawaniu otyłości jest niedobór snu, podobnie zresztą jak i jego nadmiar (otyli z reguły śpią krócej niż 7 godzin na dobę lub znacznie więcej niż 7 godzin) – mówi dr Magdalena Białkowska, ekspertka Instytutu Żywności i Żywienia w zakresie leczenia otyłości, która wiele lat pracowała w Poradni Chorób Metabolicznych IŻŻ w Warszawie.

Na tym oczywiście nie koniec. Możliwych powodów oraz mechanizmów rozwoju otyłości jest znacznie więcej.

Otyłość niejedno ma imię

– Inną przyczyną może być nadmierny lub wręcz niepohamowany apetyt, tzw. żarłoczność, który niestety występuje u bardzo wielu osób. Wzmożony apetyt może dotyczyć konkretnej grupy produktów, np. słodyczy. Najczęściej jest on skutkiem różnego rodzaju zaburzeń metabolicznych – mówi dr Magdalena Białkowska.

Ekspertka wyjaśnia, na przykład, że apetyt na słodycze jest często spowodowany hiperinsulinemią, czyli nadmiernym wydzielaniem insuliny przez trzustkę.

– U części osób to zaburzenie ma podłoże genetyczne, lecz u większości jest nabyte. Hiperinsulinemia prowadzi do nadmiernych spadków stężenia glukozy we krwi, a jak wiadomo, jego szybkie i duże spadki (prowadzące do stanu hipoglikemii) są dla ludzi przykre i trudne do zniesienia. Dlatego, aby podnieść poziom cukru we krwi i poczuć przypływ energii ludzie sięgają po słodycze – tłumaczy dr Białkowska.

Specjalistka dodaje, że ten mechanizm występuje często u ludzi otyłych, u których z uwagi na duże komórki tłuszczowe (adipocyty), organizm musi wytwarzać duże ilości insuliny, aby móc te komórki dobrze obsłużyć (wprowadzając glukozę do ich wnętrza). Jest to więc trochę błędne koło, z którego trudno się wyrwać.

– Nic dziwnego, że wielu moich pacjentów przyznaje wprost, iż są uzależnieni od słodyczy. Niestety, jeśli to trwa dłuższy czas, w końcu trzustka się wyczerpuje i tak rodzi się cukrzyca typu 2 – kontynuuje dr Białkowska.

Dlatego, ekspertka potępia fakt, że w naszej kulturze słodycze są obecne i mocno promowane nie tylko w świecie dorosłych, ale także i dzieci, od najmłodszych lat naszego życia.

– Wielkim błędem jest nagradzanie dzieci słodyczami czy też stosowanie ich w roli pocieszyciela. Naraża to dużą część społeczeństwa na wytworzenie się niezdrowych nawyków żywieniowych, które w dorosłym życiu prowadzą do otyłości i innych chorób – ostrzega dr Białkowska.

Ale wzmożony apetyt na słodycze mogą też wywoływać inne czynniki, takie jak: niedobór serotoniny w mózgu, niedobór chromu, wysoki poziom progesteronu (np. u kobiet przed miesiączką) czy też wysoki poziom tzw. neuropeptydu Y (substancja mająca udział w funkcjonowaniu układu nerwowego i hormonalnego).

Skrajnym przykładem zaburzeń metabolicznych i hormonalnych prowadzących do nadmiernego objadania się i otyłości jest rzadko występująca choroba o podłożu genetycznym: tzw. choroba wiecznego głodu (Zespół Pradera-Williego).

Dlaczego tyjemy: kulinarne pokusy

Kolejnym winowajcą, którego nie można pominąć w analizowaniu przyczyn nadwagi i otyłości jest oczywiście tłuszcz, dodający potrawom smaku oraz sytości.

– Wielu otyłych mężczyzn twierdzi, że są uzależnieni od jedzenia bogatego w tłuszcz. Może to być skutek nadmiernego wydzielania się w ich organizmach neuropeptydu zwanego galaniną, który nasila apetyt na produkty obfitujące w tłuszcz. Tego rodzaju skłonność również często ma podłoże genetyczne – mówi dr Białkowska.

Wspomniana wyżej galanina jest jednak współwinna również występowania innego rodzaju zaburzeń odżywiania, jakim jest tzw. zespół nocnego jedzenia (chory budzi się w nocy i objada).

– Zespół nocnego jedzenia także ma podłoże metaboliczne i hormonalne. Wywołuje go bowiem nadmierne wydzielanie galaniny, kortyzolu, insuliny, przy jednoczesnym niedostatku melatoniny w organizmie. W przypadku tej choroby, w związku z towarzyszącymi jej zaburzeniami snu i wyczerpaniem, poza interwencją endokrynologa i dietetyka, wskazana jest też pomoc psychiatry – podpowiada dr Białkowska.

Emocjonalne podłoże rozwoju otyłości

Wraz z rozwojem wiedzy naukowej w zakresie medycyny i psychologii coraz częściej mówi się też o emocjonalnych przyczynach rozwoju otyłości.

– U wielu osób silny, chroniczny stres, zaburzenia nastroju lub innego rodzaju zaburzenia psychiczne mogą sprzyjać wystąpieniu otyłości. Wiele osób mówi wprost: że „zajadają” swój stres albo chandrę. W ich przypadku jedzenie może stanowić formę kompensacji życiowych niepowodzeń czy negatywnych przeżyć, łatwo dostępną formę pocieszenia. Ale to sprawa bardzo indywidualna. Na przykład w depresji część osób przybiera na wadze, wskutek objadania się, podczas gdy inne chudną, bo tracą apetyt – mówi dr Białkowska.

Niestety, na tym lista czynników ryzyka rozwoju otyłości się jeszcze nie kończy.

– Mogą jej również sprzyjać niektóre leki, jak np. sterydy, przyjmowane przez chorych na astmę czy w chorobach autoimmunologicznych, a także szereg leków stosowanych w leczeniu chorób psychicznych – dodaje ekspertka.

Jak widać, otyłość niejedno ma imię i naprawdę trudno jest w tym przypadku generalizować, aby wskazać jakąś jedną, najważniejszą jej przyczynę.

– Upraszczając, można oczywiście powiedzieć, że część przypadków otyłości jest spowodowana uzależnieniem od smakowitej, wysokokalorycznej żywności. Ale nie można pomijać faktu, że spora część przypadków jest efektem różnego rodzaju zaburzeń metabolicznych i hormonalnych – konkluduje dr Magdalena Białkowska.

Gdzie otyłe osoby powinny szukać fachowej pomocy

To właśnie z powodu współwystępowania i wzajemnej interakcji wielu różnorodnych czynników ryzyka, tak trudno jest walczyć z otyłością.

Gdzie zatem osoby zmagające się z problemem nadwagi lub otyłości powinny szukać profesjonalnej pomocy?

– Na początek należy się udać do lekarza pierwszego kontaktu. Na podstawie wydanego przez niego skierowania chory powinien następnie udać się do poradni leczenia otyłości. Takie poradnie działają we wszystkich większych miastach w Polsce. Czasem funkcjonują jako poradnie leczenia chorób metabolicznych – radzi dr Białkowska.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Infekcja HCV rozwija się podstępnie i długo

liver-3026639_1920-copy

Na każde 100 osób zakażonych wirusem HCV, u kilkudziesięciu po latach od zakażenia rozwinie się przewlekła choroba wątroby. Lepiej strzec się przed tym patogenem, przede wszystkim zwracając uwagę, czy w placówkach medycznych i gabinetach np. tatuażu czy kosmetycznych używa się jałowych narzędzi.

Jałowych, czyli albo jednorazowego użytku albo wysterylizowanych (uwaga – w temperaturze ponad 140 stopni Celsjusza; dezynfekcja narzędzi za pomocą spirytusu czy wygotowania w wodzie nie daje gwarancji pozbycia się wirusa z przedmiotu).

HCV (ang. Hepatitis C Virus) to wirus wywołujący zapalenie wątroby typu C. Typową cechą zakażeń powodowanych przez wirusy HCV jest uszkodzenie miąższu wątroby, jednak to zakażenie – w większości przypadków – przebiega bez charakterystycznych objawów i może ujawnić się po wielu latach trwania w postaci marskości lub raka wątrobowokomórkowego.

Zasadniczą drogą, na której dochodzi do zakażenia HCV z człowieka na człowieka jest kontakt z krwią zakażonego i przedmiotami z pozostałością zakażonej krwi (nawet w ilościach niewidocznych okiem). Dotyczy to zatem przede wszystkim zabiegów i sytuacji, w których dochodzi do przerwania ciągłości tkanek, np.

  • zastrzyk zakażoną igłą,
  • tatuaż wykonywany zakażoną igłą,
  • skaleczenie skóry skażonymi nożyczkami lub cążkami np. u fryzjera lub w gabinecie kosmetycznym;
  • leczenie dentystyczne za pomocą skażonych narzędzi.

W przeciwieństwie do innych wirusów krwiopochodnych, mniejszą rolę w przenoszeniu patogenu mają kontakty seksualne, choć także i w ten sposób można się zakazić (ryzyko wzrasta przy seksie analnym).

Nie każdy wie, że jest zakażony

Z badań epidemiologicznych wynika, że w Polsce ok. 200 tys. osób może być zakażonych wirusem HCV. Zdecydowana większość nie wie, że jest zakażona: szacuje się, że tylko co 10. osoba zakażona tym wirusem nie wie o swojej chorobie. To powoduje, że przez lata ich wątroba jest uszkadzana, a zakażone osoby nieświadomie przekazują wirusa innym.

To, co czyni ten wirus niezwykle niebezpiecznym, to fakt, że wyjątkowo trudno go zniszczyć. Jest odporny na wysoką temperaturę – ginie dopiero w temperaturze powyżej 140 stopni Celsjusza w procesie sterylizacji, a poza organizmem człowieka potrafi przetrwać do trzech tygodni.

By stwierdzić zakażenie wirusem HCV, należy wykonać –  w pierwszej kolejności – badanie krwi, mające na celu wykrycie przeciwciał anty-HCV. Jeżeli wynik tego badania jest dodatni, oznacza to, że pacjent miał kontakt z wirusem, jednak nie zawsze świadczy to o aktualnym zakażeniu wirusem HCV. Dlatego, w celu potwierdzenia zakażenia wirusem należy wykonać dodatkowe badanie krwi w celu wykrycia obecności wirusa.

Według Centers for Disease Control and Prevention (organizacji WHO) spośród 100 osób zakażonych wirusem HCV:

  • 75-85 będzie cierpiało z powodu zakażenia przewlekłego;
  • 60-70 – przewlekłej choroby wątroby;
  • 5 do 20 będzie miało marskość wątroby w ciągu 20-30 lat.
  • jedna do pięciu zakażonych osób umrze z powodu następstw przewlekłego zakażenia (np. raka wątroby).

W Polsce badania przesiewowe w kierunku HCV rutynowo wykonywane są u kandydatów na dawców krwi raz u pacjentów dializowanych. Badania są także przeprowadzane w placówkach dla uzależnionych, więziennictwie oraz niekiedy w ramach badań przed planowanymi zabiegami chirurgicznymi. Okresowo – bezpłatne badania serologiczne (anty-HCV) – są oferowane w ramach kampanii prowadzonych przez fundacje i stowarzyszenia.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Jakie badania robią Polacy?

laboratory-2815641_1920-copy

Zniechęca nas oczekiwanie na termin wizyty, brak skierowania, boimy się albo mamy nadzieję, że objawy same ustąpią – takie przyczyny podali ankietowani Polacy, tłumacząc dlaczego nie zgłosili się na badania diagnostyczne. To wyniki z raportu Głównego Urzędu Statystycznego dotyczącego ochrony zdrowia.

 

GUS opublikował raport ”Zdrowie i ochrona zdrowia w 2016 r.”. Znajdują się w nim m.in.: wyniki badania „Ochrona zdrowia w gospodarstwach domowych w 2016 r.”, w którym zapytano Polaków z jakich badań laboratoryjnych korzystali w przychodniach w ciągu 2016 r.

Z raportu wynika, że 46 proc. ankietowanych w ciągu 2016 r. miało wykonane przynajmniej jedno badanie laboratoryjne. Najczęściej wskazywanym była morfologia (42 proc.), a następnie badanie ogólne moczu (ok. 36 proc.).

Morfologia to najprostsze badanie diagnostyczne. Zalecane jest, by je robić raz w roku. Na jego podstawie lekarz może ocenić, czy nie należy włączyć bardziej rozszerzonej diagnostyki w celu wykluczenia np. białaczki, chłoniaka, czy innych poważnych schorzeń, także nienowotworowych. W wielu nowotworach stwierdza się anemię, spadek lub wzrost liczby krwinek białych.

Cytologię miało 18,2 proc. ankietowanych kobiet, a badanie PSA (badanie krwi pozwalające zmierzyć stężenie antygenu specyficznego dla prostaty, co ułatwia wykrycie raka tego gruczołu) – 5,6 proc. mężczyzn.

– Cytologia jest zalecana u pań w wieku od 25-59 lat – mówi Marta Mańczuk, kierownik Pracowni Prewencji Pierwotnej Nowotworów w Zakładzie Epidemiologii Centrum Onkologii. – Co trzy lata powinny ją zrobić panie, u których poprzedni wynik był prawidłowy. Jeśli był nieprawidłowy, badanie trzeba powtarzać częściej.

Wykonanie mammografii zadeklarowało 7,3 proc. kobiet. To badanie – profilaktycznie – zalecane jest co dwa lata u pań w wieku od 50 do 69 lat.

USG – najczęściej wykonywane badanie obrazowe

GUS zbadał także jak często Polacy robią badania obrazowe takie jak: tomografia komputerowa (CT), pozytronowa tomografia emisyjna (PET), rezonans magnetyczny (MRI), elektrokardiogram (EKG), badanie Holtera, echokardiogram (echo serca), USG, RTG, spirometria, urografia, mammografia, biopsja, gastroskopia i kolonoskopia.

Wykonanie w 2016 r. przynajmniej jednego z tych badań zadeklarowało 31 proc. osób badanych. Częściej kobiety niż mężczyźni (37 proc. wobec ok. 25 proc.) oraz mieszkańcy miast niż wsi (35,5 proc. wobec 25 proc.).

Najczęściej respondenci deklarowali, że w 2016 r. w opiece ambulatoryjnej mieli przeprowadzone badania: USG (13,5 proc.), EKG (13 proc. i RTG (10 proc.). Z USG zdecydowanie częściej korzystały kobiety (18,5 proc.) niż mężczyźni (8 proc.). EKG wykonało 14 proc. kobiet i 12 proc. mężczyzn, natomiast RTG – 10 proc. kobiet i prawie tyle samo mężczyzn.

Jakie badania robili Polacy w 2016 r.?

Rzadziej przeprowadzanymi badaniami były: echokardiogram (4,8 proc.), tomografia komputerowa (3,8 proc.), rezonans magnetyczny (2,3 proc.), spirometria (2,2 proc.), badanie Holtera (2 proc.), gastroskopia (1,4 proc.), kolonoskopia (1,1 proc.) i biopsja (1 proc.). Badanie PET, wykorzystujące pierwiastki promieniotwórcze emitujące pozytony i mające zastosowanie głównie w onkologii, kardiologii i neurologii, wykonane było u 0,1 proc. respondentów.

Raport GUS podaje, że osoby, które oceniały swój stan zdrowia jako bardzo dobry, trzykrotnie rzadziej korzystały z badań laboratoryjnych (23 proc.) niż oceniający je jako zły (ok. 74 proc.) czy bardzo zły (ok. 68 proc.).

Za jakie badania płacą Polacy z własnej kieszeni?

Biorąc po uwagę ostatnio wykonane w 2016 r. badanie laboratoryjne, większość była sfinansowana ze środków Narodowego Funduszu Zdrowia lub programów profilaktycznych. 82 proc. badań poziomu PSA było sfinansowane przez NFZ.

Za ok. 7 proc. morfologii i badań moczu pacjenci zapłacili sami. W przypadku cytologii – 25 proc. pacjentek zapłaciło za nią z prywatnych pieniędzy. Według danych NFZ cytologię w ramach programu profilaktycznego raka szyjki macicy wykonało niecałe 19 proc. kobiet w tzw. wieku skryningowym, czyli 25-59 lat.

– Wiele kobiet korzysta z opieki w prywatnych gabinetach ginekologicznych –mówi Mańczuk. – W takich gabinetach lekarz najczęściej pobiera cytologię raz w roku i koszt badania jest już zawarty w koszcie wizyty. Pacjentka ta nie trafia wtedy do systemu NFZ, który gromadzi informacje o cytologiach wykonanych w ramach programu profilaktycznego .

Nieco inaczej sytuacja wygląda w przypadku mammografii, z której w ramach programu wczesnego wykrywania raka piersi korzysta niemal 40 proc. kobiet w wieku 50-69 lat. – Badanie to jest dużo droższe od cytologii, a ponadto wymaga specjalistycznego sprzętu i tu kobiety chętniej korzystają z badania finansowego przez NFZ – podkreśla Mańczuk. – Niestety ten odsetek jest również daleki od zadowalającego, aby można było mówić o skutecznej profilaktyce. W krajach skandynawskich, które często stawiane są za wzór jeśli chodzi o prewencję nowotworów, z badań profilaktycznych korzysta ponad 90 proc. uprawnionych do tego kobiet.

Zapłaciliśmy sami za wiele badań genetycznych

Z budżetów domowych zostało sfinansowanych nawet 40 proc. badań genetycznych.

– NFZ przeznacza na jednego pacjenta ok. 1 tys. zł na wszystkie badania i poradę u genetyka na cały rok – tłumaczy dr Katarzyna Wertheim-Tysarowska, kierownik Pracowni Badań Chorób Dziedzicznych Zakładu Genetyki Medycznej Instytutu Matki i Dziecka. – Jednak lekarze, by postawić diagnozę, coraz częściej potrzebują bardziej skomplikowanych i przez to droższych badań, których koszt przekracza ten limit i wtedy pacjent wykonuje je prywatnie.

Dr Wertheim-Tysarowska dodaje, że często rodzice wolą zapłacić za badania genetyczne niż czekać kilka miesięcy do roku na to, by dostać się do poradni genetycznej w ramach NFZ.

Najczęściej – ponad 20 proc. – pacjenci prywatnie płacili za badanie USG. Płacimy z własnej kieszeni także za badania rezonansu magnetycznego (ok. 19 proc.), biopsji czy za echo serca (po ponad 14 proc.). W ramach medycyny pracy realizowane były tylko niektóre badania. W największym stopniu finansowanie badań z tego źródła dotyczyło spirometrii i badań RTG (po prawie 9 proc.) lub EKG (ponad 5 proc.).

Częściej w miastach nie robili badań

Z badań diagnostycznych nie skorzystało w 2016 r., mimo istnienia takiej potrzeby, 2,1 proc. osób (1,9 proc. mężczyzn i 2,3 proc. kobiet). Częściej nie realizowały tego typu badań osoby starsze – w grupie wieku 60-69 lat (odsetek ten stanowił 3,4 proc). Z wykonania koniecznych badań diagnostycznych rezygnowało więcej mieszkańców miast (2,6 proc.) niż wsi (1,4 proc.).

Dlaczego nie robimy badań?

Do trzech najczęściej podawanych przyczyn niekorzystania z badań wśród mężczyźni należały:

  • długi czas oczekiwania na termin wizyty (ponad 25 proc.),
  • strach (ponad 21 proc.)
  • brak skierowania (ponad 14 proc.)

Kobiety nie robiły badań:

  • bo nie miały skierowania (prawie 23 proc.)
  • ze względu na długi czas oczekiwania na termin wizyty (ponad 21 proc.)
  • z powodu braku pieniędzy (ponad 16 proc.).

Przyczyny niekorzystania z badań diagnostycznych różniły się również ze względu na miejsce zamieszkania. Mieszkańcy miast wśród trzech, najważniejszych powodów wymienili: długi czas oczekiwania na termin wizyty (ok. 24 proc.), brak skierowania (ok. 23 proc.) i strach przed badaniem (ok. 17 proc.). Natomiast mieszkańcy wsi wskazali: brak pieniędzy (ok. 29 proc.), długi czas oczekiwania na termin wizyty (prawie 22 proc.) i oczekiwanie na ustąpienie objawów (ponad 16 proc.).

Odsetek osób, które miały wykonane badanie laboratoryjne, rósł też wraz ze wzrostem poziomu miesięcznego dochodu na jedną osobę w gospodarstwie domowym– od prawie 29 proc. w grupie badanych z dochodem do 800 zł do prawie 56 proc. wśród osób z dochodem powyżej 1600 zł.

Agnieszka Pochrzęst-Motyczyńska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Smaruj powieki na stoku

skis-1785285_1920-copy

Narty to świetny sposób na zimowy wypoczynek. Ale badania wykazują, że miłośnicy białego szaleństwa niedostatecznie dbają o skórę twarzy, zwłaszcza w okolicach oczu.

Badania przeprowadzone kilka lat temu przez CBOS sugerują, że na jednej czy dwóch deskach może jeździć nawet 2 miliony Polaków.

Bezpieczeństwo na stoku, to nie tylko dobry, sprawdzony sprzęt, lecz także właściwy strój oraz krem z filtrem, którym smarujemy odsłonięte części ciała. Badania przeprowadzone przez brytyjskich naukowców dowodzą jednak, że narciarze i snowboardziści niewłaściwie aplikują takie specyfiki.

Narciarzu, zadbaj o swoją twarz!

W eksperymencie przeprowadzonym przez zespół z Liverpoolu udział wzięło 57 ochotników obojga płci. W pierwszej jego fazie, uczestników poproszono o nałożenie kremu z filtrem, tak jak to robią zazwyczaj. Przed i po tej czynności zrobiono im zdjęcia specjalną kamerą, pozwalającą na ujawnienie miejsc, na których nie ma kremu.

Dwa tygodnie po pierwszej wizycie, ochotnicy ponownie odwiedzili laboratorium badawcze. Tym razem przed posmarowaniem dostawali do przeczytania ulotkę z następującym tekstem: „Nowotwory skóry najczęściej występują na obszarach ciała, które mają kontakt ze światłem słonecznym. Większość nowotworów skóry występuje na twarzy, a 10 proc. wszystkich nowotworów skóry dotyka obszaru okolic powiek, gdzie skóra jest cieńsza i przez to bardziej wrażliwa na słońce. Używanie blokerów zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwór.”

Podobnie, jak za pierwszym razem i teraz ochotnikom dwukrotnie zrobiono zdjęcia tą samą kamerą. Wszystkie fotografie zostały poddane drobiazgowej analizie przez specjalny program, który miał ocenić, jak za każdym razem dana osoba poradziła sobie z pokryciem twarzy kremem.

Okazało się, że za pierwszym razem w trakcie smarowania, ludzie średnio omijali 9,5 procenta całej twarzy. Najczęściej nieposmarowane były powieki (13,5 proc. przypadków) oraz obszar znajdujący się nad nosem (77 proc. przypadków).

I choć w drugiej fazie eksperymentu ochotnicy otrzymali informacje o wrażliwości okolic powiek na promienie słoneczne poprawa w pokryciu twarzy kremem nie była zbyt duża. Ludzie nadal omijali średnio 7,7 proc. obszaru twarzy, w tym około 10 proc. nie smarowało dostatecznie powiek!

Smarowanie kontra rak

– Oczy oraz skóra wokół nich są wyjątkowo podatne na promieniowanie UV i nowotwory. Narciarze oraz snowboardziści są na nie bardzo narażeni. Powinni naprawdę uważać – mówi dr Kevin Hamill z University of Liverpool, członek zespołu prowadzącego badania.

W artykule opublikowanym na łamach „Plos ONE”, uczeni ci zwracają uwagę na to, że najczęstszym nowotworem głowy i szyi (90 proc. przypadków) jest rak podstawnokomórkowy skóry. Choć daje się go dość łatwo leczyć, jak wszystkie nowotwory złośliwe, może być niebezpieczny.

Stąd, dr Hamill apeluje do wszystkich miłośników białego szaleństwa: – Starannie zaaplikowany krem o faktorze minimum 30 wystarcza tylko na początek. Trzeba zabrać tubkę ze sobą i smarować się regularnie w trakcie przerw w jeździe. Należy również używać gogli albo okularów przeciwsłonecznych – mówi dr Hamill.

Powodzenia na stoku!

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com