Schizofrenia zaczyna się w młodym wieku?

schizophrenia-388869_1920-copy

To FAKT! Gdy ktoś skończy 35 lat, to już tylko w minimalnym stopniu narażony jest na zachorowanie, nawet jeśli schizofrenia wystąpiła u członka jego najbliższej rodziny.

 Schizofrenia to choroba zaliczana do tzw. psychoz, czyli grupy chorób psychicznych, których znakiem rozpoznawczym jest występowanie poważnych zaburzeń w postrzeganiu rzeczywistości.

Z danych epidemiologicznych wynika, że schizofrenia dotyka około 1 proc. populacji, czyli średnio jedną osobę na sto. Niestety, wiadomo też, że podatność na schizofrenię może być dziedziczona. Oznacza to, że w sytuacji, gdy na schizofrenię choruje lub chorował nasz bliski krewny (zwłaszcza rodzeństwo lub rodzice) ryzyko zachorowania znacząco rośnie i wynosi 1:10.

W tym kontekście należy jednak wiedzieć, że objawy schizofrenii pojawiają się zazwyczaj w okresie wczesnej młodości, a konkretnie między 18. a 25. rokiem życia. Eksperci uspokajają, że osoba, która przekroczyła 35. rok życia jest już tylko w minimalnym stopniu narażona na zachorowanie i to pomimo faktu występowania tej choroby w najbliższej rodzinie.

Schizofrenia jest jednak chorobą przewlekłą. Zatem jeśli jej objawy (pierwszy epizod) wystąpiły już u kogoś w młodym wieku, to należy się liczyć z tym, że może ona nawracać również i w późniejszym wieku.

Ale choroba ta u różnych osób może mieć bardzo różny przebieg i związane z tym rokowanie.

„Diagnoza schizofrenii nie jest wyrokiem skazującym na rezygnację z marzeń, zainteresowań i dotychczasowego trybu życia. Po pierwszym epizodzie trudno przewidzieć, jak rozwinie się choroba. Wiadomo, że 15 proc. spośród osób, u których psychoza rozwinęła się nagle, w pełni wraca do zdrowia i nigdy więcej nie ma nawrotu. Szacuje się, że około 45 proc. chorych ma szansę na pełną remisję oraz aktywne życie prywatne i zawodowe. Warunkiem poprawy stanu zdrowia jest podjęcie leczenia” – czytamy w poradniku dla rodzin osób ze schizofrenią, opublikowanym w ramach Ogólnopolskiego Programu Zmiany Postaw Wobec Psychiatrii.

Trzeba też wiedzieć, że bez porozumienia z lekarzem nie wolno odstawiać leków ani zmieniać ich dawek. Wielu ludzi obawia się, że przyjmowanie leków stosowanych w schizofrenii zamieni ich w  postacie, które pamiętamy z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”. To już jednak przeszłość i zapewne wielu z nas zna osobę chorującą na schizofrenię, ale o tym nie wie – współcześnie stosowane medykamenty pozwalają na nor

Jak można rozpoznać schizofrenię?

Jeśli w ostatnich tygodniach zaobserwowałeś, że twój bliski bardzo się zmienił:

  • ma trudności w prawidłowej ocenie rzeczywistości,
  • ma problemy w zapanowaniu nad własnymi emocjami i zachowaniem,
  • widzi lub słyszy coś, czego nikt inny nie spostrzega,
  • izoluje się, niechętnie odpowiada na pytania,
  • przestał wykonywać lub zaczął zaniedbywać obowiązki domowe,
  • zachowuje się dziwacznie, niezrozumiale i niepokojąco,

może to oznaczać, że zachorował na schizofrenię.

W takim przypadku należy poszukać pomocy lekarza psychiatry.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Z oczu można wyczytać chorobę Parkinsona?

dependent-100343_1280-copy

To FAKT! U osób cierpiących na chorobę Parkinsona, już we wczesnym jej etapie rozwoju, daje się zaobserwować zmniejszenie grubości siatkówki. Dzięki temu odkryciu prawdopodobnie można będzie opracować testy umożliwiające wykrycie tego schorzenia, zanim pojawią się inne, typowe jego objawy.

Zespół dr Jee-Young Lee z Narodowego Uniwersytetu Seulskiego przeprowadził eksperyment z udziałem 49 chorych na Parkinsona. Średnia ich wieku wynosiła 69 lat. Ochotnicy ci zostali zdiagnozowani mniej więcej dwa lata wcześniej, ale nie przyjmowali leków. Grupę kontrolną stanowiły 54 zdrowe osoby, w podobnym wieku.

U wszystkich uczestników badań naukowcy przeprowadzili kompletne badanie oczu, polegające m.in. na ocenie grubości wszystkich warstw siatkówki. (Siatkówka składa się z kilku warstw komórek nerwowych.)

Dodatkowo, w przypadku 28 chorych przeprowadzono badania za pomocą pozytronowego tomografu emisyjnego (PET). Pozwoliły one zmierzyć w ich mózgach gęstość komórek produkujących dopaminę – substancję, której brak powoduje niekontrolowanie ruchy i drżenia różnych części ciała, czyli podstawowy objaw choroby Parkinsona.

Okazało się, że w przypadku osób cierpiących na to schorzenie wewnętrzne warstwy siatkówki są znacznie cieńsze niż u ludzi zdrowych. Ponadto, im cieńsza siatkówka, tym choroba była bardziej zaawansowana i utrata komórek produkujących dopaminę większa.

– Nasze badania jako pierwsze wykazują powiazanie między grubością siatkówki a oznakami postępu choroby i utratą komórek mózgu wytwarzających dopaminę. Odkryliśmy również, że im cieńsza siatkówka, tym postęp choroby większy. Możliwe, że dzięki tym ustaleniom uda się kiedyś na postawie prostego skanu oka wykryć Parkinsona na wczesnym etapie, przed pojawieniem się innych objawów – mówi dr Jee-Young Lee.

Źródło: www. zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

E-maile od szefa wpływają na zdrowie twoich bliskich

social-1206614_1920-copy

Twój pracodawca wymaga od Ciebie żebyś sprawdzał maile poza godzinami pracy? Uważaj – to może się odbić na zdrowiu twoich najbliższych.

 

Smartfony pozwalają nam być w nieustannym kontakcie z naszą rodziną, przyjaciółmi i… szefem. Choć czasami wcale tego nie chcemy, również po godzinach pracy, cały czas pracujemy, odpisując na maile, które nasi koledzy wysłali tuż przed wyłączeniem służbowego komputera. Nie mówiąc już o sytuacjach, kiedy nasz przełożony po prostu wymaga żebyśmy byli „pod mailem”.

W rezultacie, ani nie jesteśmy w pracy, ale też nie wypoczywamy z rodziną. Opublikowane kilka lat temu badania zespołu dr Williama Beckera z Virginia Tech wykazały, że nie tylko maile od szefa poza godzinnymi pracy są niezwykle stresujące, lecz nawet sama świadomość, iż przełożony oczekuje naszej dyspozycyjności wieczorem lub w weekendy. W ten sposób nie jesteśmy w stanie odseparować się od naszych obowiązków mentalnie, co ma wiele negatywnych skutków. Przede wszystkim, co wykazały badania dr Beckera – wypalenie, chroniczny stres i emocjonalne wyczerpanie.

Idąc dalej  tym tropem, dr Becker przy współpracy dr Liuby Belkin z Lehigh University i Sarah Tuskey z Virginia Tech, postanowił sprawdzić jak owa niemożność „odpięcia się” od pracy działa na bliskich takiego pracownika.

Praca zdalna: blaski i cienie

W ramach badań uczeni przeprowadzili ankiety wśród 142 par, w których jedna osoba musiała być „pod mailem” poza oficjalnymi godzinami pracy. Teoretycznie sytuacja nie wydawała się taka zła: uczeni założyli, że pracownik jest w stanie oddzielić rzeczy ważne od mniej ważnych i wyznaczyć granicę dyspozycyjności, zachowując autonomię i znajdując czas dla bliskich.

– Nasze badania ujawniły to, co się dzieje w rzeczywistości: „elastyczne granice pracy” często okazywały się „pracą bez granic” zagrażając zdrowiu i dobremu samopoczuciu pracownika, jak i jego rodziny – mówi dr Becker.

Jego zespół odkrył, że choć „elektroniczna smycz” łącząca pracownika z pracodawcą, nie ma wpływu na jakość jego związku i satysfakcję z relacji, to odciska się na zdrowiu jego bliskich. Mówiąc inaczej partnerzy osób, które nieustannie muszą być w kontakcie ze swoim przełożonym tudzież współpracownikami nie są zadowoleni ze swojego stanu zdrowia.

– To dość nieoczekiwany efekt uboczny całej tej sytuacji – przyznaje Liuba Belkin z Lehigh University.

Szukając nowej pracy pomyśl o rodzinie

Jak można sobie poradzić z tą sytuacją? Zniesienie obowiązku monitorowania kanałów komunikacji elektronicznej przez pracownika byłoby idealnym rozwiązaniem. Jeśli jest to niemożliwe, warto zastanowić się nad wyznaczeniem określonych godzin (poza biurem), w których dany pracownik miałby sprawdzać i odpowiadać na maile. Dzięki temu mógłby skutecznie oddzielić życie prywatne od zawodowego i zmniejszyć obciążenie swoją pracą, jakie spada na jego rodzinę.

Dodatkowo, jeśli praca wymaga nieustannego kontaktu ze współpracownikami, takie oczekiwania powinny być jasno zakomunikowane już w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej czy w ogłoszeniu. Ale to nie wszystko.

– Jeśli natura danego stanowiska wymaga dostępności e-mailowej cały czas, takie odczekiwania powinny zostać oficjalnie wpisane w obowiązki związane z danym stanowiskiem – mówi dr Becker.

Dzięki temu pracownik będzie mniej zdenerwowany napływającymi wiadomościami, a jego rodzina będzie wiedziała, że na odpowiadaniu na te maile polega jego praca.

Świadomość tego, na co się piszemy może mieć jednak i taki skutek, że nie przyjmiemy danej posady. Ale jeśli trzeba pracować 24 godziny na dobę, to czy warto się interesować takim stanowiskiem?

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Rodzaj tkaniny ubraniowej ma znaczenie dla przebiegu Atopowego Zapalenia Skóry?

shopping-606993_1920-copy

To FAKT! Pacjenci z atopowym zapaleniem skóry najlepiej będą się czuli w ubraniach z naturalnych włókien, np. jedwabiu czy bawełny. Koszulka z nylonu może zaostrzyć objawy ich choroby.

AZS to częsty problem u dzieci – choruje na nie od 20 do 30 proc. z nich. Może pojawić się u małego niemowlęcia karmionego wyłącznie mlekiem matki. Spora część chorych „wyrasta” z AZS – z tym problemem boryka się od 2 do 10 proc. dorosłych.

Chorzy na AZS mają wrodzony defekt bariery naskórkowej – ich skóra przypomina ceglany mur bez zaprawy, wskutek czego są narażeni na stany zapalne.

W części przypadków atopowe zapalenie skóry jest związane z uczuleniem na alergeny środowiskowe, np. roztocza czy określony pokarmy. Ale jest typ AZS, który nie ma pochodzenia alergicznego.

Podstawą leczenia jest odpowiednia pielęgnacja skóry, w związku z tym nawilżanie jej i stosowanie zaleconych przez lekarza emolientów. Ubranie, jakie nosi pacjent z AZS, ma również olbrzymie znaczenie.

W wielu badaniach klinicznych wykazano, że nylon pogarszał stan skóry u pacjentów z AZS, powodując większy dyskomfort i swędzenie niż bawełna. Skóra okryta tkaninami sztucznymi „nie oddycha”.

Za jeden z najprzyjaźniejszych materiałów dla skóry uznawany jest jedwab. Ta tkanina zbudowana jest z całkowicie naturalnych białek. Budowa i struktura jedwabiu powodują, że jest on nie tylko delikatny, ale także przewiewny, elastyczny i ma cechy termoregulacyjne. Prowadzono szereg badań na temat tego, co jest lepsze dla pacjenta z AZS – bawełna czy jedwab. Wyniki ich są sprzeczne, a badania mają różną jakość. Pewne jest jednak, skóra dotknięta AZS, ale i ta zdrowia, lepiej będzie się czuła w odzieży wykonanej z naturalnych włókien.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Seniorzy bardziej narażeni na skutki upału?

senior-3336451_1920-copy

To FAKT! Osoby w podeszłym wieku są z przyczyn fizjologicznych, a czasami też psychologicznych, są bardziej narażeni na odwodnienie. Lekarze apelują, by w czasie upału dbali o picie odpowiedniej ilości płynów i nie przebywali na zewnątrz w godzinach 10-17.

– W tym wieku szczególnie niebezpieczne jest odwodnienie, które zaburza pracę wielu narządów, m.in. nerek – mówi lekarz rodzinny Joanna Zabielska- Cieciuch, ekspert Porozumienia Zielonogórskiego. – Osoby starsze są na nie narażone dlatego, że w mniejszym stopniu odczuwają pragnienie. Według niektórych badań wynika to z pogarszającego się z wiekiem funkcjonowania tych obszarów mózgu, które za to odpowiadają. Niektórzy pacjenci tłumaczą, że przyjmują niewiele płynów po to, by nie korzystać zbyt często z toalety, co jest dla nich uciążliwe np. z powodu niepełnosprawności. Bez względu jednak na przyczyny ograniczania napojów, jest to niebezpieczne dla ich zdrowia. Dlatego zwłaszcza w gorące dni nie czekajmy, aż nasz bliski senior poprosi o coś do picia, tylko zadbajmy o to, by zawsze miał pod ręką przysłowiową szklankę wody, przypominajmy regularnie, by się napił, sprawdźmy czy to zrobił. Warto też pomyśleć o wyręczeniu starszej osoby w codziennych czynnościach, nawet gdy nie mieszkamy razem. Chodzi zwłaszcza o wszystko, co wiąże się z wychodzeniem z domu, jak choćby zakupy czy sprawy w urzędach, które możemy załatwić za babcię i dziadka.

Dorosła osoba powinna w czasie upału wypijać ok. 2-3 litrów na dobę.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

 

Alternatywna „medycyna” na raka zwiększa ryzyko zgonu?

energy-healing-3182787_1920-copy

To FAKT! Tak wykazała analiza prestiżowego periodyku JAMA Oncology dotycząca pacjentów cierpiących na uleczalne nowotwory. Okazało się, że ci, którzy stosują tzw. alternatywne metody, dwukrotnie częściej umierają niż pacjenci poddający się konwencjonalnemu leczeniu.

Autorzy pracy podkreślają, że dzieje się tak, ponieważ pacjenci ufający niekonwencjonalnym metodom, odmawiają często leczenia za pomocą chemioterapii, radioterapii i/lub zabiegów chirurgicznych.

Badacze z Uniwersytetu Yale poddali analizie dane 1290 osób chorych na raka piersi, prostaty, płuca lub raka jelita grubego w stadium bez przerzutów, czyli potencjalnie możliwych do wyleczenia. Czerpali informacje z amerykańskiej bazy gromadzącej dane o nowotworach złośliwych (National Cancer Database).

Naukowcy porównali losy 258 pacjentów, którzy standardową terapię uzupełniali alternatywnymi metodami, oraz grupy 1032 pacjentów chorych na raka, którzy korzystali tylko z konwencjonalnej terapii.

Znacznie różniły się w obu grupach odsetki osób, które nie wyraziły zgody na zaproponowaną terapię konwencjonalną:

  • W przypadku chirurgicznego usunięcia guza: 7 proc. pacjentów stosujących alternatywne metody wobec 0,1 proc. w drugiej grupie,
  • W przypadku chemioterapii: 34 proc. vs 3 proc.
  • W przypadku radioterapii: 53 proc. vs 2 proc.

Główny autor pracy Skyler Johnson podkreśla, że z terapiami alternatywnymi wiąże się wiele błędnych przekonań. Choć mogą one być stosowane na przykład po to, by pacjenci łatwiej znosili działania uboczne terapii standardowej, wydaje się, że są albo reklamowane, albo postrzegane przez pacjentów, jako skuteczne lekarstwo na raka. Tymczasem tzw. konwencjonalne metody, choć są obarczone wieloma działaniami ubocznymi, wykazują wysoką skuteczność. W większości nowotworów złośliwych złotym standardem jest stosowanie terapii skojarzonej, czyli leczenia chirurgicznego, chemioterapii i radioterapii, a w przypadku nowotworów hormonozależnych – także hormonoterapii.

Źródło: www. zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Homeopatia to ziołolecznictwo?

peppermint-2816012_1920-copy

To MIT! Zioła zawierają naturalnie substancje lecznicze, czasami nawet w dużych dawkach, dlatego nie należy ich nadużywać, a długotrwale zażywanie trzeba konsultować z lekarzem. Z kolei preparaty homeopatyczne, czasami w ogóle nie zawierają substancji czynnej.

Homeopaci uważają, że substancja, która w dużych dawkach wywołuje objawy choroby, podana w dawce minimalnej je leczy. Specyfik ma tym silniej działać, im bardziej jest rozcieńczony. Pomimo lat badań naukowcy nie znaleźli logicznych i wiarygodnych dowodów na to, że homeopatyczne preparaty działają. Niezwykle znaczącą była w tej sprawie publikacja w czasopiśmie „Lancet”, która porównywała 110 badań klinicznych z wykorzystaniem specyfików homeopatycznych z identyczną ilością badań klinicznych normalnych leków. Wynikało z niej, że homeopatia działa na podobnej zasadzie co placebo.

W 2016 r. w Stanach Zjednoczonych Federalna Komisja Handlu nałożyła na producentów środków homeopatycznych obowiązek publikowania na ich opakowaniach informacji o braku dowodów potwierdzających ich skuteczność.

O podobne rozwiązania do polskiego Ministerstwa Zdrowia apelował w zeszłym roku Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Choroby serca mają płeć

blood-1813410_1920-copy

Myślisz, że zawał to męska rzecz? Błąd. Z jego powodu to kobiety częściej przedwcześnie tracą życie – 55 proc. pań wobec 43 proc. mężczyzn. Obie płcie inaczej chorują na serce, a co gorsza, naukowcy dopiero od niedawna dokładniej badają te różnice.

Dominuje przekonanie społeczne, że największym zabójcą kobiet jest rak piersi. „Raporty dotyczące hierarchii zagrożeń zdrowotnych wskazują, że ponad 50 proc. kobiet uważa, że ich głównym zagrożeniem są choroby nowotworowe, a tylko 13 proc. kobiet wskazało choroby serca. Tymczasem co druga kobieta umiera na serce” – czytamy w krótkim omówieniu problemu chorób układu krążenia u kobiet zamieszczonym na stronie Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

– Waga problemu chorób serca u kobiet jest niedoszacowana – mówi prof. Małgorzata Peregud-Pogorzelska z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego. Dotyczy to nie tylko kobiet, ale i profesjonalistów medycznych.

Profesor wskazuje, że w większości dotychczasowych badań zdecydowaną przewagę wśród uczestników mieli mężczyźni, a dopiero od niedawna podjęto starania, by w mniej więcej równym stopniu reprezentowane były w nich kobiety. Nie chodzi bynajmniej o poprawność polityczną – ponieważ są różnice w patofizjologii chorób układu krążenia między kobietami a mężczyznami, trzeba zebrać informacje na temat tych różnic i w razie potrzeby dostosować do płci zarówno działania zapobiegawcze, jak i leczenie. Dla kobiet to dosłownie kwestia życia i śmierci.

Różnice między płciami

Serce kobiety waży mniej, ale kurczy się częściej, przy każdym skurczu wyrzucając mniej krwi niż męskie. Jego naczynia wieńcowe mają mniejszą średnicę, cieńsze ściany i kręty przebieg, a krążenie oboczne jest mniej rozwinięte. Z wiekiem ulega mniejszym zmianom. Z powodu odmienności anatomicznych płeć żeńska stanowi niezależny czynnik ryzyka występowania powikłań po zabiegu kardiochirurgicznym.

Kobiety i mężczyźni inaczej też reagują na leki. Inna jest także budowa blaszki miażdżycowej, reaktywność naczyń wieńcowych, inne funkcjonowanie śródbłonka oraz wchłanianie, metabolizm i dystrybucja substancji chemicznych – w tym leków.

„Niestety, udział kobiet w badaniach (nad chorobami serca oraz lekami na nie – przyp. red.) w ostatnich dekadach wynosił od 0 proc. do 30 proc., a wyniki były uogólnione. Jeśli dodatkowo uwzględnimy fakt, że ponad 30 proc. leków dopuszczonych do obrotu przez FDA (ang. Food and Drug Administration, amerykańska Agencja Żywności i Leków – przyp. red.) nie ma informacji o działaniu zależnym od płci, a badanie zastosowań 300 nowych leków wykazało, że nawet te, które mają istotne różnice we wchłanianiu, metabolizmie, wydalaniu u kobiet i mężczyzn, nie miały różnic w zaleconym dawkowaniu w zależności od płci, mamy skalę problemu” – czytamy w cytowanym wcześniej omówieniu.

Prof. Peregud-Pogorzelska podkreśla, że odmienne objawy i przebieg choroby niedokrwiennej serca u kobiet prowadzą do niekorzystnej dla pań sytuacji na wszystkich etapach rozwoju tej choroby. Mowa tu o następujących zagrożeniach:

  • ryzyko zdarzeń zagrażających życiu (jak zawał czy udar) jest u kobiet rzadziej oceniane,
  • bóle wieńcowe są częściej atypowe, zatem bywa, że niewiązane przez lekarzy z chorobą serca,
  • testy diagnostyczne są rzadziej wykonywane,
  • niektóre testy z powodzeniem wykonywane u mężczyzn dają fałszywe wyniki u kobiet (np.  elektrokardiograficzna próba wysiłkowa u kobiet często daje wyniki fałszywie dodatnie)
  • w koronarografii u kobiet często brak jest istotnych zmian, pomimo tego, że stan ich układu krążenia zagraża ich zdrowiu i życiu,
  • leczenie jest później wdrażane u kobiet niż u mężczyzn.

W efekcie rokowanie u kobiety doświadczającej choroby niedokrwiennej serca jest gorsze niż u mężczyzn. W ślad za tymi spostrzeżeniami część naukowców opowiada się za wyodrębnieniem kobiecego modelu choroby niedokrwiennej serca.

Na co kobiety powinny zwrócić uwagę:

Objawy zawału serca:

  • U mężczyzn często jest to ból zamostkowy, promieniujący do lewego ramienia.
  • U kobiet zawał często objawia się narastającym zmęczeniem, złą tolerancją wysiłku, uczucie „zatykania się”, dolegliwościami ze strony układu pokarmowego (zgaga, nudności, odbijanie się), ból pleców.

Zawał częściej przydarza się mężczyznom, ale dlatego, że mają go statystycznie we wcześniejszym wieku niż kobiety. To zjawisko należy przypisać ochronnemu działaniu estrogenów – kobiecych hormonów płciowych, których mężczyźni siłą rzeczy mają mało. Jednak po menopauzie nie można już  liczyć na estrogeny; wówczas to u pań częściej dochodzi do zawału niż u panów.
Kobiety rzadziej giną w ostrej fazie zawału niż mężczyźni, ale  w późniejszym okresie to one umierają częściej. Zwłaszcza w ciągu pierwszych 30 dni po zawale śmiertelność kobiet jest aż 2-3 razy wyższa niż u mężczyzn.

W XVIII wieku William Heberden opisał dławicę piersiową (zespół objawów będących efektem choroby niedokrwiennej serca): „jeżeli spotkasz mężczyznę z uczuciem dyskomfortu w okolicy serca, z bólem barku po stronie serca, wiedz, że śmierć jest blisko. Widziałem blisko 100 osób z takimi zaburzeniami, wśród nich trzy kobiety. Wszyscy pozostali byli mężczyznami około lub po 50. roku życia” . Przeprowadzone w roku 2000 badania obejmujące 5000 pacjentów wykazały, że o ile nietypowe objawy dławicy ma 19 proc. mężczyzn, to kobiet – aż 60 proc. Warto też zdać sobie sprawę z tego, że w XVIII wieku mniej kobiet niż obecnie dożywało okresu po menopauzie, co musiało wpływać na wyniki obserwacji Heberdena.

Udar

Zdarza się zdecydowanie częściej kobietom niż mężczyznom. Trzeba o tym pamiętać, bo podobnie, jak w przypadku zawału, uzyskanie profesjonalnej pomocy możliwie szybko odgrywa dużą rolę w szansach na przeżycie i uniknięcie niepełnosprawności.

Objawy udaru to:

  • Silny ból głowy,
  • Drętwienie kończyn,
  • Spowolnienie mowy,
  • Niewyraźna mowa,
  • Niedowład twarzy lub barku (lub twarzy i barku, może być niewielki),
  • Osłabienie kończyn.

Zanieczyszczenie powietrza

Warto, by kobiety szczególnie, o ile jest to możliwe, zadbały o przebywanie w jak najmniej zanieczyszczonym środowisku. Wdychanie pyłu zawieszonego prowadzi do silniejszego wzrostu ciśnienia tętniczego u kobiet niż u mężczyzn, nadciśnienie tętnicze jest jednym z najsilniejszych czynników zarówno zawału, jak i udaru.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Lato sprzyja infekcjom intymnym?

woman-918532_1920-copy

To FAKT! Jedną z przyczyn jest wyższa niż w inne pory roku temperatura, którą bardzo lubią patogeny.

Niektóre sporty również im sprzyjają. Na przykład jazda na rowerze czy konna może doprowadzić do mikrouszkodzeń błony śluzowej pochwy, a wtedy bakteriom i grzybom łatwiej jest ją kolonizować.

Jeśli śluzówka jest już uszkodzona, nie pomogą w jej naturalnym zdrowieniu kąpiele – zarówno w basenie, jak i naturalnych zbiornikach wodnych. Związki chloru z basenu mogą doprowadzić zaś do zaburzenia równowagi naturalnej mikroflory w narządach rodnych, co znowu czyni rozwój patogenów łatwiejszym.

To wszystko nie oznacza, że kobiety mają przestać spędzać wakacje. Trzeba jednak zadbać o właściwą higienę, a zatem:

  • Noszenie przewiewnej bielizny z naturalnych włókien
  • Mycie miejsc intymnych
  • Zmianę mokrego stroju kąpielowego na suchą bieliznę zaraz po wyjściu z wody
  • Współżycie z partnerem z użyciem prezerwatywy, chyba, że para poddała się testom na choroby przenoszone drogą płciową i wypadły one dla obojga negatywnie (brak zakażenia)
  • Jedzenie naturalnych jogurtów i kefirów

Można też profilaktycznie stosować preparaty dopochowowe zawierające pałeczki kwasu mlekowego, zwłaszcza przed i po miesiączce.

Czego nie robić?

– Fatalnym rozwiązaniem jest przepłukiwanie pochwy środkami dezynfekującymi, przeciwbakteryjnymi. Irygacje wypłukują bakterie wchodzące w skład naturalnej mikroflory – przestrzega ginekolog dr Grzegorz Południewski.

Jeśli zaś kobieta odczuwa swędzenie miejsc intymnych, dyskomfort w ich rejonie, zauważy upławy, niepokoi ją ich zapach – należy bezzwłocznie udać się do ginekologa. Przewlekła, nieleczona infekcja intymna może bowiem prowadzić do bardzo poważnych konsekwencji, takich jak niepłodność, zrosty w jamie brzusznej i inne powikłania ginekologiczne.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Ryby i owoce morza to naprawdę afrodyzjaki

sushi-354628_1920-copy

Częste spożywanie ryb i owoców morza sprawia, że ludzie się częściej kochają, a kobiety szybciej zachodzą w ciążę. To prawdziwe afrodyzjaki, ale natura zna ich więcej.  

Ostrygi czy krewetki w wielu krajach cieszą się opinią afrodyzjaków, a o ich rzekomych właściwościach rozgrzewających serca (i nie tylko) zarówno kobiet, jak i mężczyzn mówi się od co najmniej paru wieków. Prowadzone do tej pory badania skupiały się raczej na szukaniu w tego typu produktach substancji, które miałyby działać jak afrodyzjaki. Tymczasem zespół pod kierunkiem dr Audrey J. Gaskins z Harvard T.H. Chan School of Public Health postanowił sprawdzić, na ile w ogóle włączenie tego typu produktów do diety wpływa na aktywność seksualną oraz czas potrzebny do zajścia w ciążę.

Dotychczasowe badania były bowiem niejednoznaczne. Niektóre wskazywały na podwyższony poziom rtęci w ciałach morskich stworzeń – co miało być szkodliwe i działać toksycznie na organizm człowieka (w tym układ rozrodczy). Inne z kolei dowodziły, że kwasy omega-3 zawarte w rybach korzystnie wpływają na poziom progesteronu i skracanie czasu potrzebnego do poczęcia, a także poprawę jakości nasienia.

Jak szybko zajść w ciążę?

W ramach badań naukowcy przez rok przyglądali się staraniom spłodzenia potomstwa u 501 amerykańskich par. Kobiety były w wieku od 18 do 44 lat, mężczyźni 18 lat i starsi. Przed przystąpieniem do badań pary przez dłuższy czas nie stosowały antykoncepcji.
Ze wszystkimi uczestnikami uczeni przeprowadzili obszerne wywiady na temat ich diety, w tym jak często spożywają morskie ryby (świeże i puszkowane np. tuńczyki) oraz kraby, krewetki czy małże. Te wszystkie produkty zostały zaliczone do jednej kategorii – owoców, czy też darów morza.

Ponadto obydwoje partnerzy prowadzili zapiski, w których codziennie notowali, co jedzą oraz kiedy i w którym dniu cyklu uprawiają seks. Zebrane w ten sposób dane zostały przeanalizowane pod względem statystycznym.

Okazało się, że:

  • Im mężczyzna częściej spożywa owoce morza i ryby, tym częściej uprawa seks! Panowie jedzący 9 i więcej porcji tych produktów miesięcznie (1 porcja=ok. 115 gramów) mieli o ok. 23 proc. większą częstotliwość stosunków niż ci, którzy spożywali je 2 i mniej razy w miesiącu.
  • Co więcej, jeśli obydwoje partnerów jadło 8 i więcej porcji ryb oraz owoców morza na cykl (kobiecy cykl ma przeciętnie 28 dni) 22 proc. częściej uprawiali seks niż reszta badanych.
  • Szanse na zbliżenie były o 39 proc większe jeśli obydwoje partnerzy tego samego dnia jedli dary morza.
  • Kobiety, które jadły 8 i więcej porcji ryb oraz owoców morza na cykl, były 60 proc. bardziej płodne, niż kobiety, które jadły 1 i mniej porcji na cykl.
  • Wśród par, gdzie zarówno kobiety, jak i mężczyźni spożywali więcej niż 8 i więcej porcji darów morza na cykl, szybciej pojawiała się ciążą. W 6 i 12 miesiącu badań, wśród tej grupy dziecka spodziewało się  81 i 92 proc. par. W przypadku badanych jedzących mniej, odsetki te wynosiły odpowiednio 64 i 79 proc.

– Nasze badania sugerują, że ryby i owoce morza mogą mieć wiele korzyści reprodukcyjnych. Pary, które starają się o dziecko i konsumują więcej niż dwie porcje tego pokarmu na tydzień, częściej się kochają oraz szybciej zachodzą w ciążę – mówi dr. Gaskins.

Co ciekawe, szybsze zajście w ciążę nie daje się wyjaśnić jedynie większa liczbą stosunków seksualnych. Prawdopodobnie w grę wchodzą też inne czynniki biologiczne, np. poprawa jakości nasienia, pozytywny wpływ zawartych w darach morza substancji na jakość owulacji czy samego zarodka.

– Nasze badania dowodzą ważnego wpływu diety zarówno jeśli chodzi o kobiety jak i mężczyzn, w kontekście czasu potrzebnego do poczęcia dziecka. Sugerują, że obydwoje partnerzy powinni włączyć więcej ryb i owoców morza do jadłospisu, jeśli chcą zyskać maksymalne korzyści związane z płodnością – dodaje dr Gaskins.

Jakie afrodyzjaki można jeść (sprawdzone w badaniach naukowych)

Historia zna długa listę afrodyzjaków, ale tylko niektóre z nich mają potwierdzone naukowo właściwości. Z uwagi na etykę, większość badań prowadzono na gryzoniach:

  • Buzdyganek naziemny (Tribulus terrestris)

Roślina z rodziny parolistowatych, występująca w południowej Europie, czasami w Polsce. Zwiększa wydzielanie testosteronu. Badania prowadzono na szczurach.

  • Muszkatałowiec korzenny (Myristica fragrans, gałka muszkatałowa)

50 procentowy ekstrakt alkoholowy z tej rośliny, znakomicie wpływa na chęć do igraszek u myszy. W eksperymencie podanie tej substancji zwiększało ilość stosunków odbywanych przez samce kilkukrotnie.

  • Daktylowiec właściwy (Phoenix dactylifera)

Spożywanie pyłku palmy daktylowej poprawia parametry nasienia. U dorosłych szczurów spożywanie tego pokarmu wiązało się z większą ilością plemników w nasieniu, były one ruchliwsze i odznaczały się lepszą, bardziej prawidłowo budową.

  • Pieprzyca peruwiańska (Lepidium meyenii, Maca)

Roślina rosnąca wyłącznie w Andach na wysokości od 4 do 4,5 tys. m. n.p.m. Podwójnie ślepe, randomizowane badanie z udziałem mężczyzn nie wykazało zmian w poziomie hormonów. Jednak po 8 tygodniach podawania tego środka versus placebo okazało się, że znacznie zwiększał on libido u ochotników.

  • Damiana (Turnera diffusa) – krzew z rodziny męczennicowatych występujący na terenie Nowego Świata. Ekstrakt rozpuszczony w wodzie przywraca seksualny wigor szczurom wyczerpanym igraszkami z samicami, skracając okres regeneracji między kolejnymi ejakulacjami.

Anna Piotrowska (www.zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.comP