Jesz cukier i nie tyjesz

donut-791837_1920-copy

Naukowcy odkryli, że istnieje wariant pewnego genu, dzięki któremu ludzie jedzą więcej cukru… i mają mniejszą ilość tłuszczu w organizmie. Uwaga! Nie są jednak zdrowsi, choć na pewno szczuplejsi.

Ciasteczko? Zawsze. Każdy z nas zna kogoś, kto ma szczególną słabość do słodyczy. Co ciekawe, często takie osoby nie są specjalnie otyłe, co w wielu z nas budzi prawdziwą zazdrość. Jak to? Jedzą słodycze i nie tyją?

Z dotychczasowych badań wynika, że to ile cukru spożywamy, zależy od hormonu FGF21, którego produkcję nadzoruje gen o tej samej nazwie. Hormon FGF21 jest wydzielany, kiedy jemy słodycze, by zapobiec spożyciu ich za dużej ilości. Wpływa na nasz tzw. układ nagrody – chodzi o to, żeby nie szukać bez opamiętania przyjemnych, słodkich w tym przypadku, wrażeń.

Od 2013 roku wiadomo, że istnieje taki wariant genu FGF21, który sprawia, iż niektórzy jedzą więcej słodyczy, niż inni. Teraz brytyjscy naukowcy pod kierunkiem genetyka dr. Timothy’ego Fraylinga z University of Exeter odkryli, że choć wpływa on na dietę, sprawia również, że osoby te mają mniejszą zawartość tłuszczu w organizmie.

Uczeni posłużyli się informacjami pochodzącymi z UK Biobanku, gigantycznego zbioru danych, zawierającego profile genetyczne oraz inne informacje na temat pół miliona Brytyjczyków w każdym wieku. Chcieli sprawdzić, na ile określone warianty genu FGF21 są powiązane z dietą, zawartością poszczególnych składników w ciele oraz ciśnieniem krwi. Ostatecznie ich analizy objęły swoim zasięgiem ponad 450 tys. osób.

Dużo cukru, a mało tłuszczu

Okazało się, że jeden z wariantów genu, choć prowadzi do zwiększonej konsumpcji cukru (i co ciekawe – jednocześnie alkoholu), jest również powiązany z mniejszą zawartością tkanki tłuszczowej w ciele.

– Byliśmy zaskoczeni, że wersja genu powiązana ze spożywaniem większej ilości cukru jest również powiązana z mniejszą zawartością tłuszczu w ciele. To przeczy powszechnemu mniemaniu, że jedzenie słodyczy źle wpływa na zdrowie. Redukcja tłuszczu w organizmie może być jednak wynikiem tego, że wariant ten skutkuje także mniejszą konsumpcją białek i tłuszczy – mówi dr Frayling.

Nie oznacza to jednak, że posiadacze tego genu są zdrowsi niż reszta społeczeństwa.

– Chociaż zmniejsza on ogólną zawartość tkanki tłuszczowej w ciele, sprawia, że gromadzi się ona w górnej połowie ciała, gdzie sprawia więcej szkody, w tym może wpływać na zwiększenie ciśnienia krwi – dodaje dr Frayling.

I tę zależność potwierdziły badania jego zespołu. Specyficzny wariant genu jest powiązany z podwyższonym ciśnieniem krwi i wysokim stosunkiem obwodu talii do obwodu bioder (tzw. waist-to-hip ratio). A im ten stosunek jest wyższy, tym większa jest tzw. otyłość brzuszna, której obecność znacząco podnosi ryzyko cukrzycy typu II, choroby wieńcowej i zawału serca.

Warto też pamiętać, że nawet osoby o szczupłej sylwetce, wskutek m.in. złej diety, mogą chorować na stłuszczenie wątroby.

Według autorów opisywanych badań, studia nad rozmaitymi wariantami genu FGF21 są o tyle ważne, że mogą wyjaśnić genetyczne i biologiczne podstawy otyłości. Zwłaszcza, że około 20 proc. Europejczyków jest nosicielami dwóch kopii opisywanego w tym tekście genu (po matce i ojcu, co daje niekorzystna kombinację).

Dr Frayling twierdzi jednak, że wpływ niekorzystnych wariantów na ciśnienie krwi nie jest zbyt duży i nie należy wpadać w panikę. Potrzebne są kolejne badania, które pomogą wyjaśnić mechanizmy stojące za tym w jaki sposób feralny wariant genu FGF21 wpływa na rozmieszczenie tkanki tłuszczowej w organizmie.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Nie daj się nabrać na badanie „żywej kropli krwi”

blood-1813410_1920-copy

Nie badanie żywej kropli krwi, a morfologia krwi obwodowej pokazuje, czy z naszym zdrowiem nie dzieje się coś złego. Do corocznej morfologii oraz badania ogólnego moczu zachęcają lekarze.

Jak przekonuje krajowy konsultant w dziedzinie hematologii prof. Wiesław Jędrzejczak, takie badania warto wykonać raz w roku, nawet na własny koszt (to ok. 10 zł), także wtedy, gdy czujemy się doskonale.

Dlaczego?

– Krew jest zwierciadłem tego, co dzieje się w naszym organizmie. Zaburzenia między krwinkami czy samych krwinek mogą być objawem szeregu chorób, nie tylko hematologicznych. Oczywiście, morfologia krwi nie pokaże wszystkich problemów zdrowotnych, ale dzięki niej można wyłapać sporą ich część – podkreśla hematolog.

Kiedy morfologia krwi była w Polsce obowiązkowym badaniem w ramach medycyny pracy (od 1996 roku jest taki obowiązek tylko wobec grup pracowników narażonych na czynniki mogące wywołać choroby krwi, np. lekarzy i pielęgniarek mających kontakt z lekami cytostatycznymi), 20 proc. białaczek było wykrywanych właśnie dzięki okresowym badaniom pracowniczym.

W taki sposób o swojej chorobie – białaczce – dowiedziała się Urszula Jaworska. Dzięki temu, że wykonała morfologię, można było szybko wdrożyć u niej leczenie – w jej przypadku uratowało ją przeszczepienie szpiku od dawcy niespokrewnionego (pierwszy tego rodzaju zabieg w Polsce wykonany przez zespół prof. Hołowieckiego).

W Skandynawii nadal nawet 40 proc. białaczek jest wykrywanych dzięki tego rodzaju badaniom pracowniczym.

Liczy się czas

Morfologia pozwala wykryć bardzo groźną i agresywną chorobę układu krwiotwórczego – ostrą białaczkę szpikową. W jej przypadku, jak w niewielu chorobach, istotny jest czas, bo nieprawidłowych komórek oraz leukocytów może w niej przybywać z godziny na godzinę.

– Wśród hematologów jest złoty standard. Wczoraj badanie, dziś diagnoza i dziś leczenie – podkreśla dr Tomasz Sacha ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Objawami białaczki mogą być zmęczenie, skłonność do powstawania siniaków (wynika to z tzw. małopłytkowości, czyli zaburzenia krzepnięcia krwi), częste infekcje. W razie takich objawów warto wykonać morfologię krwi – w przypadku nieprawidłowości wskazujących na tę chorobę najczęściej samo laboratorium natychmiast informuje pacjenta o konieczności pilnego zgłoszenia się do oddziału hematologicznego.

Dr Sacha na konferencji inaugurującej kampanię „Odpowiedź masz we krwi” zachęcającej do wykonywania morfologii opowiadał o pacjentce, która trafiła do jego oddziału po wizytach u pięciu lekarzy. Skarżyła się przede wszystkim na zmęczenie. Pierwszy lekarz zbadał ją i zmierzył ciśnienie; z kołataniem serca zgłosiła się do szpitalnego oddziału ratunkowego, wykonano u tej 50-letniej kobiety EKG i odesłano ją do domu; lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, do którego zgłosiła się z obrzękiem nogi, skierował ją do chirurga; chirurg nie stwierdził niczego bardzo niepokojącego. Pacjentka sama zgłosiła się na morfologię i okazało się, że ma ostrą białaczkę limfoblastyczną. Wiele wskazuje na to, że tę diagnozę można było postawić cztery-pięć tygodni wcześniej, gdyby wykonano morfologię.

– W przypadku tej choroby wcześniejsza diagnoza znacznie poprawia rokowanie – podkreśla dr Sacha.

Zmęczenie, bladość…

… najczęściej zwiastuje jednak nie białaczkę, a niedokrwistość. To właśnie najczęściej diagnozowana dzięki morfologii krwi choroba. Niedokrwistość może mieć wiele przyczyn – wynikać na przykład z niedoboru składników diety (np. witaminy B12, żelaza), ale też chorób, których jest jednym lub wręcz jedynym objawem (np. celiakia, krwawienie wewnętrzne, niektóre stany zapalne). Niezależnie od przyczyn trzeba ją leczyć, bo wskutek niedokrwistości komórki naszego organizmu dostają mniej tlenu, a to prowadzi do dalszych problemów w każdym układzie człowieka.

Bujda na resorach, czyli „żywa kropla krwi”

Tymczasem, intensywnie reklamowaną obecnie metodą na wykrycie niemal wszystkich chorób jest badanie pod mikroskopem tzw. „żywej kropli krwi”

– Już sama nazwa jest bełkotem. Krew nie jest „żywa” bądź „martwa”, to nie te kategorie – mówi prof. Jędrzejczak. – Można sobie pooglądać zawiesinę krwinek pod mikroskopem, ale niewiele się z tego dowiemy, choćby dlatego, że będą się one na siebie nakładać.

Tzw. naturoterapeuci twierdzą jednak, że dzięki badaniu „żywej kropli krwi” można wykryć wiele patologii.

„W takim badaniu, oprócz fizjologicznych składników krwi, można dostrzec struktury patologiczne różnego rodzaju mikroorganizmów, takich jak bakterie, grzyby, pasożyty, które dostały się do organizmu człowieka z otoczenia zewnętrznego” – czytamy na stronie jednej z firm oferujących owo badanie.

– To bujda – kwituje prof. Jędrzejczak.

Eksperci podkreślają, że faktycznie, jest możliwe, iż w wyniku badania krwi wykryta zostanie na przykład grzybica, ale dotyczy to pacjentów, np. po przeszczepieniu narządów lub tkanek, u których doszło do powikłań i mają uogólnioną, rozsianą grzybicę (stan zagrażający życiu). Ci pacjenci jednak są tak ciężko chorzy, że z pewnością nie są w stanie o własnych siłach dotrzeć do gabinetu tzw. naturoterapeuty na badanie „żywej kropli krwi”.

W innych wypadkach niektóre rodzaje grzybicy można wykryć za pomocą specjalnych odczynników w surowicy krwi. W tym wypadku, odnosząc się do terminologii naturoterapeutów, nie ma jednak mowy o „żywej kropli krwi”. Surowicę bowiem uzyskuje się poprzez odwirowanie skrzepłej krwi. To w surowicy, a zatem części składowej osocza, a nie krwinkach, znajdują się przeciwciała, m.in. skierowane przeciwko grzybom, co pozwala na stwierdzenie ich obecności w organizmie.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Hałas szkodzi sercu?

female-2965878_1920-copy

To FAKT! Zwłaszcza ten w nocy, który powoduje rozdrażnienie. Dowiódł tego zespół naukowców Uniwersytetu Johanna Gutenberga w Moguncji, badając dane 15 tys. osób w wieku od 35 do 74 lat.

Wywołane hałasem zdenerwowanie może powodować migotanie przedsionków, a przez to zwiększać nawet ryzyko udarów. Na szczycie listy irytującego hałasu znalazły się fale emitowane przez nisko latające nocą samoloty.

Badanie, którego wyniki opublikowano na łamach International Journal of Cardiology wprawdzie nie sprawdzało natężenia samego hałasu, ale poziom rozdrażnienia, jakie powodował. Zależność między rozdrażnieniem wywołanym hałasem a zaburzeniami rytmu serca istnieje i okazała się znacząca. Aż u 23 proc. osób doświadczających ekstremalnie wysokiego rozdrażnienia hałasem pojawiło się to zaburzenie, podczas gdy cierpiało z jego powodu tylko 15 proc. uczestników projektu, którzy byli wolni od wpływu hałasu.

Hałas powoduje wiele szkód zdrowotnych. Nadmiar decybeli powoduje obniżenie poziomu uwagi, bezsenność, zmęczenie, nerwowość, irytację.

Dyrektor Centrum Słuchu w Kajetanach prof. Henryk Skarżyński zwraca uwagę, że do uszkodzenia słuchu może doprowadzić dźwięk o natężeniu 85 dB, taki jak na przykład warkot samochodu ciężarowego. Gdy taki „smog akustyczny” działa na człowieka przez 8 godzin dziennie, na przestrzeni lat doprowadza do uszkodzenia komórek słuchowych. Przy poziomie 100 dB wystarczy zaledwie 15 minut, żeby stworzyć zagrożenie nieodwracalnego uszkodzenia słuchu. Za próg szkodliwości uznaje się 65 dB, czyli natężenie dźwięków, jakie generuje zwykły hałas uliczny. Jeśli zostanie on przekroczony, mogą pojawić się zaburzenia – sygnałami alarmującymi, które powinny zwrócić naszą uwagę na pojawiający się problem ze słuchem, są szumy w uszach, uczucie „dzwonienia” czy chwilowa utrata słuchu.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Lekcja Czarnobyla

temelin-881851_1920-copy

26 kwietnia przypada rocznica katastrofy jądrowej w ukraińskim Czarnobylu. To okazja, by przypomnieć fakty i mity o promieniowaniu jonizującym oraz wnioski, jakie świat wyciągnął z tej katastrofy.

Katastrofa elektrowni jądrowej w Czarnobylu, choć wydarzyła się 32 lata temu, nadal budzi emocje.

– Pamiętamy o niej z różnych powodów. M.in. z tego, że informacja o niej dotarła do Polski okrężną drogą – nie bezpośrednio z miejsca, w którym doszło do awarii – mówi rzecznik Państwowej Agencji Atomistyki Józef Strojny.

Co wydarzyło się w Czarnobylu?

Do awarii doszło w nocy z 25 na 26 kwietnia podczas wykonywania eksperymentu, paradoksalnie mającego zademonstrować to, że elektrownia jest bezpieczna. Błędy operatorów i konstruktorów obiektu doprowadziły do dwóch wybuchów: eksplozji pary wodnej oraz uwolnionego wodoru. Do atmosfery dostały się duże ilości radioizotopów. Około 8 z 140 ton paliwa zawierającego pluton oraz inne wysoce promieniotwórcze produkty rozpadu wydostały się z reaktora razem z resztkami moderatora i zostały rozproszone po okolicy. Pary zawierające izotopy cezu i jodu przedostały się do atmosfery podczas wybuchu i późniejszego pożaru.

Polacy nie otrzymali z ZSRR żadnych informacji o katastrofie. Jednak 28 kwietnia stacja pomiaru skażeń promieniotwórczych w Mikołajkach, a następnie kolejne, zgłosiły do Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej kilkukrotny wzrost mocy dawki promieniowania w atmosferze.

Skażenie objęło cały kraj 30 maja.

Jedną z lekcji wyciągniętych z katastrofy jest konwencja o wczesnym powiadamianiu o awarii jądrowej, która została sporządzona już jesienią 1986 roku. W pierwszych dwóch latach podpisało ją 25 krajów, w tym Polska.

Jakie działania podjęła Polska po katastrofie w Czarnobylu?

Działania Polski są uważane na świecie za modelowy, a jednocześnie unikatowy sposób reakcji. Ponieważ nie uzyskano informacji bezpośredniej o katastrofie, jej rozmiarach i istocie, a dysponowano jedynie informacjami ze stacji pomiarowych na terenie Polski i innych krajów europejskich, podjęto decyzję o przyjęciu „czarnego” scenariusza. Wyniki pomiarów wskazywały, że skażenie powietrza to efekt awarii reaktora, a nie bomby jądrowej. „Problemem był jednak brak informacji o możliwym dalszym przebiegu katastrofy. Istniała obawa, że sytuacja radiacyjna Polski może się znacznie pogorszyć, zarówno poprzez zwiększenie emisji ze zniszczonego reaktora, jak i wskutek niekorzystnej sytuacji meteorologicznej” – czytamy w opracowaniu Instytutu Problemów Jądrowych zatytułowanym „W 20-tą rocznicę czarnobylskiej awarii jądrowej” autorstwa W. Trojanowskiego, L. Dobrzyńskiego i E. Droste.

Decyzja o masowym podawaniu jodku potasu w formie płynu Lugola wszystkim dzieciom i młodzieży oraz wielu dorosłym zapadła wczesnym ranem 29 kwietnia. Akcja rozpoczęła się jeszcze tego dnia wieczorem i była kontynuowana nocą w na północy i wschodzi Polski. Około 75 proc. populacji dzieci Polsce w tych województwach przyjęło jodek potasu w ciągu pierwszych 24 godzin akcji. W innych rejonach kraju, odpowiednio do zmieniającej się sytuacji radiacyjnej, akcja była kontynuowana do 5 maja, a w jej efekcie jod otrzymało 18,5 miliona osób, w tym 10,5 miliona dzieci.

Z obawy przed skażeniem mleka, sprowadzono dla dzieci 2000 ton mleka w proszku.

Dlaczego w sytuacji skażenia promieniotwórczym jodem podaje się jodek potasu?

Jednym z najbardziej lotnych i groźnych dla zdrowia człowieka izotopów promieniotwórczych jest jod-131, który osadza się w tarczycy. Jodek potasu podawany w postaci tabletki lub płynu Lugola ma za zadanie nasycić tarczycę tak, by nie przyjmowała promieniotwórczego I131. – Jodek potasu działa wtedy jak bloker izotopu jod-131 – tłumaczy rzecznik PAA.

Nie należy jednak brać jodku potasu bez uzasadnienia, ponieważ może to nieodwracalnie zmienić pracę tarczycy i wywołać jej chorobę.

– Przestrzegamy przed tym, ponieważ od czasu do czasu pojawiają się plotki o groźnym promieniowaniu nad Polską. Wtedy część ludzi próbuje samodzielnie się zabezpieczać, co może okazać się szkodliwe. Nie róbmy tego. Jeżeli mamy wątpliwości – kontaktujmy się z Państwową Agencją Atomistyki, potwierdzajmy pojawiające się informacje u źródeł – podkreśla rzecznik PAA.

Czy promieniowanie jonizujące jest groźne?

To zależy od dawki, a trzeba wiedzieć, że promieniowanie tego rodzaju towarzyszy ludzkości od zarania dziejów.

Jesteśmy wciąż eksponowani na promieniowanie jonizujące. Jest emitowane przez izotopy obecne w glebie, w skałach. Jest też promieniowanie jonizujące pochodzące z kosmosu, a także to, które emitują izotopy znajdujące się w naszych tkankach – szacuje się, że 1/10 dawki promieniowania przyjmowanej co roku przez statystycznego Polaka pochodzi z cząstek promieniotwórczych, które znajdują się w jego ciele. Jest to na przykład promieniotwórczy izotop potasu, który znajduje się w naszych kościach, czy węgla, który przyjmujemy wraz z pożywieniem – tłumaczy Józef Strojny.

Promieniowanie jonizujące towarzyszy ludziom cały czas, choć jego poziomy różnią się na Ziemi w zależności m.in. od wysokości danego terenu i budowy wierzchniej warstwy ziemi. W Polsce na niższe promieniowanie jesteśmy eksponowani nad morzem, na wyższe – w górach. Mają na to wpływ wysokość nad poziomem morza i wszechobecne skały granitowe, zawierające naturalne izotopy promieniotwórcze.

– W Finlandii, gdzie emitujących spore promieniowanie skał granitowych jest w ziemi bardzo dużo, roczna dawka promieniowania naturalnego jest dwukrotnie wyższa niż w Polsce. W Polsce jest to przeciętnie 3,4 mSv rocznie, w Finlandii – około 7 mSv. Są miejsca na Ziemi, gdzie roczna dawka promieniowania naturalnego przekracza polską dawkę trzydziestokrotnie, np. w niektórych rejonach Iranu czy Brazylii – dodaje rzecznik.

Duże badania populacyjne nie wykazały, by takie poziomy promieniowania, wielokrotnie przekraczające dopuszczalne dawki, które ludzie zgodnie z prawem mogą otrzymywać od sztucznych izotopów promieniotwórczych, były niekorzystne dla zdrowia, by np. w istotny sposób różniła się na tych terenach liczba zachorowań na raka.

Trzeba też pamiętać, że promieniowanie jonizujące wykorzystywane jest nie tylko w energetyce! Ma niezliczone inne zastosowania – od terapii i diagnostyki medycznej, poprzez badania materiałowe, aż po konserwację zabytków.

Jakie promieniowanie otrzymali Polacy wskutek Czarnobylu?

Średnia dawka na całe ciało, jaką w ciągu 70 lat otrzymamy w Polsce w wyniku awarii czarnobylskiej wynosi 0,9 mSv, czyli jest mniejsza od 70-letniej dawki promieniowania naturalnego sięgającej około 170 mSv. Dla porównania, dawki kilku mSv rocznie są dopuszczalne dla zawodowo zatrudnionych przy promieniowaniu, a dawką graniczną w szczególnych przypadkach (osoby uczestniczące w ratowaniu życia ludzkiego) jest jednorazowo 500 mSv. Dopiero dawki powyżej ok. 200 mSv można uważać za szkodliwe (choć nie zabójcze), a zgony na chorobę popromienną zaczynają się pojawiać się przy około 1000 mSv i to przy założeniu, że poszkodowanemu nie udziela się pomocy lekarskiej” – czytamy w opracowaniu.

Jakie są skutki zdrowotne awarii w Czarnobylu?

Wielu naukowców podkreśla, na podstawie zebranych danych, że w Polsce nie ma żadnych wiarygodnych doniesień o zauważalnych zdrowotnych następstwach awarii czarnobylskiej, zarówno skutków wczesnych i bezpośrednich, jak też odległych, takich jak wady wrodzone lub nowotwory.

Inaczej sytuacja przedstawia się na Ukrainie, ale i ta odbiega od wielu mitów. Zgodnie z raportem UNSCEAR z 2008 roku, przedstawionym przez Organizację Narodów Zjednoczonych, było 28 śmiertelnych ofiar ostrej choroby popromiennej, zmarłych w ciągu czterech miesięcy od awarii oraz trzy ofiary zmarłe z innych przyczyn. Na ostrą chorobę popromienną zachorowało ogółem 134 ratowników. Do roku 2006 w tej grupie stwierdzono wystąpienie czterech litych nowotworów, trzy zespoły mielodysplastyczne, jeden wypadek ostrej monocytowej białaczki szpikowej i jeden przewlekłej białaczki szpikowej. 19 ratowników zmarło w latach 1987-2006.

Na terenie Białorusi i Ukrainy, zgodnie z danymi z raportu, poza rejestrowanym wzrostem zapadalności na raka tarczycy, nie zaobserwowano wzrostu zachorowań i zgonów na nowotwory złośliwe, które mogłyby być spowodowane promieniowaniem jonizującym. Jednym z takich nowotworów, który jako pierwszy pojawia się po napromienieniu, jest białaczka (ok. 2-10 lat po napromienieniu). Nie zarejestrowano wzrostu zachorowań na tę groźną chorobę układu krwiotwórczego. Jednak autorzy raportu wskazują, że ludzie, którzy w wieku dziecięcym zamieszkiwali te tereny, są w kręgu potencjalnego ryzyka rozwoju chorób wywołanych promieniowaniem.

Skutkiem awarii był natomiast lęk przed urodzeniem zmutowanego dziecka. Z tego powodu dokonano na terenie Ukrainy i Europy setek aborcji. Na Białorusi i Ukrainie w latach 1986-1987 liczba aborcji sięgnęła ok. 1/3 wszystkich urodzeń w Europie Wschodniej!

Czy można ukryć teraz informację o skażeniu radioaktywnym w Polsce?

Jest to mało prawdopodobne.

– Czasy się zmieniły. Jedną lekcji z Czarnobyla, jaką odrobił świat, jest to, że ważna jest informacja i jej przejrzystość. Wiemy, że nie można dopuszczać do takich sytuacji, że społeczeństwo, świat czy otaczające kraje nie wiedzą o awarii jądrowej – podkreśla rzecznik PAA.

Polska jest opleciona siecią urządzeń monitorujących skażenie promieniotwórcze, a prowadzenie tego monitoringu jest jednym z zadań Państwowej Agencji Atomistyki.

– W tym celu wykorzystujemy przede wszystkim dwa zestawy czujników: stacje bieżącego monitorowania mocy dawki promieniowania jonizującego rozmieszczone równomiernie na terenie Polski (co kilka minut przez całą dobę przekazują informacje do dyżurnych o tym, jaki jest bieżący poziom promieniowania) oraz stacje pod opieką Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej, które analizują powietrze w cyklu tygodniowym. Dzięki pierwszemu zestawowi czujników na bieżąco wiemy, czy nie doszło do podwyższenia promieniowania i na ile poziom ten został podwyższony. Drugi zestaw to rodzaj precyzyjnych urządzeń analitycznych, które pozwalają na rejestrowanie minimalnych ilości izotopów promieniotwórczych znajdujących się w powietrzu nad Polską. Możne je porównać do dużych odkurzaczy zasysających powietrze, na filtrze których osadzają się wszystkie cząsteczki, jakie w tym powietrzu się znajdują. Po tygodniu poboru próbek powietrza, filtr jest przekazywany do analizy do laboratorium – tłumaczy Józef Strojny.

Nietypowe odczyty zdarzają się.

– W ubiegłym roku mieliśmy takie sytuacje, że w powietrzu pojawił się podwyższony poziom promieniotwórczego jodu i rutenu – mówi.

Poziomy te, choć podwyższone, nie stanowiły jednak żadnego zagrożenia dla zdrowia, w związku z czym nie były podjęte akcje profilaktyczne.

– Jeśli są nietypowe odczyty, informujemy o tym na naszej stronie internetowej. Trzeba jednak pamiętać, że niezwykle rzadko nietypowy odczyt oznacza zagrożenie dla zdrowia. – podkreśla.

Podobne stacje działają na terenie całej Europy – one także publikują informacje o sytuacji związanej z poziomem radiacji. Funkcjonuje też jedna zbiorcza mapa na stronie Komisji Europejskiej, gdzie można sprawdzić, jak w danej godzinie i dniu wygląda sytuacja radiacyjna na terenie danego kraju.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Zielony jęczmień to najzdrowszy suplement diety?

barley-2401213_1920-copy

To MIT! Zielony jęczmień zawiera bogactwo witamin i mikroelementów, jednak nie jest jedynym pożywieniem, które ma wiele drogocennych składników.

Zielony jęczmień to jeden z dietetycznych hitów ostatnich lat. Ma dużo chlorofilu, który swoją budową przypomina hemoglobinę i wspomaga wydajność organizmu.

Równie zdrowe pod tym względem są bowiem wszelkie kiełki, a także morskie glony, zawierające spirulinę i chlorellę. Zażywanie tej pierwszej zmniejsza m.in. ryzyko wystąpienia leukoplakii, (rogowacenia białego) – stanu przedrakowego skóry.

Wstępne badania wykazały również, że biegacze przyjmujący spirulinę osiągają lepsze wyniki. Równie obiecujące wyniki uzyskano w przypadku chlorelli.

Niemniej jednak zdrowa – czyli dobrze zbilansowana i urozmaicona dieta wystarcza osobom, które nie mają dolegliwości – dzięki jej stosowaniu nie trzeba suplementować żadnych składników. Osobom chorym ewentualną suplementację doradzi specjalista.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Parkinsonizm to choroba ludzi starszych?

woman-3186741_1920-copy

To MIT! Rzeczywiście, najczęściej diagnozuje się ją u osób w szóstej dekadzie życia. Ale na chorobę Parkinsona może zachorować już trzydziestolatek, a nawet dwudziestoparolatek.

Najlepszym tego przykładem jest kanadyjski aktor Michael J. Fox, znany przede wszystkim z trylogii „Powrót do przyszłości”, który został zdiagnozowany w wieku 30 lat.

W takiej sytuacji podejrzewa się, że problem ma podłoże przede wszystkim genetyczne. Wciąż nie udało się znaleźć przyczyny parkinsonizmu – naukowcy stwierdzają, że prowadzi do niej wiele czynników genetycznych (wyróżniono co najmniej 20 genów za nią odpowiedzialnych) oraz środowiskowych.

Jeśli młoda osoba zauważa u siebie drżenie ręki lub nogi po jednej stronie ciała, spowolnienie ruchu, trudności z mówieniem i pisaniem, sztywność mięśni – powinna się udać się do neurologa. Tego rodzaju objawy mogą wskazywać na zaburzenia w układzie nerwowym i warto, by specjalista postawił diagnozę. Trzeba też pamiętać, że takie objawy, które pojawiają się nagle, mogą wskazywać na udar, a w razie podejrzewania tego problemu nie wolno czekać i należy wezwać pogotowie.

Na chorobę Parkinsona częściej zapadają mężczyźni (na dwie kobiety z chorobą Parkinsona przypada trzech mężczyzn z tą przypadłością).

Powszechnie słusznie się uważa, że objawem choroby Parkinsona jest spowolnienie ruchowe. Ale to niejedyny symptom.

Inne to:

  • Sztywność mięśni
  • Drżenie mięśni podczas spoczynku
  • Zaburzenia postawy.

Choroba może też przebiegać z objawami niedotyczącymi narządu ruchu; to m.in. zaburzenia węchowe (osłabienie tego zmysłu), zaburzenia psychiczne (depresja, otępienie), niewyraźna mowa, pisanie małymi literami, problemy z połykaniem, zaparcia, nadmierna senność. Wczesnym objawem choroby Parkinsona mogą być u mężczyzn zaburzenia erekcji.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Dieta ma duży wpływ na wyniki w pracy

food-photography-2834549_1920-copy

Podpowiadamy co należy jeść i pić, żeby poprawić samopoczucie, zwiększyć efektywność i ograniczyć liczbę absencji chorobowych w pracy.

Idąc z duchem czasu, w ramach inwestowania w rozwój, coraz więcej firm wdraża różnego rodzaju działania i programy spod znaku „wellness”, czyli takie, które mają zadbać o zdrowie pracowników. Nie tylko wpisuje się to w panującą modę na zdrowy styl życia, ale także przynosi wymierne korzyści, zarówno pracownikom, jak i pracodawcom.

Eksperci do spraw promocji zdrowia w zakładach pracy podkreślają, że jednym z kluczowych sposobów wzmacniania kondycji i wydajności pracowników, jest taka organizacja pracy i tworzenie takich w niej warunków, które wspierają zdrowe odżywianie się pracowników. Oczywiście nie każdą firmę stać na stworzenie profesjonalnej stołówki czy też zamawianie dietetycznego cateringu dla swoich pracowników, ale już niemal każda może zapewnić pracownikom choćby niewielki aneks kuchenny, w którym będą mogli w spokoju zjeść drugie śniadanie i ciepły lunch. Każda firma może też uświadamiać (edukować) swoich pracowników w kwestii zdrowego żywienia.

Dlaczego to takie ważne? I co konkretnie należy jeść, aby poprawić samopoczucie, zwiększyć efektywność i ograniczyć liczbę absencji chorobowych w pracy? Odpowiedzi na te pytania udzielają dr Ewa Chojnowska (dietetyk) i Małgorzata Czernecka (psycholog) w książce „Promocja zdrowia w zakładzie pracy: wsparcie dla zdrowego odżywiania się i aktywności fizycznej pracowników”.

Dietetyczny przepis na sukcesy w pracy

Z badań, przeprowadzonych przez organizację Health Enhancement Research Organization wynika, że pracownicy, którzy regularnie jedzą zdrowe posiłki, osiągają aż o 25 proc. większą wydajność w pracy, w porównaniu do osób, które nie żywią się zdrowo.

„Istnieją mechanizmy, wynikające z fizjologii i biochemii, związane z tym jak organizm czerpie energię z pożywienia, o których warto wiedzieć. Może to mieć przełożenie na to, jak osoba zatrudniona czuje się każdego dnia, ile ma siły i energii do wykonania powierzonych zadań. Dużą inspiracją mogą tu być sportowcy, którym właściwa, dobrze skomponowana dieta nie tylko pomaga utrzymać ciało w szczytowej formie, ale również ma wpływ na osiągane wyniki” – piszą ekspertki w rozdziale książki, dotyczącym wpływu żywienia na samopoczucie i efektywność w pracy.

Poniżej przedstawiamy najważniejsze, wskazane przez Ewę Chojnowską i Małgorzatę Czernecką, zasady zdrowego żywienia, o udowodnionym, korzystnym wpływie na samopoczucie i efektywność w pracy:

  • Zadbaj o odpowiednią kaloryczność diety: im większy wysiłek fizyczny związany z daną pracą, tym większe zapotrzebowanie organizmu człowieka na energię. Dieta osób pracujących fizycznie powinna się więc różnić od diety pracowników umysłowych przede wszystkim wartością energetyczną (kaloryczną). W ustaleniu optymalnego poziomu energetycznego diety dla danej osoby pomóc mogą „Normy żywienia dla populacji Polski”, dostępne za darmo na stronie internetowej Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej. Najlepiej jednak w tej sprawie udać się po pomoc do profesjonalnego dietetyka.
  • Zacznij dzień od śniadania: dostarcza ono składników odżywczych niezbędnych m.in. do prawidłowej pracy układu nerwowego. Mózg potrzebuje do efektywnej pracy dużych ilości glukozy, a rano jej poziom we krwi – po wielogodzinnym poście – jest niski. Dlatego, regularne jedzenie pożywnych, urozmaiconych śniadań, bogatych w niezbędne składniki odżywcze (w tym m.in. węglowodany złożone, witaminy z grupy B, żelazo i cynk), zwiększa nie tylko zdolności poznawcze (np. pamięć, koncentrację, kreatywność, wydajność umysłową), ale także pozytywnie wpływa na nastrój (samopoczucie). Ponadto, z regularnym spożywaniem śniadań wiąże się też rzadsze występowanie nadwagi i otyłości. Tymczasem z badań wynika, że od 20 do 30 proc. ludzi na świecie pomija ten ważny posiłek. Zdrowe śniadania powinny zawierać przede wszystkim: warzywa lub owoce, pełnoziarniste produkty zbożowe oraz produkty białkowe (np. nabiał, jaja, hummus). Najlepiej zjeść pierwsze śniadanie w domu, przed wyjściem do pracy. Jedzenie śniadań jest szczególnie ważne w przypadku pracowników fizycznych, którzy mogą też sobie pozwolić na nieco większą niż pracownicy umysłowi zawartość białka i tłuszczu w tym posiłku.
  • Posiłki spożywaj regularnie: w ten sposób zapobiegniesz dotkliwym spadkom energii oraz koncentracji w ciągu dnia. Z badań wynika, że regularne spożywanie posiłków nie tylko znacząco podnosi wydajność pracowników, ale również wzmacnia odporność organizmu i pomaga zapobiegać chorobom układu krążenia. Przerwy między posiłkami nie powinny trwać dłużej niż 3-4 godziny.
  • Wybieraj „dobre” węglowodany: czyli takie, które mają niski indeks glikemiczny (powodują wolny i niezbyt wysoki wzrost poziomu glukozy we krwi). Należą do nich węglowodany złożone, czyli te, które w dużych ilościach występują np. w pełnoziarnistych produktach zbożowych, surowych warzywach czy nasionach roślin strączkowych. Tego typu węglowodany powinny stanowić główne źródło energii w zdrowej diecie. Osoby, które czerpią energię głównie z węglowodanów prostych, które szybko i mocno podnoszą poziom glukozy we krwi (np. cukier, słodycze, produkty z białej mąki), narażają się tym samym na gwałtowne spadki poziomu cukru we krwi (na skutek działania insuliny). Może się to objawiać m.in. uczuciem ciężkości, sennością, pogorszeniem nastroju oraz innymi przykrymi objawami hipoglikemii, które negatywnie wpływają na wydajność pracy oraz samopoczucie. W tym kontekście warto byłoby więc np. ograniczyć dostępność słodyczy i słodzonych napojów w miejscu pracy, zastępując je zdrowszymi alternatywami.
  • Zapobiegaj niedoborom witamin i składników mineralnych: dzięki temu zapewnisz sobie dobrą przemianę materii i wzmocnisz odporność. Składnik, którego niedobór najbardziej wpływa na męczliwość i spadek produktywności to żelazo (jego niski poziom we krwi najczęściej wiąże się z anemią). Aby uniknąć niedoborów żelaza nie tylko należy zapewnić jego odpowiednią ilość w diecie (bogatym źródłem są m.in. mięso, drób, ryby, jaja, szpinak), ale także spożywać produkty bogate w witaminę C, która ułatwia jego przyswajanie. To właśnie dlatego, do wszystkich posiłków powinno się dodawać surówkę (z warzyw lub owoców). Warto wiedzieć, że wchłanianie żelaza utrudnia popijanie posiłków kawą lub herbatą. Dlatego osoby pijące dużo kawy lub herbaty mogą cierpieć na syndrom przewlekłego zmęczenia, z powodu niezdiagnozowanej anemii. Ciągłe zmęczenie może być też skutkiem niedoboru witaminy B12 albo witaminy D.
  • Nawadniaj swój organizm: średnio, dorosła kobieta powinna spożyć co najmniej 2 litry wody dziennie, a mężczyzna 2,5 litra. Dobrze wyrobić sobie nawyk częstego popijania czystej, dobrej jakościowo wody, najlepiej powoli i małymi łykami. Badania wykazały, że odwodnienie już na poziomie 2-3 proc. (które daje uczucie suchości w gardle) może powodować spadek efektywności sięgający nawet 20 proc. Oczywiście, źródłem wody dla naszego organizmu, poza wodą spożywaną w czystej postaci, mogą być też – w pewnym stopniu – inne płyny (np. herbata lub soki), a także pokarmy bogate w wodę (np. owoce i warzywa).

Warto jeszcze wspomnieć o tych składnikach odżywczych, które są szczególnie ważne w diecie, ze względu na działanie wzmacniające odporność. Chodzi przede wszystkim o witaminy C, A i E, kwas foliowy, kwasy tłuszczowe omega-3, a także cynk i selen. Aby zapewnić sobie ich optymalną ilość w diecie i ograniczyć w ten sposób ryzyko złapania infekcji w sezonie jesienno-zimowym, nie trzeba wcale łykać suplementów! Wystarczy wdrożyć zbilansowaną dietę, zgodną z Piramidą Zdrowego Żywienia i Aktywności Fizycznej Instytutu Żywności i Żywienia.

Na tapczanie siedzi leń…

Oczywiście zdrowe żywienie to nie wszystko. Z badań Health Enhancement Research Organization wynika, że również regularna aktywność fizyczna korzystnie wpływa na wydajność pracy.

Dowiedziono, że osoby, które ćwiczą pół godziny dziennie, trzy razy w tygodniu, osiągają o 15 proc. wyższą wydajność w pracy niż osoby mało aktywne fizycznie.

Na koniec, warto dodać, że osoby, które zarówno zdrowo się żywią, jak też i są aktywne fizycznie, notują średnio aż o 27 proc. mniej absencji chorobowych w pracy, w porównaniu do osób, które nie dbają o swoje zdrowie. Zwłaszcza tych ostatnich pracodawcy powinni więc – w obopólnym interesie – wspierać, we wdrażaniu zasad zdrowego stylu życia, za to tych pierwszych powinni bardziej docenić.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Witaminy zawsze są zdrowe?

capsule-1079838_1920-copy

To MIT! Najnowsze badania pokazują, że suplementowanie witamin tylko czasami przynosi korzyści, czasami nie ma znaczenia, a niekiedy wręcz szkodzi.

Jednym z mitów medycznych najsilniej zakorzenionych w powszechnej świadomości jest przeświadczenie, że zażywanie dużej ilości witamin jest zdrowe, a każdy cierpi z powodu ich niedoboru.

Rzeczywistość jest jednak inna. Przegląd badań przeprowadzony w 2012 r. pod kierunkiem Clevy Villanueva z Escuela Superior de Medicina del IPN dowiódł, że spośród 27 analizowanych testów, jedynie siedem wykazało, że suplementowanie witamin ma pozytywny efekt na zdrowie ludzkie. Dziesięć badań wykazało, że preparaty te nie mają żadnego wpływu, a dziesięć – że są wręcz szkodliwe.

Do podobnych wniosków prowadzą analizy międzynarodowego zespołu badaczy pod kierunkiem Gorana Bjelakovica z uniwersytetu w Niszu, obejmujące 78 badań naukowych, które objęły swoim zasięgiem setki tysięcy osób. Ujawniły one, że generalnie zażywanie witamin nie ma większego wpływu na zmniejszenie śmiertelności człowieka. Co więcej, przyjmowanie na własną rękę witamin: A i E może zwiększyć ryzyko śmierci.

Dlatego witaminy lepiej przyjmować po konsultacji z lekarzem.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Stres postarza mózg?

furious-2514031_1920-copy

To FAKT! Z badania zaprezentowanego na Międzynarodowej Konferencji Stowarzyszenia Alzheimerowskiego (Alzheimer’s Association International Conference 2017) wynika, że stresujące doświadczenie może – pod względem funkcji poznawczych – postarzyć mózg o cztery lata.

Doniesienie pochodzi z badań przeprowadzonych przez naukowców z University of Wisconsin School of Medicine and Public Health w Madison, które objęło 1320 osób o średniej wieku 58 lat.

Wykazało, że każde stresujące życiowe doświadczenie, zapamiętane przez uczestników badania, przekładało się na gorsze wyniki w testach oceniających funkcje poznawcze. Badacze ocenili, że pogorszenie wyników związane z jednym trudnym przeżyciem było takie, jak w przypadku mózgu starszego o co najmniej cztery lata. Co więcej, im więcej stresujących wydarzeń życiowych mieli badani, tym gorsze wyniki uzyskiwali w testach na funkcje poznawcze.

Choć mechanizm takiego zjawiska nie jest poznany, a na dodatek było to badanie na stosunkowo niewielkiej grupie uczestników, to jego wyniki zbieżne są z innymi eksperymentami dotyczącymi wpływu traumatycznych doświadczeń i stresu na pracę mózgu. Warto też wiedzieć, że u wielu osób chorujących na depresję jednym z jej objawów może być pogorszenie się funkcji poznawczych, przy czym wiek nie ma tu znaczenia.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Chore dziąsła zwiększają ryzyko raka żołądka?

teeth-1652937_1920-copy

To FAKT! Infekcje dziąseł mogą zwiększać ryzyko zachorowania na raka żołądka. Wskazują na to badania amerykańsko-chińskiego zespołu specjalistów, których wyniki publikuje „Journal of Periodontology”.

Dr Yihong Li z New York University College of Dentistry, wraz ze swym zespołem, zbadał 35 osób z wykrytymi zmianami w żołądku, określanymi jako stan przedrakowy oraz 70 osób wolnych od takich zmian. U prawie co trzeciej osoby z wykrytymi zmianami w żołądku (32 proc.) stwierdzono krwawienia z dziąseł, które mogą świadczyć o chorobie przyzębia. Takie krwawienia znacznie rzadziej występowały u osób, które nie miały w żołądku stanu przedrakowego (tylko u co piątego badanego pacjenta z tej grupy, a dokładnie 22 proc.).

Na tym jednak nie koniec. Osoby ze stwierdzonym stanem przedrakowym żołądka wyróżniały się również tym, że w ich jamie ustnej występowało więcej bakterii sprzyjających chorobom dziąseł, a ich flora bakteryjna generalnie była mniej zróżnicowana.

Dr Yihong Li twierdzi, że bakterie jamy ustnej wytwarzają szkodliwe substancje zdolne bezpośrednio uszkadzać tkanki oraz wywoływać reakcję odpornościową organizmu, która również może się do tego przyczynić. Skutkiem tego mogą być m.in. zmiany przedrakowe.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com