Poznaj powód, by do samolotu nie wsiadać z chorymi zatokami

aircraft-1362586_1920-copy

Wakacje, więc wielu z nas ma w planie podróż samolotem. Nagła infekcja górnych dróg oddechowych albo przewlekły stan zapalny zatok to problemy, które mogą poważnie skomplikować podniebą podróż. Zwłaszcza podczas zniżania się samolotu do lądowania w razie infekcji można doznać urazu ciśnieniowego.

Ciśnienie na pokładzie samolotu na wysokości przelotowej może odpowiadać temu w górach na wysokości od 1524 do 2428 metrów nad poziomem morza. Dla zdrowego człowieka to żaden problem, choć generalnie przystosowani jesteśmy do ciśnienia na poziomie morza. Podczas zniżania się do lądowania następuje nagła zmiana ciśnienia. Osoba z katarem lub chorymi zatokami może wówczas odczuwać ból w wyniku urazu ciśnieniowego (barotraumy).

Co to jest barotrauma?

Uraz ciśnieniowy czyli tzw. barotrauma polega na tym, że różnice ciśnień uszkadzają wewnętrzne struktury, czyli najczęściej ucho środkowe i zatoki przynosowe, wyrównujące ciśnienie wewnątrz z panującym na zewnątrz bardzo wąskimi kanałami wysłanymi błoną śluzową. Dochodzi do niego wskutek działania gwałtownej zmiany ciśnień na jamy ciała zawierające powietrze.

Dlaczego? Podczas kataru czy innej infekcji górnych dróg oddechowych dochodzi do obrzęku błony śluzowej nosa, a także znajdującej się w części tylnej nosa ujścia trąbki słuchowej.

– Stan zapalny w przestrzeni ucha środkowego prowadzi do nadmiernej produkcji i gromadzenia się wydzieliny. Jeśli jej fizjologiczny odpływ jest niemożliwy (to tzw. niedrożność trąbki słuchowej) zaczyna ona gromadzić się w uchu środkowym, powodując wzrost ciśnienia w jamie bębenkowej. Powoduje to napięcie błony bębenkowej, które objawia się bólem ucha. Jeśli ciśnienie przekroczy wytrzymałość błony – np. podczas lotu samolotem lub nurkowania – może dojść do perforacji i wycieku wydzieliny na zewnątrz oraz czasowego niedosłuchu – ostrzega specjalistka otolaryngologii Agnieszka Dmowska-Koroblewska z Centrum MedycznegoMML w Warszawie.

Objawy uszkodzenia ucha w konsekwencji urazu ciśnieniowego:

  • silny ból
  • zawroty głowy
  • zaburzenia równowagi

Urazowi ciśnieniowemu najczęściej ulegają zatoki czołowe. Objawem jest rozpierający ból w okolicy czołowej, a także wynaczynienie się krwi do jamy zatok.

Katar i chore zatoki a podróż samolotem

Nasze drogi oddechowe, nawet zdrowe, „nie lubią” latania nie tylko z powodu różnicy ciśnień, ale i dlatego, że powietrze w samolocie ma niską wilgotność. Kiedy samolot znajduje się na wysokości przelotowej (10-12 km nad ziemią) do jego wnętrza wprowadzane jest powietrze, wcześniej zagęszczone i ogrzane. Nie jest ono „bogate” w parę wodną, czyli nie ma wysokiej wilgotności. Dlatego w samolocie dobrze jest pić dużo wody, a skórę zabezpieczać kremem nawilżającym.

Niektórzy podczas lotu, choć nie cierpią z powodu kataru czy innej infekcji, odczuwają ból uszu, zwłaszcza podczas zniżania się do lądowania. To ważny sygnał, który powinien skłonić do wizyty u specjalisty przed kolejną podróżą. Warto, by lekarz sprawdził, co dzieje się z nosem – czy nie ma skrzywionej przegrody nosowej, polipów, obrzęków związanych z przewlekłym procesem zapalnym.

Jeśli nie ma już możliwości konsultacji, to mogą pomóc dostępne bez recepty leki do nosa obkurczające błonę śluzową, które należy zażyć na ok. 30 minut przed startem.

– One działają krótko, ale są bardzo skuteczne. Ponadto w czasie lotu samolotem należy często przełykać ślinę, dużo pić, ruszać żuchwą. Jeżeli dolegliwości są bardzo intensywne, warto zatkać nos i usta i z całej siły wydmuchnąć powietrze. Dzięki temu ciśnienie powinno się wyrównać i takie działanie przyniesie ulgę – podpowiada lekarka.

Nie należy też podczas lotu pić alkoholu, bo powoduje dodatkowo obrzęk błony śluzowej w górnych drogach oddechowych i narządzie słuchu.

Jak lot samolotem wpływa na chore zatoki

Bardzo powszechnym letnim problemem jest zapalenie zatok. W przebiegu takiej infekcji spływająca do nosogardzieli wydzielina oraz katar w efekcie doprowadza w czasie lotu do zatykania uszu. Lekarka wyjaśnia, że zapalenie zatok to infekcja dotycząca nie tylko zatok, ale i całej jamy nosa oraz ujścia trąbki słuchowej, czyli połączenia ujścia ucha z nosem. To obrzęk tych struktur, ich przerośnięcie, typowe dla procesu zapalnego zatok, są szczególnie kłopotliwe  w samolocie.

– Naszymi pacjentami często są stewardesy i piloci. I wcale nie muszą mieć od razu zapalenia zatok, wystarczy ropny katar, aby doszło do problemów. Ropna wydzielina w czasie lotu samolotem może bowiem dostać się do ucha środkowego i spowodować jego zapalenie. U pilota taka sytuacja jest krytyczna i stanowi przeciwwskazanie do lotu – dodaje lek. Agnieszka Dmowska-Koroblewska.

Nawracające problemy tego typu powinny skłonić nas do wizyty u specjalisty i zrobienia pełnej diagnostyki, bo tylko zdiagnozowanie problemu pomoże nam zapobiec tym nieprzyjemnym sytuacjom, a może i większym problemom zdrowotnym.

Urazy wywołane zmianą ciśnienia najczęściej dotyczą osób :

  • podróżujących samolotem
  • nurkujących
  • uprawiających sporty lotnicze: skoki ze spadochronem, baloniarstwo

Jak uchronić rodzinę i siebie przed barotraumą

  • Ważna jest właściwa wentylacja jam nosa i zatok. Na 30 minut przed startem i lądowaniem warto zachęcić dziecko do wydmuchiwania nosa i samemu także zrobić to samo.
  • Jeśli to nie wystarcza pomocne zazwyczaj okazują się krople obkurczające błonę śluzową nosa
  • Jeśli występują objawy ostrej infekcji dróg oddechowych, należy rozważyć przełożenie podróży na inny termin
  • W samolocie żuj gumę, poruszaj żuchwą, często przełykaj ślinę, wydmuchuj nos, pij dużo wody

Monika Wysocka, Zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Na POChP chorują tylko palacze?

man-2634401_1920-copy

To MIT! Przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP) faktycznie najczęściej diagnozowana jest u osób, które palą bądź paliły papierosy lub inne wyroby tytoniowe, ale nawet ok. 20 proc. pacjentów z tym schorzeniem w Polsce nie oddawało się temu nałogowi.

POChP objawia się dusznością, świszczącym oddechem, nadmiarem wydzielanego śluzu oraz kaszlem na skutek ograniczenia przepływu powietrza przez dolne drogi oddechowe.

Jak wskazuje prezes Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc (PTChP) prof. Paweł Śliwiński, podstawową przyczyną rozwoju POChP jest palenie papierosów, które odpowiada za około 80 proc. przypadków tej choroby.

– Wielu chorych nigdy jednak nie paliło. Wskazują na to badania diagnostyczne przeprowadzone w Krakowie oraz kilku innych miejscowościach podkrakowskich. POCHP wykryto tam u 26 proc. kobiet, które nie paliły papierosów – mówi. Zaznacza jednak, że nie ma jednak pewności na ile te badania są miarodajne dla całej naszej populacji.

Przyczyny POChP

  • Palenie tytoniu
  • Zanieczyszczenie powietrza
  • Infekcje układu oddechowego we wczesnym dzieciństwie
  • Nawracające infekcje oskrzelowo-płucne
  • Bierne palenie
  • Nadreaktywność oskrzeli/astma
  • Uwarunkowania genetyczne

Naukowcy uważają, że głównym powodem przewlekłej obturacyjnej choroby płuc, poza paleniem tytoniu, mogą być różnego rodzaju zanieczyszczenia powietrza.

– Może to być smog w miastach, jak również spaliny wydobywające się z kuchenek gazowych czy domowych kominków lub grilla. Wszystko zależy w jakim stopniu jesteśmy narażeni na szkodliwe substancje i jakie są nasze predyspozycje genetyczne – wyjaśnia prof. Śliwiński, który jest kierownikiem II Kliniki Chorób Płuc Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie.

Jak w przypadku większości schorzeń wczesna diagnoza jest na wagę złota. POChP jest wprawdzie nieuleczalna, ale wczesne wdrożenie dostępnych terapii hamuje jej rozwój, zatem pacjent może normalnie funkcjonować i nie naraża się na powikłania ze strony układu krążenia.

Jak diagnozuje się POChP

Potrzebne jest badanie lekarskie z dokładnym wywiadem oraz spirometria – w stanie spoczynku oraz po podaniu leku rozkurczającego oskrzela.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Chorobotwórczy patogen „sprzeda” nam tylko osoba chora?

virus-1812092_1920

To MIT! Bardzo często jest tak, że zakażamy się groźnymi wirusami, bakteriami czy grzybami od osób, które fachowo określa się „bezobjawowymi nosicielami”.

I tak, aż 10 proc. ogólnej populacji może mieć w błonie śluzowej jamy ustnej dwoinki zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, powszechnie znane jako meningokoki, a odsetek takich nosicieli w populacji dzieci w żłobkach i przedszkolach sięga nawet 80 proc.! Oczywiście nie wszystkie chorują, jednak u niektórych może rozwinąć się bardzo groźna inwazyjna choroba meningokokowa.

Z kolei nosiciele wirusa HIV nawet przez całe dekady mogą żyć w nieświadomości, że z biegiem czasu rozwinie się u nich śmiertelne AIDS, a w tym czasie zakażać swoich partnerów/partnerki. Tego rodzaju przykładów jest znacznie więcej. Jak się chronić? Jest kilka zasad, dających dobre efekty:

  • Jeśli istnieje szczepionka – szczepić się!
  • Zachowywać podstawowe zasady higieny: pić z własnych naczyń czy butelek, dzieląc się z kimś kanapką – odkrajać jej część, a nie odgryzać, myć często ręce, wymieniać często szczoteczkę do zębów itp.
  • Zachowywać wierność jednemu partnerowi.
  • Wykonywać zalecane badania diagnostyczne – np. test w kierunku wykrycia HIV czy cytologię.
  • W razie podejrzenia choroby zgłaszać się do lekarza.
  • Zdrowo jeść, ruszać się i zadbać o wypoczynek zarówno dobowy, jak i wakacyjny – to wzmacnia odporność i tym samym chroni przed tym, że w razie zakażenia się patogenem rozwinie się infekcja.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Dziecko z astmą warto zapisać na karate?

karate-851715_1920-copy

To FAKT! Jak podkreśla alergolog i internista prof. Piotr Kuna z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, w astmie ważne jest nauczyć się kontrolować swój oddech. A naukę takiej umiejętności zapewniają sporty walki. Może to być karate, ale także innego tego rodzaju dyscypliny.

– Właśnie po to, by nauczyły się kontrolować oddech, zalecamy dzieciom chorym na astmę sporty walki – tłumaczy profesor, kierujący Kliniką Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Z kolei dorosłym astmatykom lekarze zapisują jogę (chyba że mają fizyczne możliwości i ochotę na rozpoczęcie przygody ze sportami walki).

Oczywiście podstawą leczenia astmy są regularnie przyjmowane zalecone przez lekarza leki oraz unikanie sytuacji, w których ta choroba o zapalnym podłożu może się zaostrzyć (np. warto unikać przebywania w kurzu, pyłach i pyłkach, smogu, dymie papierosowym, zimnym powietrzu).

Chory na astmę musi też regularnie wykonywać spirometrię spoczynkową (o ile lekarz nie zaleci inaczej, co najmniej raz do roku), aby sprawdzić, jak radzą sobie jego płuca.

Warto wiedzieć, że astma nie uniemożliwia uprawiania sportu, nawet na wyczynowym poziomie, także w niesprzyjających dla chorego warunkach. Na astmę choruje na przykład Marit Bjoergen, która posiada kolekcję 15 medali olimpijskich w biegach narciarskich (w tym osiem złotych). W tym kontekście trzeba przypomnieć, że zimne powietrze zaostrza astmę; na przykładzie słynnej norweskiej astmatyczki, która publicznie opowiada o regularnym przyjmowaniu leków na swoją chorobę można powiedzieć, że terapia astmy potrafi być niezwykle skuteczna.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixaby.com

Jajka – ile można bezpiecznie zjeść

jaja-1

Jajka to symbol Wielkanocy. Powszechnie wiadomo, że zawierają sporo cholesterolu, jednak nie można powiedzieć, że są to niezdrowe produkty. Sprawdź ile można ich zjeść, by dodać sobie zdrowia.

W Polsce spożycie jajek szacuje się obecnie średnio na nieco ponad 3 sztuki tygodniowo (na osobę). Dużo to czy mało?

„Jajka należy spożywać, ze względu na ich wartość odżywczą (źródło białka, witamin A, D, B12, B1, B2, żelaza), ale w rozsądnych ilościach, czyli nie więcej niż jedno dziennie” – rekomenduje prof. Longina Kłosiewicz-Latoszek, ekspertka z Instytutu Żywności i Żywienia (IŻŻ).

Niestety, jajka, ze względu na zawartość cholesterolu pokarmowego, budzą wciąż sporo kontrowersji i obaw, szczególnie wśród osób obciążonych chorobami układu krążenia, czy też osób z dużym stężeniem cholesterolu we krwi (hipercholesterolemią).

Zwłaszcza takim osobom eksperci radzą więc ograniczanie spożycia cholesterolu pokarmowego, ale to zalecenie obejmuje przede wszystkim tłuste mięso i tłuszcz zwierzęcy oraz słodycze, zwłaszcza te wytwarzane na przemysłową skalę.

Jak wskazują w artykule zamieszczonym na stronie Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej Barbara Wojda oraz Zofia Chwojnowska, badania z ostatnich lat dowodzą, że cholesterol z jaj nie jest taki straszny, jak wcześniej sądzono.

„Cholesterol zawarty w jajach w większości przypadków nie wpływa na poziom cholesterolu we krwi, tak jak tłuszcze nasycone  w tym tłuszcze trans, tak często obecne w słodyczach i ciastkach. Żółtko jaja ma bardzo korzystny stosunek wielonienasyconych kwasów tłuszczowych do cholesterolu i odpowiednią ilość fosfolipidów, przez co zjedzenie nawet 2-3 sztuk jaj dziennie nie powoduje u zdrowego dorosłego człowieka wzrostu cholesterolu. Aktualne badania wskazują, że spożycie jaj – jako części zdrowej, zbilansowanej diety – nie zwiększa znacząco poziomu cholesterolu u większości zdrowych ludzi, w tym dzieci” – czytamy.

Ekspertki dodają, że niewiele jest produktów spożywczych o tak niepowtarzalnym składzie i wartości odżywczej, zatem zaleca się, aby osoby zdrowe, w tym dzieci i młodzież mogli spożywać 1 jajko dziennie.

W tym kontekście warto jeszcze dodać, że ludzie różnią się reakcją organizmu na cholesterol pokarmowy. Jedni są po prostu na jego wpływ bardziej wrażliwi, a inni mniej. Tym bardziej lepiej w tej kwestii dmuchać na zimne i preferować w diecie produkty roślinne.

Warto jeść jajko codziennie, bo jaja zawierają jednak szereg drogocennych elementów, jak na przykład łatwo przyswajalne żelazo, wysokiej jakości białko, witaminy z grupy B, A, D, E, cynk, fosfor, jod oraz karotenoidy jak zeaksantyna i luteina (mające istotny wpływ na prawidłowe funkcjonowanie narządu wzroku).

Zatem zjedzenie jajka czy dwóch przy wielkanocnym stole nie powinno zaszkodzić, zwłaszcza jeśli po śniadaniu udamy się na długi spacer.

Wiktor Szczepaniak, Justyna Wojteczek, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Skaleczenie zagraża życiu osoby chorej na hemofilię?

accident-743035_1920-copy

To MIT! W dawnych czasach, kiedy nie było jeszcze leków na hemofilię, rzeczywiście, zwykłe skaleczenie mogło doprowadzić do wykrwawienia się człowieka na śmierć – jeśli cierpiał na ciężką postać hemofilii. Jednak obecnie, dzięki skutecznej profilaktyce, chorzy na tę chorobę nie muszą się już obawiać, nie tylko zwykłych skaleczeń, lecz również inwazyjnych zabiegów medycznych.

Zacznijmy od wyjaśnienia, czym w ogóle jest hemofilia:

  • zalicza się ją do tzw. chorób rzadkich (choruje na nią w Polsce około 10 tys. osób, głównie mężczyźni),
  • należy do grupy uwarunkowanych genetycznie skaz krwotocznych (pod tym pojęciem kryją się różnego rodzaju wrodzone skłonności do nadmiernych krwawień),
  • przyczyną hemofilii jest niedobór tzw. czynników krzepnięcia krwi w organizmie chorego.

– Hemofilia jest chorobą nieuleczalną, która wymaga stałego leczenia, jednak prawidłowo leczona staje się chorobą przewlekłą, z którą można normalnie żyć. Leczenie jest bardzo proste: polega na regularnym podawaniu brakującego czynnika krzepnięcia – mówi Bogdan Gajewski z Polskiego Stowarzyszenia Chorych na Hemofilię.

Lekarze podkreślają, że dzięki regularnemu, profilaktycznemu podawaniu czynników krzepnięcia, chorzy na hemofilię mogą nie tylko normalnie funkcjonować na co dzień, lecz także cieszyć się długim życiem (pod tym względem nie odbiegają już dziś od reszty populacji). Dzięki stałemu uzupełnianiu niedoborów czynnika krzepnięcia, chorzy nie muszą też bać się skaleczeń, zabiegów stomatologicznych, a nawet bardziej skomplikowanych i rozległych operacji chirurgicznych. Eksperci zapewniają, że dbanie o odpowiedni poziom czynników krzepnięcia w organizmie chorego skutecznie zabezpiecza go przed groźbą wykrwawienia się w wymienionych wyżej sytuacjach. W cięższych przypadkach, przed inwazyjnymi zabiegami, konieczne może być jednak prewencyjne przyjęcie dodatkowej porcji leków.

Niektórzy dentyści wciąż boją się leczyć chorych na hemofilię, obawiając się powikłań krwotocznych. Dla nich hemofilia równa się krwawienie. Byłaby to prawda, gdyby leczyli chorego na hemofilię bez odpowiedniego przygotowania, ale jeśli trafi do nich pacjent odpowiednio przygotowany, poprzez profilaktyczne podanie czynnika krzepnięcia przed zabiegiem, to nie ma się czego obawiać – zapewnia prof. Krystyna Zawilska, przewodnicząca Grupy ds. Hemostazy Polskiego Towarzystwa Hematologów i Transfuzjologów.

Oczywiście stomatolog, podobnie jak i inni lekarze, przeprowadzający zabiegi inwazyjne u osób cierpiących na hemofilię, przed ich rozpoczęciem powinni upewnić się, że pacjent otrzymał przedtem właściwy czynnik krzepnięcia. Najlepiej byłoby oczywiście, o ile to możliwe, aby przed takimi zabiegami lekarze konsultowali się ze specjalistą hematologiem prowadzącym danego pacjenta.

Warto wiedzieć, że profilaktyka chroni też chorych na hemofilię przed wieloma innymi groźnymi, możliwymi powikłaniami tej choroby (m.in. przed uszkodzeniem stawów).

Dodajmy, że hemofilia ma dwie postaci: A i B, w zależności od tego, jakiego konkretnie czynnika krzepnięcia brakuje w organizmie. Rzecz jasna wymagają one nieco innego leczenia.

Na koniec, warto przypomnieć raz jeszcze, że jest to choroba uwarunkowana genetycznie (wrodzona), zatem nie można się nią zarazić – wbrew temu co głosi inny mit dotyczący hemofilii.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Witaminę D można przedawkować?

about-3455012_1920-copy

To FAKT! Boleśnie przekonał się o tym 54-latek z Kanady, który nie dość, że stosował co najmniej kilkukrotnie wyższą niż zalecana dawkę witaminy D, to jeszcze korzystał z kąpieli słonecznych na wakacjach w Azji Południowo-Wschodniej. Po powrocie trafił do szpitala z poważnym uszkodzeniem nerek.

Lekarze uratowali mu nerki (i życie), ale odtąd boryka się z niewydolnością tych narządów.

Przypadek tego pacjenta oraz proces terapii opisali lekarze na łamach pisma Canadian Medical Association Journal „CMAJ”. Diagnoza zajęła im trochę czasu (podejrzewano m.in. nowotwór), przełom zaś nastąpił wtedy, kiedy pacjent przyznał, że od ponad dwóch lat przyjmuje witaminę D w kroplach. Okazało się, że przepisał mu ją naturoterapeuta, w dziennej dawce wynoszącej 8000–12 000 IU.

Warto wiedzieć, że w Kanadzie lekarze zalecają zdrowym dorosłym suplementację witaminy D w ilości 400–1000 IU dziennie, a osobom powyżej 50. R.ż. z tzw. grup ryzyka (na przykład z chorobami krążenia czy otyłością) – 800–2000 IU na dzień.

Kanadyjczyk zaś, nieświadom ryzyka przedawkowania witaminy D, przez ponad dwa lata przyjmował codziennie dawki co najmniej sześciokrotnie przekraczające zalecane, przy czym nigdy nie stwierdzono u niego niedoboru tej substancji.

Witamina D pochodzi w 20 proc. z żywności (dużo jest jej w rybach i owocach morza, jajach, wątrobie i produktach mlecznych) oraz w 80 proc. z syntezy skórnej jako produkt przemian zawartego w skórze 7-dehydrocholesterolu, zachodzących pod wpływem promieniowania ultrafioletowego.

Warto wiedzieć, że u osób o jasnym zabarwieniu skóry), dawka promieni ultrafioletowych wywołująca minimalny rumień skóry (określana jako jedna dawka rumieniowa – 1 MED), doprowadza do 10-krotnego wzrostu poziomu witaminy D w surowicy krwi, a powrót do normalnego poziomu witaminy podwyższonego po naświetleniu skóry promieniami UV następuje po kilku dniach.

Ponieważ w Europie (i Kanadzie) w okresie zimowo-jesiennym mamy niewielkie szanse na syntezę witaminy D w skórze (zbyt małe nasłonecznienie oraz długie przebywanie w pomieszczeniach), a chroniąc się przed szkodliwymi czynnikami promieniowania UV coraz częściej używamy kremów z filtrem, naukowcy oceniają, że niedobór witaminy D jest powszechny.

Na podstawie oznaczeń biochemicznych stwierdzono niedobór witaminy D w Europie u 28-100 proc. osób zdrowych i 70-100 proc. hospitalizowanych dorosłych (rozpiętość danych wynika z geografii – w krajach południowej Europy stwierdza się mniejszy niż na północy). Dlatego też w Europie Północnej naukowcy zalecają suplementację witaminy D, ale warto wcześniej oznaczyć sobie poziom stężenia 25(OH)D w surowicy krwi, by stwierdzić, czy mamy taką potrzebę.

Nadmiar witaminy D w diecie (czyli w praktyce pochodzącej z suplementów) może bowiem doprowadzić do groźnych konsekwencji dla zdrowia, o czym przekonał się pechowy Kanadyjczyk. Co ciekawe, nie da się „przedawkować” witaminy D pochodzącej z syntezy w skórze pod wpływem słońca.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Tatuaż dyskwalifikuje z dawstwa szpiku?

tatuazcopy

To MIT! Choć wykonanie tatuażu niesie pewne ryzyko zakażenia groźnymi wirusami, to krew i szpik kostny każdego dawcy, zanim dojdzie do przeszczepienia osobie chorej, podlegają licznym i bardzo dokładnym badaniom, które mają na celu wyeliminowanie jakichkolwiek zagrożeń.

Dlatego posiadacz tatuaży może podzielić się swoim szpikiem z potrzebującym, ale ważne, by pamiętał, kiedy miał wykonywany rysunek w skórze. Podobne zasady stosowane są wobec osób, które poddały się piercingowi czy mają wykonany makijaż pernamentny.

Zarówno tatuaż, jak i piercing wymagają przerwania ciągłości skóry. Jeśli nie są stosowane przy tym surowe zasady profilaktyki przeniesienia zakażenia (bo np. używa się tych samych igieł u różnych osób), istnieje ryzyko zakażenia groźnymi wirusami, przede wszystkim wirusowego zapalenia wątroby typu C i B, a także HIV.

Warto wiedzieć, że można się nimi zakazić także drogą kontaktów seksualnych oraz we wszystkich miejscach, gdzie niedbale wykonywane są zabiegi z przerwaniem ciągłości skóry.

O tym, że osoby z kolczykami i tatuażami mogą jednak zostać dawcami szpiku, przypomina Fundacja DKMS, która prowadzi bazę potencjalnych dawców szpiku (w Polsce jest kilka podmiotów, które rekrutują dawców szpiku, DKMS jest jednym z nich, a pełną listę można znaleźć na stronie Poltransplantu). Informuje, że nastąpiła zmiana w obowiązujących procedurach. „Jeszcze jakiś czas temu, po zrobieniu tatuażu, potencjalni dawcy szpiku, figurujący w bazie Fundacji DKMS, musieli zgłaszać wykonanie tatuażu i na pewien czas byli blokowani w rejestrze, a ich dane nie były widoczne dla systemu. Oznaczało to, że przez ten czas nie mogli zostać dawcą faktycznym i oddać szpiku potrzebującemu przeszczepienia pacjentowi” – wyjaśnia DKMS w informacji prasowej.

Także wtedy osoby z tatuażem mogły podzielić się swoim szpikiem, ale dane potencjalnego dawcy były odblokowywane w bazie dawców po upływie sześciu miesięcy, czyli po czasie, kiedy można było na 100 proc. sprawdzić, czy nie są bezobjawowymi nosicielami groźnych wirusów.

„Obecnie procedury zmieniły się i nie ma potrzeby blokowania potencjalnych dawców szpiku w bazie Fundacji DKMS na etapie rejestracji. Jednocześnie potencjalni Dawcy nie muszą zgłaszać wykonania tatuażu czy zabiegów takich, jak piercing i makijaż permanentny, ale powinni pamiętać o tym, kiedy były one wykonane” – informuje DKMS.

Warto jednak wiedzieć, że o wykonaniu tatuażu, piercingu czy makijażu pernamentnego trzeba poinformować koordynatora (koordynator zgłasza się do potencjalnego dawcy szpiku w sytuacji, gdy jest pacjent, który może być biorcą jego tkanki), a także zaznaczyć w ankiecie tę informację wraz z datą poddania się tego rodzaju zabiegom.

– Każdy dawca jest skrupulatnie badany, a jego krew i szpik podlegają szczegółowym badaniom, także molekularnym, by wykryć wszelkie potencjalne zagrożenia dla zdrowia – podkreśla hematolog i transplantolog prof. Wiesław Jędrzejczak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Uzależnieni od mediów społecznościowych zachowują się jak narkomani?

male-2013929_1920-copy

To FAKT! Mają problemy z podejmowaniem decyzji w identyczny sposób jak osoby uzależnione od narkotyków – dowodzą badania dr Dara Meshi z Michigan State University

– Mniej więcej jedna trzecia ludzi na tej planecie korzysta z social mediów. Niektórzy robią to w sposób niewłaściwy. Miejmy nadzieję, że nasze badania zmotywują ludzi do poważnego postrzegania problemu nadużywania mediów społecznościowych – mówi dr Meshi.

Dotychczasowe ustalenia dowodziły, że u osób nadużywających substancji psychoaktywnych pojawiają się problemy z podejmowaniem decyzji. Nie potrafią się uczyć na błędach i idą dalej ścieżką złych decyzji, mimo nieodpowiednich wyników. Jego zespół postanowił sprawdzić, czy podobne zjawisko można zaobserwować u ludzi nadmiernie używających mediów społecznościowych.

Przeprowadził badania z udziałem 71 użytkowników Facebooka. Najpierw ochotnicy ci wypełniali kwestionariusz pozwalający ocenić, w jakim stopniu są pod względem psychicznym uzależnieni serwisu społecznościowego. Następnie uczestniczyli w tzw. Iowa Test Gambling. To narzędzie w postaci symulacji gry hazardowej, które pozwala badać przebiegu procesów decyzyjnych, m.in. w chorobach neurologicznych, uzależnieniach, schizofrenii i chorobach afektywnych.

Okazało się, że im bardziej dana osoba nie potrafiła oderwać się od Facebooka i wykazywała symptomy uzależnienia od tego medium społecznościowego, tym gorzej radziła sobie z Iowa Test Gambling. Uzyskiwane przez nią wyniki były dokładnie takie same jak w przypadku narkomanów.

Jest to badanie na bardzo małej grupie uczestników, więc konieczne będą dalsze eksperymenty, by móc wyciągać twarde wnioski, ale nawet ten jeden powinien skłonić do refleksji nad tym, czy to my mamy władzę nad naszym społecznościowym kontem, czy ono.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Kiepski sen zwiększa ryzyko śmierci?

people-2537324_1920-copy

To FAKT! W przypadku starszych mężczyzn zakłócenia snu i towarzyszące im niedotlenienie krwi znacząco zwiększa ryzyko śmierci z powodu chorób układu krążenia – dowodzą badania pod kierunkiem dr Dominika Linza i dr Mathiasa Baumerta z University of Adelaide.

Uczeni ci przeprowadzili eksperyment, w którym wzięło udział blisko trzy tysiące mężczyzn po 70-tce i 80-tce.  Ochotnicy ci byli monitorowani pod kątem zaburzeń snu, w tym bezdechu sennego. Ich losy naukowcy śledzili średnio przez niemal 9 lat. W tym czasie część badanych zmarła. Analiza przyczyn ich zgonów ujawniła, że ważnym czynnikiem wpływającym na ryzyko śmierci, bardziej niż  sam bezdech, było niskie nasycenie krwi tlenem.

Nasycenie krwi tlenem to tak zwana saturacja. W przypadku zdrowego człowieka, w ciągu dnia wynosi ona 95-100 proc.  Podczas snu jest odrobinę niższa, ponieważ śpiący oddycha płyciej niż normalnie. Saturacja poniżej 90 proc. oznacza niedotlenienie organizmu, objawiające się sinieniem.

– Nasze badanie wykazało, że gdy mężczyzna doświadczał 12 lub więcej minut snu z saturacją poniżej 90 proc., ryzyko śmierci z powodu schorzeń sercowo-naczyniowych było u niego 59 proc. większe – mówi dr Baumert.

W swoim komentarzu uczeni zwracają uwagę, że monitorowanie starszych mężczyzn nie tylko w związku z otyłością czy zaburzeniami snu może przynieść znaczne korzyści zdrowotne. Niedotlenienie można niwelować np. podając tlen.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com