Witaminę D można przedawkować?

about-3455012_1920-copy

To FAKT! Boleśnie przekonał się o tym 54-latek z Kanady, który nie dość, że stosował co najmniej kilkukrotnie wyższą niż zalecana dawkę witaminy D, to jeszcze korzystał z kąpieli słonecznych na wakacjach w Azji Południowo-Wschodniej. Po powrocie trafił do szpitala z poważnym uszkodzeniem nerek.

Lekarze uratowali mu nerki (i życie), ale odtąd boryka się z niewydolnością tych narządów.

Przypadek tego pacjenta oraz proces terapii opisali lekarze na łamach pisma Canadian Medical Association Journal „CMAJ”. Diagnoza zajęła im trochę czasu (podejrzewano m.in. nowotwór), przełom zaś nastąpił wtedy, kiedy pacjent przyznał, że od ponad dwóch lat przyjmuje witaminę D w kroplach. Okazało się, że przepisał mu ją naturoterapeuta, w dziennej dawce wynoszącej 8000–12 000 IU.

Warto wiedzieć, że w Kanadzie lekarze zalecają zdrowym dorosłym suplementację witaminy D w ilości 400–1000 IU dziennie, a osobom powyżej 50. R.ż. z tzw. grup ryzyka (na przykład z chorobami krążenia czy otyłością) – 800–2000 IU na dzień.

Kanadyjczyk zaś, nieświadom ryzyka przedawkowania witaminy D, przez ponad dwa lata przyjmował codziennie dawki co najmniej sześciokrotnie przekraczające zalecane, przy czym nigdy nie stwierdzono u niego niedoboru tej substancji.

Witamina D pochodzi w 20 proc. z żywności (dużo jest jej w rybach i owocach morza, jajach, wątrobie i produktach mlecznych) oraz w 80 proc. z syntezy skórnej jako produkt przemian zawartego w skórze 7-dehydrocholesterolu, zachodzących pod wpływem promieniowania ultrafioletowego.

Warto wiedzieć, że u osób o jasnym zabarwieniu skóry), dawka promieni ultrafioletowych wywołująca minimalny rumień skóry (określana jako jedna dawka rumieniowa – 1 MED), doprowadza do 10-krotnego wzrostu poziomu witaminy D w surowicy krwi, a powrót do normalnego poziomu witaminy podwyższonego po naświetleniu skóry promieniami UV następuje po kilku dniach.

Ponieważ w Europie (i Kanadzie) w okresie zimowo-jesiennym mamy niewielkie szanse na syntezę witaminy D w skórze (zbyt małe nasłonecznienie oraz długie przebywanie w pomieszczeniach), a chroniąc się przed szkodliwymi czynnikami promieniowania UV coraz częściej używamy kremów z filtrem, naukowcy oceniają, że niedobór witaminy D jest powszechny.

Na podstawie oznaczeń biochemicznych stwierdzono niedobór witaminy D w Europie u 28-100 proc. osób zdrowych i 70-100 proc. hospitalizowanych dorosłych (rozpiętość danych wynika z geografii – w krajach południowej Europy stwierdza się mniejszy niż na północy). Dlatego też w Europie Północnej naukowcy zalecają suplementację witaminy D, ale warto wcześniej oznaczyć sobie poziom stężenia 25(OH)D w surowicy krwi, by stwierdzić, czy mamy taką potrzebę.

Nadmiar witaminy D w diecie (czyli w praktyce pochodzącej z suplementów) może bowiem doprowadzić do groźnych konsekwencji dla zdrowia, o czym przekonał się pechowy Kanadyjczyk. Co ciekawe, nie da się „przedawkować” witaminy D pochodzącej z syntezy w skórze pod wpływem słońca.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Co oznacza wycofanie z obrotu serii szczepionki Rotarix?

syringe-417786_1920-copy

22.03.2019 roku Główny Inspektorat Farmaceutyczny przekazał informację o wycofaniu z obrotu na terenie Polski szczepionki przeciw rotawirusom Rotarix seria AROLC214AE (data ważności 02.2021)

Decyzja związana jest ze zgłoszonymi nieprawidłowościami podczas procesu wytwarzania jednej serii szczepionki, które mogły spowodować niedostateczne napełnienie opakowania bezpośredniego szczepionki, tj. aplikatora doustnego. Zgodnie z powyższą informacją wytwórca poinformował, że odnotowana niezgodność objętości szczepionki dotyczy 50 opakowań napełnianych w cyklu produkcyjnym tej serii jako ostatnie.  Skutkiem wykazanej nieprawidłowości jest niespełnienie wymagań jakościowych dotyczących badania objętości. Wielkość serii liczy ponad dwadzieścia tysięcy dawek.

Szczepionka przeciw rotawirusom Rotarix jest szczepionką żywą przygotowywaną jako zawiesina do podania drogą doustną w dawce 1 ml. Wykryta nieprawidłowość nie dotyczy bezpieczeństwa produktu i nie zagraża zdrowiu pacjenta. Potencjalne ryzyko dotyczy możliwości podania zmniejszonej dawki szczepionki. Prawdopodobieństwo podania jednej z dotkniętych nieprawidłowością jakościową dawki szczepionki jest niskie, zważywszy, że mniejsza objętość szczepionki jest łatwa do wykrycia.

Przed każdym podaniem szczepionki pielęgniarka/lekarz mają obowiązek dokładnie obejrzeć opakowanie bezpośrednie szczepionki i zareagować jeżeli widoczne są niezgodności wyglądu. Biorąc pod uwagę wskazane w decyzji GIF informacje nie ma uzasadnionych powodów aby powtarzać dawkę szczepienia przeciw rotawirusom wykonane szczepionką Rotarix seria AROLC214AE. Decyzja GIF ma charakter profilaktyczny i jest przejawem szczególnych środków ostrożności gwarantujących bezpieczeństwo szczepionek.

Charakterystyka Produktu Leczniczego szczepionki Rotarix. Cykl szczepienia składa się z dwóch dawek. Pierwsza dawka może być podana od 6. tygodnia życia dziecka. Pomiędzy dawkami powinien być odstęp  co najmniej 4 tygodni. Cykl szczepienia powinien być najlepiej ukończony do 16 tygodnia życia dziecka, ale musi być ukończony do 24 tygodnia życia.

Do podstawowych zadań Głównego Inspektora Farmaceutycznego należy czuwanie nad jakością produktów leczniczych, w tym również szczepionek dostępnych na rynku, tak aby pacjenci dostali właściwy oraz spełniający wymagania produkt.

Źródło: www.szczepienia.pzh.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Tatuaż dyskwalifikuje z dawstwa szpiku?

tatuazcopy

To MIT! Choć wykonanie tatuażu niesie pewne ryzyko zakażenia groźnymi wirusami, to krew i szpik kostny każdego dawcy, zanim dojdzie do przeszczepienia osobie chorej, podlegają licznym i bardzo dokładnym badaniom, które mają na celu wyeliminowanie jakichkolwiek zagrożeń.

Dlatego posiadacz tatuaży może podzielić się swoim szpikiem z potrzebującym, ale ważne, by pamiętał, kiedy miał wykonywany rysunek w skórze. Podobne zasady stosowane są wobec osób, które poddały się piercingowi czy mają wykonany makijaż pernamentny.

Zarówno tatuaż, jak i piercing wymagają przerwania ciągłości skóry. Jeśli nie są stosowane przy tym surowe zasady profilaktyki przeniesienia zakażenia (bo np. używa się tych samych igieł u różnych osób), istnieje ryzyko zakażenia groźnymi wirusami, przede wszystkim wirusowego zapalenia wątroby typu C i B, a także HIV.

Warto wiedzieć, że można się nimi zakazić także drogą kontaktów seksualnych oraz we wszystkich miejscach, gdzie niedbale wykonywane są zabiegi z przerwaniem ciągłości skóry.

O tym, że osoby z kolczykami i tatuażami mogą jednak zostać dawcami szpiku, przypomina Fundacja DKMS, która prowadzi bazę potencjalnych dawców szpiku (w Polsce jest kilka podmiotów, które rekrutują dawców szpiku, DKMS jest jednym z nich, a pełną listę można znaleźć na stronie Poltransplantu). Informuje, że nastąpiła zmiana w obowiązujących procedurach. „Jeszcze jakiś czas temu, po zrobieniu tatuażu, potencjalni dawcy szpiku, figurujący w bazie Fundacji DKMS, musieli zgłaszać wykonanie tatuażu i na pewien czas byli blokowani w rejestrze, a ich dane nie były widoczne dla systemu. Oznaczało to, że przez ten czas nie mogli zostać dawcą faktycznym i oddać szpiku potrzebującemu przeszczepienia pacjentowi” – wyjaśnia DKMS w informacji prasowej.

Także wtedy osoby z tatuażem mogły podzielić się swoim szpikiem, ale dane potencjalnego dawcy były odblokowywane w bazie dawców po upływie sześciu miesięcy, czyli po czasie, kiedy można było na 100 proc. sprawdzić, czy nie są bezobjawowymi nosicielami groźnych wirusów.

„Obecnie procedury zmieniły się i nie ma potrzeby blokowania potencjalnych dawców szpiku w bazie Fundacji DKMS na etapie rejestracji. Jednocześnie potencjalni Dawcy nie muszą zgłaszać wykonania tatuażu czy zabiegów takich, jak piercing i makijaż permanentny, ale powinni pamiętać o tym, kiedy były one wykonane” – informuje DKMS.

Warto jednak wiedzieć, że o wykonaniu tatuażu, piercingu czy makijażu pernamentnego trzeba poinformować koordynatora (koordynator zgłasza się do potencjalnego dawcy szpiku w sytuacji, gdy jest pacjent, który może być biorcą jego tkanki), a także zaznaczyć w ankiecie tę informację wraz z datą poddania się tego rodzaju zabiegom.

– Każdy dawca jest skrupulatnie badany, a jego krew i szpik podlegają szczegółowym badaniom, także molekularnym, by wykryć wszelkie potencjalne zagrożenia dla zdrowia – podkreśla hematolog i transplantolog prof. Wiesław Jędrzejczak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Probiotyki: im dalej w las, tym ciemniej…

medicine-2207622_1920-copy

Sterują nie tylko przewodem pokarmowym, ale w pewnym stopniu i mózgiem, są niezbędne dla zachowania zdrowia oraz rekonwalescencji po kuracji antybiotykowej. Mowa o mikroorganizmach zasiedlających nasze jelita. Czy można to samo powiedzieć także o probiotykach, czyli sprzedawanych w aptekach bez recepty suplementach diety lub lekach zawierających określone bakterie?

Takie preparaty są  obecnie bardzo popularne, a ich sprzedaż nieustannie rośnie. W 2007 roku około 1 mln Amerykanów zadeklarowało przyjmowanie probiotyków lub prebiotyków w kapsułkach i zawiesinach, podczas gdy do  2012 roku – ta liczba wzrosła czterokrotnie.

W Polsce obserwujemy podobne zjawisko. W przeprowadzonym w ubiegłym roku przez Agencję SW Research badaniu opinii na potrzeby kampanii „Probiotyk – wybieram świadomie”, przeprowadzonym na próbie 1047 osób w 2018 roku, aż 82 proc. respondentów zadeklarowało przyjmowanie probiotyków. Na rynku dostępnych jest około 100 probiotyków, w większości – suplementów diety.

Co to jest probiotyk

To produkt – najczęściej suplement diety, ale zdarzają się też probiotyki w postaci leku – zawierający żywe bakterie określonego szczepu lub szczepów.

Co to jest prebiotyk

To suplement diety zawierający substancje nieprzyswajalne przez człowieka (np. błonnik), które po spożyciu powodują wybiórczą stymulację wzrostu lub aktywności ograniczonej liczby bakterii żyjących w jelicie grubym, co w efekcie wpływa korzystnie na zdrowie gospodarza (człowieka lub zwierzęcia).

Rosnąca popularność probiotyków skłania naukowców do szukania odpowiedzi na pytania, czy są skuteczne, potrzebne, bezpieczne, zwłaszcza że większość z nich to suplementy diety, które nie przechodzą tak skomplikowanego procesu rejestracji jak leki, wymagającego wykonania określonych badań.

Jednoznacznej odpowiedzi naukowcy wciąż jednak nie mają, wątpliwości zaś sporo, co pokazuje tytuł artykułu dr Jennifer Abbasi opublikowanego w prestiżowym periodyku JAMA w styczniu tego roku: „Czy probiotyki to pieniądze wyrzucone w błoto? Czy gorzej?”.

Być może probiotyki nie działają tak, jak się powszechnie uważa

Ujmując tę kwestię prosto: połknięcie kapsułki z probiotykiem niekoniecznie spowoduje, że zawarte w niej bakterie zamieszkają w naszych jelitach (a przecież o to chodzi, żeby zamieszkały). To wiadomość dla osób, które są zdrowe i przyjmują probiotyki profilaktycznie.

Dla stosujących probiotyki w trakcie i po antybiotykoterapii jest inna wiadomość: nie jest pewne, że takie działanie doprowadzi szybko do odbudowania prawidłowej, rodzimej mikrobioty, co – przypomnijmy – jest zakładanym celem stosowania probiotyku.

Abbasi opisuje opublikowane w czasopiśmie Cell rezultaty dwóch eksperymentów izraelskich badaczy: Erana Elinava i Erana Segala z Weizmann Institute of Science w Rehovot, którzy wykazali właśnie, że zawarte w probiotyku bakterie nie osiedliły się w jelitach u znacznej części zdrowych uczestników badania. Innymi słowy: kapsułka połknięta, bakterie wydalone, efektu brak.

Izraelczycy  sprawdzili też, co dzieje się, gdy probiotyk przyjmowany jest po silnej antybiotykoterapii. Okazało się, że w takiej sytuacji bakterie z probiotyku osiedliły się w jelitach gospodarzy, ale – w porównaniu z badanymi, którzy dostawali placebo, czyli substancję obojętną, opóźniły powrót ich macierzystej mikrobioty. A przecież szybka odbudowa tej rodzimej mikrobioty jest głównym celem przyjmowania probiotyków po kuracji antybiotykiem!

Na tym nie koniec: szybka, bo zaledwie kilkudniowa odbudowa rodzimej mikrobioty nastąpiła jedynie w przypadku, gdy badani dostawali własne bakterie, pobrane z ich przewodu pokarmowego przed zastosowaniem antybiotyku. Zdaniem Elinava ten rezultat sugeruje, że najlepiej bakterie do probiotyku pobrać z własnych jelit wtedy, gdy jesteśmy zdrowi.

Problem w tym, że na obecnym etapie trudno sobie wyobrazić taką procedurę stosowaną masowo, nie wspominając już o uciążliwości i potencjalnych powikłaniach (w końcu w tym celu trzeba by poddać się endoskopii).

Istotnym ograniczeniem izraelskich eksperymentów jest fakt, że sprawdzały kolonizację jelit tylko u zdrowych osób, w związku z tym nie wiadomo z pewnością, że takie same rezultaty lub podobne uzyskano by u osób chorych.

Eksperyment izraelski od innych badań odróżnia metoda sprawdzania, czy bakterie z probiotyku skolonizowały, i w jakim stopniu – jelita. Zwykle w tym celu naukowcy badają zawartość bakterii i ich metabolitów w kale; izraelski tandem także skorzystał z tej metody, ale dodał kolejną, z pewnością uciążliwą dla uczestników badania – pobierał, za pomocą endoskopu, próbki zawartości treści jelitowych oraz nabłonka jelit z różnych miejsc w trzewiach. Pobrane w ten sposób bakterie trafiały do obróbki, m.in. genetycznego sekwencjonowania, by ustalić dokładnie zawartość mikrobioty i jej pochodzenie.

Przy tej okazji zauważono, że stosowane powszechnie w badaniach nad probiotykami narzędzie do ustalania zakresu kolonizacji jelita, czyli liczenie pozostałości po mikroorganizmach w kale, może nie być miarodajne: we wspomnianych izraelskich eksperymentach próbki kału wszystkich uczestników nie różniły się pod kątem zawartości pozostałości po probiotycznych bakteriach – różnicę wykazano dopiero w próbkach pobranych z jelit.

Ten sam probiotyk dla wszystkich? To raczej tak nie działa

W opisywanym eksperymencie wyraźnie zarysowały się dwa typy osób, które w różny sposób reagowały na probiotyk. Jedną grupę nazwano „przyzwalającą” (permissive), drugą „oporną” (resistant). W tej pierwszej wykryto wyraźny wzrost liczby bakterii w jelitach po podaniu probiotyku, w tej drugiej – nieznaczny. Co więcej, macierzysta mikrobiota w grupie pierwszej, w przeciwieństwie do ochotników grupy drugiej, ulegała także zmianom.

Główny autor eksperymentu nie wyklucza, że obecnie stosowany model „jeden probiotyk dobry dla każdego z daną jednostką chorobową” może okazać się nieprawidłowy.

„Niektórzy eksperci wskazują, że dostępne dowody na zdrowotne korzyści ze stosowania probiotyków, ograniczone do niewielkiej liczby wskazań, są sprzeczne ze sobą i często pochodzą z badań o niskiej jakości. W przeprowadzonej w 2018 roku przez Cochrane analizie podsumowano, że w 10 z 14 systematycznych przeglądów badań klinicznych, dane były niewystarczające by stwierdzić, że probiotyki przyniosły poprawę w określonych problemach gastro-jelitowych” – napisała Jennifer Abbasi w artykule.

Badania nad probiotykami mają często kiepską jakość

Abbasi podkreśla, że wielu lekarzy, którzy wcześniej przepisywali  probiotyki swoim pacjentom, teraz wycofuje się z tych zaleceń i proponuje naturalne źródła „dobrych” bakterii, czyli jogurty, kefiry czy kiszonki, które ludzkość zna w końcu od tysiącleci i które oprócz pożytecznych mikroorganizmów zawierają szereg dobroczynnych substancji. Coraz częściej zdarza się też taka postawa u polskich lekarzy. Powodem są niejednoznaczne rezultaty badań nad probiotykami i ich stosunkowo niska jakość.

JAMA cytuje m.in. Alexandra Khroutsa, gastroeneterologa i dyrektora medycznego the University of Minessota Microbiota Therapeutics Program, który leczy niemal taśmowo pacjentów z zapaleniami wywołanymi bakterią C. difficile (choroba objawia się m.in. uciążliwą biegunką). Twierdzi on, że praktycznie każdy jego pacjent informuje go o przyjmowaniu probiotyków. Lekarz nie wchodzi jednak w dyskusje na ten temat, sugerując jednak swoim pacjentom, że może lepiej jeść jogurty i kiszonki.

Warto zwrócić uwagę, że mówi to profesor, który sam zajmuje się badaniami nad możliwościami terapeutycznymi mikrobioty. Ubolewa jednak, że niewielu ludzi zdaje sobie sprawę ze słabości dowodów przemawiających za stosowaniem dostępnych obecnie probiotyków. Zastrzega on jednak, że jego zdaniem potencjalne szkody z zażywania tych produktów, jeśli są, to prawdopodobnie minimalne.

Warto wiedzieć, że przegląd szeregu prac dotyczący nie działania probiotyków (oraz prebiotyków i synbiotyków – czyli połączenia tych dwóch), a metodologii badań nad tymi produktami (zatem sposobu i jakości badań nad nimi) wykazał, że w dużym odsetku tych prac nieprawidłowo, albo w ogóle nie raportowano danych o profilu bezpieczeństwa badanych produktów czy skutków ubocznych ich stosowania.

Według autorów przeglądu nie można zatem wysnuć generalnego wniosku, że sprawdzono bezpieczeństwo ich stosowania! Co istotne, przegląd zamieszczono w prestiżowym czasopiśmie Annals of Internal Medicine i obejmował prawie ponad 380 prac na temat randomizowanych badań klinicznych opublikowanych w ciągu prawie trzech ostatnich lat.

Jakość probiotyków na rynku polskim budzi wątpliwości

Najwyższa Izba Kontroli w raporcie z początku 2017 r. wskazała na problem niewłaściwej jakości suplementów diety z grupy probiotyków. Na zlecenie NIK Narodowy Instytut Leków wykonał jakościowo-ilościowe badania mikrobiologiczne sześciu próbek takich produktów. Tylko w przypadku dwóch zawartość bakterii probiotycznych była zgodna z deklaracją na etykiecie, a w jednym z analizowanych suplementów stwierdzono zanieczyszczenie produktu chorobotwórczymi bakteriami kałowymi.

Co więcej, eksperci z Instytutu Leków zbadali też zawartość żywych bakterii probiotycznych w tych samych preparatach w różnych odstępach czasu. Okazało się, że prawie 90 proc. przebadanych próbek probiotyków w postaci suplementów diety charakteryzowało się dynamicznym spadkiem liczby żywych bakterii wraz z upływem czasu, przy czym działo się tak przed upłynięciem terminu przydatności do spożycia.

Nie należy jednak przyjmować tych ustaleń jako typowych dla wszystkich dostępnych na rynku produktów. Główny Inspektor Sanitarny podnosi na przykład, że trudno wysnuwać generalne wnioski na podstawie małej liczby pobranych do badania próbek (sześć z około 100 dostępnych produktów).

Jak zatem podchodzić do zalewu informacji i reklam dotyczących probiotycznych bakterii? Z głową. Pamiętając przy tym, że ich rezerwuarem w naturze są produkty sfermentowane i kiszone, zalecane w codziennej diecie wszystkim zdrowym osobom dla podtrzymania zdrowia. To zalecenie nie budzi żadnych wątpliwości.

Justyna Wojteczek, www.zdrowie.pap.pl

To trzeba wiedzieć o cytologii

laboratory-2815641_1920-copy

Czy tzw. „dwójka” w cytologii to powód do niepokoju? Jak często wykonywać cytologię? Czy trzeba się na nią specjalnie przygotować? Sprawdź, co na ten temat mówi specjalistka, prof. Ewa Barcz, kierownik Kliniki Oddziału Ginekologiczno-Położniczego w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie.

Zacznijmy od tego, że popularna kiedyś ocena wyniku badania cytologicznego w klasyfikacji Papanicolaou, według której otrzymywało się „dwójkę”, „trójkę” lub „czwórkę” (drugą, trzecią lub czwartą grupę), to dziś już historia medycyny. Obecnie obowiązuje opis wyniku cytologicznego według systemu Bethesdy.

– Wynik badania cytolog przedstawia teraz w formie opisowej – pisze o tym, jak wyglądają komórki nabłonkowe, czy mają one cechy patologiczne, jeśli tak, to jakiego typu, opisuje czynniki infekcyjne, czy w rozmazie pojawiają się bakterie lub grzyby, opisuje elementy i cechy regeneracji, zmiany popromienne – czyli  krótko mówiąc opisuje wszystko to, co tam zauważa – mówi ginekolog prof. Ewa Barcz, kierownik Oddziału Ginekologiczno-Położniczego w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie.

Starego nazewnictwa używa się więc już raczej tylko z przyzwyczajenia. W praktyce wciąż się je spotyka, ale raczej jako dopisek.

– Dostajemy opisy według skali systemu Bethesdy i na końcu jest sformułowanie, np.: „co odpowiada grupie 2 według Papanicolaou”. W środowisku specjalistów nie trzeba tego tłumaczyć. Czasem też pacjentki przyzwyczajone do takiego nazewnictwa dopytują, używając starej nomenklatury: „Pani doktor, czy to znaczy że mam dwójkę?”, ale oficjalnie już się nie stosuje tego nazewnictwa – mówi specjalistka.

Infografika PAP_cytologia/Serwis Zdrowie/A. Zajkowska

Czy tzw. „dwójka” – bez względu na to jak ją będziemy nazywać – jest powodem do niepokoju? Specjalistka odpowiada, że z punktu widzenia badań przesiewowych w kierunku wykrycia nowotworu, „dwójka” to cytologia prawidłowa – w systemie Bethesdy oznacza, że nie stwierdzono nieprawidłowości nabłonkowych, czyli raka ani dysplazji czyli stanu przednowotworowego.

– To z punktu widzenia profilaktyki onkologicznej prawidłowy wynik. Co więcej, niekoniecznie wymaga korygowania. Mogą to być prawidłowe komórki nabłonkowe o odczynie zapalnym, co nie zawsze wymaga leczenia. Odczyn zapalny w rozumieniu cytologicznym to bowiem nie zawsze czynna infekcja. Naturalnie, jeżeli pacjentka ma objawy lub cechy infekcji, konieczne będzie leczenie, ale jeżeli nie ma innych wykładników infekcji, taki wynik jest fizjologiczny – wyjaśnia prof. Ewa Barcz.

Co to jest cytologia?

Badanie cytologiczne to skuteczne, bezbolesne i bezpieczne badanie komórek z szyjki macicy, polegające na założeniu wziernika do pochwy, pobraniu komórek specjalną szczoteczką z tarczy i kanału szyjki macicy, a następnie nałożeniu rozmazu na szkiełko cytologiczne. Pobrany materiał przekazywany jest do oceny mikroskopowej. Cytolog ocenia prawidłowość komórek nabłonkowych. Cytologia pozwala wykryć nieprawidłowości sugerujące stan przednowotworowy lub nowotworowy szyjki macicy, w czasie, kiedy nie ma żadnych objawów. Daje możliwość oceny, czy kobieta znajduje się w grupie ryzyka zachorowania na raka szyjki macicy. Nieprawidłowy wynik nie jest jednoznaczny z diagnozą raka!

Grupa trzecia w starej typologii, czyli „trójka”, która kiedyś była równoznaczna z podejrzeniem dysplazji, czyli podejrzeniem stanu przednowotworowego lub raka, dzisiaj jest opisywana jako nieprawidłowości w komórkach nabłonkowych odpowiadające dysplazji małego, średniego lub dużego stopnia.

– Dysplazja to rozpoznanie patomorfologiczne określające zmiany w komórkach  nabłonkowych, które mogą dotyczyć różnych warstw nabłonka. Nie są to jeszcze komórki rakowe, jednak nieleczone mogą przejść transformację nowotworową – mówi ginekolog.

Kiedy trzeba wykonać kolposkopię?

W przypadku podejrzenia patologii komórek nabłonkowych wykonuje się kolposkopię.

– Jest to badanie szyjki macicy w powiększeniu – kolposkop to rodzaj mikroskopu z powiększeniami do ponad 20x, który wskazuje dokładnie miejsca zmienione chorobowo, a tym samym pozwala pobrać np. wycinki do badania histopatologicznego czyli badania, które ostatecznie rozstrzyga rozpoznanie: dysplazaja, jej brak, lub już rak – wyjaśnia specjalistka.

Jeśli mamy do czynienia z nieprawidłowym wynikiem cytologii, kolposkopii lub nieprawidłowym wynikiem badania histopatologicznego warto wykonać dodatkowo testy na HPV.

– W przypadku HPV istnieją wirusy wysokoonkogenne – niosące ryzyko powstania dysplazji dużego stopnia bądź przemiany nowotworowej oraz niskoonkogenne, przy których transformacja nowotworowa jest bardzo mało prawdopodobna. Postępowanie ustala się w zależności od wyniku: można proponować postępowanie wyczekujące – np. obserwację lub skłaniać się ku bardziej inwazyjnym działaniom np. konizacji szyjki macicy, czyli wycięciu stożka tkanki z części pochwowej szyjki macicy, co pozwala wyeliminować zmiany przedrakowe – mówi prof. Ewa Barcz.

Jak często wykonywać cytologię?

Cytologię powinno wykonywać  się od momentu podjęcia współżycia, ale nie później niż w 21 roku życia. Początkowo powinna być wykonywana co roku, a w przypadku dwóch kolejnych prawidłowych wyników – raz na 3 lata.

Jak się przygotować do badania cytologicznego?

  • Na badanie nie należy zgłaszać się w czasie krwawienia miesiączkowego,
  • Na pobranie cytologii najlepiej zgłosić się nie wcześniej niż 4 dni po ostatnim dniu miesiączki i nie później niż 4 dni przed rozpoczęciem miesiączki,
  • Co najmniej 4 dni przed pobraniem wymazu cytologicznego nie należy stosować żadnych leków dopochwowych,
  • Od ostatniego badania ginekologicznego/USG przezpochwowego powinien upłynąć co najmniej 1 dzień.

Monika Wysocka (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Wlewy witaminowe zamiast prawdziwej terapii? Nie dajcie się nabrać!

chemotherapy-448578_1920-copy

Nie ma cudownego lekarstwa na raka. Leczenie tej choroby to skomplikowany i często długi proces. Nie zastąpi go podawanie dożylne dużych dawek witaminy C.

– Ostatnie badania pokazują wręcz niekorzystny wpływ spowodowany wlewami z witaminy C na proces nowotworowy i na stosowane dotychczas leczenie – ostrzega kierownik Katedry i Kliniki Onkologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, prof. Rodryg Ramlau.

Takie postępowanie może nie tylko spowodować bóle brzucha, nudności, ale i osłabić, a nawet zniweczyć działanie chemioterapii.

Na przykład u pacjentów chorych na ostrą białaczkę szpikową, opornego na leczenie rozsianego raka jelita grubego lub rozsianego czerniaka, leczenie witaminą C podawaną dożylnie w skojarzeniu z innymi lekami powodowało poważne efekty uboczne i postęp choroby.

Lekarze podkreślają, że rezygnacja z leczenia choroby nowotworowej za pomocą uznanych przez medycynę leków i zabiegów na rzecz tzw. metod alternatywnych, to w praktyce zgoda na to, by rak pacjenta zabił.

– Alternatywne metody to jest wielkie utrapienie, żeby nie mówić, że klęska, dla nas, onkologów. Tego typu sposobem postępowania zajmują się nie lekarze (a, tym bardziej: nie onkolodzy), a osoby, które całkowicie nie mają do tego typu postępowania uprawnień. To, co nas najbardziej boli, to że rozmawiają z naszymi chorymi tworząc im pewnego rodzaju wizje nie do zrealizowania – ubolewa prof. Ramlau.

Eksperci apelują, by pacjenci, którzy poddają się akceptowanemu przez medycynę leczeniu nowotworu, informowali też o podejmowanych próbach z tzw. metodami alternatywnymi. Nawet substancje naturalne, takie jak zioła czy witaminy, mogą wchodzić w poważne interakcje z chemioterapią czy zaburzać gojenie ran pooperacyjnych. Stosowanie zaś dużych dawek tego rodzaju substancji u osoby zdrowej może wywołać problemy przy wchłanianiu żelaza czy wydzielaniu hormonów. Jeśli zaś ktoś z chorobą nerek będzie przyjmował duże dawki witaminy C, narazi się na niewydolność tych narządów.

– Niestety, nie ma cudownego leku na raka i musimy sobie wszyscy z tego zdawać sprawę.
Leczenie choroby nowotworowej, to proces bardzo skomplikowany i złożony i na pewno w walce z tym nowotworem nie pomagają metody alternatywne, takie jak wlewy z witaminy C – podkreśla prof. Ramlau.

Gdzie sprawdzić rzetelne informacje o alternatywnych metodach leczenia raka?

Na platformie edukacyjnej ‘”Rak Niekonwencjonalnie” prowadzonej przez Fundację Polska Liga Walki z Rakiem, którą można znaleźć pod linkiem: https://www.ligawalkizrakiem.pl/rak-niekonwencjonalnie. Serwis zawiera aktualne i – co istotne – rzetelne informacje na temat tzw. niekonwencjonalnych metod stosowanych przez chorych na nowotwory i osoby, które chcą się przed rakiem chronić.

Źródło: Justyna Wojteczek, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

 

Ostrzeżenie publiczne. Wycofanie partii produktu pn. „Bactitis kids”

4-1

W próbkach produktu badanego przez Narodowy Instytut Leków, na zlecenie Państwowej Inspekcji Sanitarnej, stwierdzono obecność niedeklarowanych w składzie bakterii Enterococcus faecium, Enterococcus gallinarum oraz zaniżonej w stosunku do deklarowanej w składzie zawartości bakterii Streptococcus salivarius. Zgodnie z oceną ryzyka Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny może to stanowić potencjalne zagrożenie dla zdrowia ludzi.

Szczegóły dotyczące produktu:

Produkt – „Bactitis kids” – dietetyczny środek spożywczy specjalnego przeznaczenia medycznego

Producent – Lek Pharma, ul. Równoległa 8, 42-600 Tarnowskie Góry

Najlepiej spożyć przed końcem – 12. 2020

Numer partii – Data minimalnej trwałości produktu jest jednocześnie numerem partii

Działania podjęte przez przedsiębiorców i organy urzędowej kontroli:

Producent – firma Lek Pharma podjął działania mające na celu wycofanie kwestionowanego produktu z rynku i poinformowanie o tym odbiorców.

Organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej nadzorują działania prowadzone przez przedsiębiorcę.

Zalecenia dla konsumentów:

Nie należy spożywać wskazanej w komunikacie partii produktu.

Źródło: www.gis.gov.pl

Uwaga astmatycy i leczący się na POCHP – lek wycofany z obrotu

inhaler-2520471_1920-copy

Serie leków stosowanych w leczeniu astmy i POCHP wycofane z obrotu. Koniecznie sprawdź w swojej apteczce czy nie posiadasz takich leków. GIF wydał ostrzeżenie dla:

BDS N zawiesina do nabulizacji 0,25 mg/l

  • seria: 054214, data ważności 06.2019
  • seria: 053117, data ważności 06.2020
  • seria: 053217, data ważności 06.2020
  • seria: 052118, data ważności 03.2021

BDS N zawiesina do nebulizacji 0,5 mg/l

  • seria: 063217, data ważności: 06.2019

BENODIL zawiesina do nebulizacji 0,125 mg/l

  • seria: 1030718, data ważności 2021

BENODIL zawiesina do nebulizacji 0,25 mg/l:

  • seria:052818, data ważności 03.2021
  • seria: 054817, data ważności 07.2019
  • seria: 055817, data ważności 10.2020
  • seria: 057617, data ważności 11.2020
  • seria: 057917, data ważności 12.2010

Budixon Neb zawiesina do nebulizacji 0,125 mg/l:

  • seria:1031517, data ważności 07.2019

Budixon Neb zawiesina do nebulizacji 0,25 mg/l:

  • seria:058217, data ważności 12.2019
  • seria:050118, data ważności 01.2020
  • seria:053618, data ważności 05.2020

Źródło: www.gif.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Cholesterol w naszej diecie – bać się go czy nie?

fried-eggs-456351_1920-copy

Stosowanie odpowiedniej diety jest pierwszym zaleceniem zarówno w profilaktyce, jak i leczeniu chorób sercowo-naczyniowych. Celem leczenia dietetycznego jest obniżenie podwyższonych poziomów cholesterolu całkowitego (TC) oraz cholesterolu LDL, a przez to zmniejszenie zapadalności i umieralności na te choroby.

Od wielu lat cholesterol zawarty w diecie (czyli tzw. cholesterol pokarmowy) oskarżany jest o to, że podwyższa stężenie „złego” cholesterolu (LDL-C) we krwi, a tym samym sprzyja rozwojowi miażdżycy i jej powikłań, czyli chorób sercowo-naczyniowych, w tym m.in.: choroby wieńcowej, zawału serca, udaru mózgu czy miażdżycy kończyn dolnych. W tym kontekście warto podkreślić, że ta właśnie grupa chorób stanowi wciąż najczęstszą przyczynę zgonów w Polsce.

Co to jest miażdżyca i skąd się bierze?

Miażdżyca to choroba, którą powoduje odkładanie się cholesterolu LDL-C w ścianie dużych tętnic, dokąd przenika z krwi (dlatego nazywamy go „złym” cholesterolem):

  • im wyższe jest stężenie cholesterolu LDL-C we krwi, tym większe jest zagrożenie rozwojem miażdżycy
  • im niższy jest poziom cholesterolu LDL, tym mniejsze zagrożenie miażdżycą.

Obniżenie stężenia cholesterolu LDL-C we krwi jest najważniejszą metodą powstrzymywania rozwoju miażdżycy.

Ale czy cholesterol pokarmowy jest głównym „winowajcą” podwyższonego stężenia cholesterolu we krwi? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w stanowiskach medycznych towarzystw naukowych.

Najnowsze wspólne „Wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (ESC) i Europejskiego Towarzystwa Miażdżycowego (EAS) dotyczące leczenia zaburzeń lipidowych w 2016 roku” podają, jaki jest wpływ określonych zmian stylu życia, w tym żywieniowych, na stężenie cholesterolu całkowitego (TC) i „złego” cholesterolu (LDL-C). We wspomnianym opracowaniu eksperci wskazali, że:

Najsilniejszy wpływ (+++) i najwyższy poziom dowodu (A), na obniżenie stężenia cholesterolu całkowitego i cholesterolu LDL, ma:

  • zmniejszenie spożycia nasyconych kwasów tłuszczowych
  • zmniejszenie spożycia izomerów trans nienasyconych kwasów tłuszczowych

Silny wpływ (++) i wysoki poziom dowodu (A) ma:

  • zwiększenie spożycia błonnika pokarmowego
  • spożywanie produktów wzbogaconych w fitosterole, czyli sterole i stanole (żywność funkcjonalna)
  • zmniejszenie nadmiernej masy ciała
  • stosowanie suplementów zawierających czerwony fermentowany ryż

Korzystny wpływ, ale mniejszy (+) i niższy poziom dowodów (B) ma: 

  • zmniejszenie spożycia cholesterolu pokarmowego
  • zwiększenie codziennej aktywności fizycznej

Ile cholesterolu pokarmowego można bezpiecznie zjeść

Pomimo mniejszego wpływu cholesterolu pokarmowego, niż nasyconych kwasów tłuszczowych i izomerów trans na stężenie cholesterolu we krwi, w wytycznych ESC/EAS podkreślono, że „istnieje dodatnia korelacja między spożyciem cholesterolu a umieralnością z powodu choroby wieńcowej, która jest częściowo niezależna od stężenia cholesterolu. W kilku badaniach eksperymentalnych przeprowadzonych u ludzi oceniono wpływ cholesterolu zawartego w pożywieniu na wchłanianie cholesterolu i metabolizm lipidów, stwierdzając znaczną indywidualną zmienność tych parametrów”.

W omawianych wytycznych podano, że spożycie cholesterolu powinno być zmniejszone < 300 mg/dzień, zwłaszcza u osób z dużym jego stężeniem w osoczu.

Również „Wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (ESC) dotyczące prewencji chorób układu sercowo-naczyniowego w praktyce klinicznej w 2016 roku” nie negują wpływu cholesterolu pokarmowego na stężenie cholesterolu w surowicy, ale wskazują, podobnie, jak wytyczne ESC/EAS, że największy wpływ na to stężenie mają nasycone kwasy tłuszczowe i izomery trans.

Europejskie Towarzystwo Kardiologiczne podkreśla, że „w przypadku stosowania się do zaleceń dotyczących zmniejszenia spożycia nasyconych kwasów tłuszczowych zwykle jednocześnie dochodzi również do redukcji spożycia cholesterolu w diecie. Dlatego w niektórych wytycznych (również niniejszych) dotyczących zdrowej diety nie podaje się konkretnych rekomendacji na temat przyjmowania cholesterolu w diecie. W innych dokumentach zaleca się stosowanie ograniczone do < 300 mg/dobę”.

Rekomendacje dotyczące spożycia cholesterolu dla chorych na cukrzycę

Dla osób z cukrzycą, obok zalecenia zmniejszenia spożycia nasyconych kwasów tłuszczowych i izomerów trans, Polskie Towarzystwo Diabetologiczne jednocześnie podaje następujące ograniczenia:

  • zawartość cholesterolu w diecie nie powinna przekraczać 300 mg/dzień
  • u chorych z podwyższonym stężeniem cholesterolu frakcji LDL (≥ 100 mg/dl), zawartość cholesterolu w diecie należy zmniejszyć do < 200 mg/dzień.

Czy wszyscy podobnie reagują na cholesterol pokarmowy?

Z przytoczonych wyżej rekomendacji wynika, że ograniczanie cholesterolu w diecie jest w dalszym ciągu ważne, chociaż największe znaczenie ma ograniczanie nasyconych kwasów tłuszczowych i izomerów trans. Należy jednak podkreślić, że poszczególne osoby w różnym stopniu reagują wzrostem stężenia cholesterolu LDL we krwi na cholesterol w diecie.

U niektórych osób duża zawartość cholesterolu w diecie powoduje duży wzrost stężenia cholesterolu we krwi (osoby te nazywamy hiperrespondentami), a u niektórych osób nie występuje wzrost cholesterolu we krwi nawet przy nadmiernym spożyciu cholesterolu w diecie (są to tak zwani hiporrespondenci). To jak każdy z nas reaguje na cholesterol w diecie jest uwarunkowane genetycznie. Wiadomo, że wpływ na to ma obecność lub nieobecność tak zwanej apolipoproteiny E.

Szacuje się, że tylko 20-25 proc. osób w populacji wykazuje istotny wzrost stężenia cholesterolu w surowicy krwi w odpowiedzi na zwiększone jego spożycie. Ale wciąż nie wiemy, kto z nas jest wśród tych 20-25 proc., a kto wśród pozostałych 75-80 proc. Precyzyjne określenie w jaki sposób każdy z nas reaguje na cholesterol w diecie nie jest na razie możliwe.

Zawartość cholesterolu w różnych produktach spożywczych

Głównymi źródłami cholesterolu w naszej diecie są z reguły te same produkty, które jednocześnie dostarczają dużo nasyconych kwasów tłuszczowych. Cholesterol jest zawarty tylko w produktach pochodzenia zwierzęcego: głównie w tłuszczach zwierzęcych, tłustych produktach mięsnych i tłustych produktach mlecznych. W produktach tego rodzaju zawarte są również duże ilości nasyconych kwasów tłuszczowych. Ale warto wiedzieć, że nie tylko produkty pochodzenia zwierzęcego mogą być istotnym źródłem nasyconych kwasów tłuszczowych w naszej diecie. Zawarte są one także w niektórych produktach roślinnych, np. w oleju palmowym i kokosowym. Produktem, który zawiera wybitnie dużo cholesterolu jest żółtko jaja, można więc nazwać je „bombą” cholesterolową. Dużo cholesterolu w porównaniu z innymi produktami zawierają także podroby.

Infografika PAP / Serwis Zdrowie

Jaja – „bomba” cholesterolowa – jeść, czy nie jeść?

Od wielu lat toczy się dyskusja, ile jaj można jeść. Przez jakiś czas, z powodu obawy przed cholesterolem, ich renoma uległa osłabieniu, mimo, że są bardzo pożywne. W ostatnich latach przeprowadzono wiele badań, na podstawie których można wysnuć następujące wnioski:

  • jaja są źródłem bogatego we wszystkie niezbędne aminokwasy białka o wysokiej jakości, które jest uznawane za białko wzorcowe
  • zawierają witaminy A, D, B12, B1, B2 , kwas foliowy, żelazo, cynk, potas
  • zawierają luteinę i zeaksantynę- karotenoidy, które pomagają chronić oczy przed zwyrodnieniem plamki żółtej, co może prowadzić u seniorów do utraty wzroku,
  • zawierają lecytynę, która poprawia zdolność uczenia się oraz cholinę, która jest składnikiem niezbędnym do rozwoju mózgu,
  • ponadto spożycie jaj wiąże się z poprawą jakości diety i zwiększa uczucie sytości po posiłku.

Obecnie w celu zmniejszenia poziomu cholesterolu LDL kładzie się nacisk głównie na zastępowanie w diecie nasyconych kwasów tłuszczowych (tłuszcze zwierzęce, oleje tropikalne) nienasyconymi kwasami tłuszczowymi (tłuszcze roślinne, tłuste ryby morskie) oraz na niespożywanie przetworzonej żywności zawierającej izomery trans kwasów tłuszczowych (np. gotowe wyroby cukiernicze). Natomiast mniejszą wagę przywiązuje się do cholesterolu pokarmowego.

Ponieważ cholesterol pokarmowy towarzyszy tłuszczom zwierzęcym, ograniczając ich spożycie, ogranicza się także spożycie cholesterolu.

A wracając do jaj: w codziennej diecie osób zdrowych, bez zwiększonego stężenia cholesterolu we krwi, za rozsądne przyjmuje się spożycie do 7 jaj na tydzień.

Kto powinien ograniczać spożywanie całych jaj?

Na obecnym etapie wiedzy uzasadnione jest zalecenie ograniczenia spożywania jaj m.in. przez osoby z cukrzycą, ponieważ wyniki szeregu badań sugerują, że duże spożycie jaj, może nasilać u tych osób wystąpienie chorób sercowo-naczyniowych.

Eksperci sugerują, że u osób z rozpoznaną chorobą sercowo-naczyniową, z podwyższonym stężeniem cholesterolu we krwi, a także z cukrzycą rozsądne jest ograniczanie spożycia jaj do 2 tygodniowo.

Aleksandra Cichocka, dla zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Uzależnieni od mediów społecznościowych zachowują się jak narkomani?

male-2013929_1920-copy

To FAKT! Mają problemy z podejmowaniem decyzji w identyczny sposób jak osoby uzależnione od narkotyków – dowodzą badania dr Dara Meshi z Michigan State University

– Mniej więcej jedna trzecia ludzi na tej planecie korzysta z social mediów. Niektórzy robią to w sposób niewłaściwy. Miejmy nadzieję, że nasze badania zmotywują ludzi do poważnego postrzegania problemu nadużywania mediów społecznościowych – mówi dr Meshi.

Dotychczasowe ustalenia dowodziły, że u osób nadużywających substancji psychoaktywnych pojawiają się problemy z podejmowaniem decyzji. Nie potrafią się uczyć na błędach i idą dalej ścieżką złych decyzji, mimo nieodpowiednich wyników. Jego zespół postanowił sprawdzić, czy podobne zjawisko można zaobserwować u ludzi nadmiernie używających mediów społecznościowych.

Przeprowadził badania z udziałem 71 użytkowników Facebooka. Najpierw ochotnicy ci wypełniali kwestionariusz pozwalający ocenić, w jakim stopniu są pod względem psychicznym uzależnieni serwisu społecznościowego. Następnie uczestniczyli w tzw. Iowa Test Gambling. To narzędzie w postaci symulacji gry hazardowej, które pozwala badać przebiegu procesów decyzyjnych, m.in. w chorobach neurologicznych, uzależnieniach, schizofrenii i chorobach afektywnych.

Okazało się, że im bardziej dana osoba nie potrafiła oderwać się od Facebooka i wykazywała symptomy uzależnienia od tego medium społecznościowego, tym gorzej radziła sobie z Iowa Test Gambling. Uzyskiwane przez nią wyniki były dokładnie takie same jak w przypadku narkomanów.

Jest to badanie na bardzo małej grupie uczestników, więc konieczne będą dalsze eksperymenty, by móc wyciągać twarde wnioski, ale nawet ten jeden powinien skłonić do refleksji nad tym, czy to my mamy władzę nad naszym społecznościowym kontem, czy ono.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com