Dlaczego nie stosujemy przepisanych leków?

medications-257344_1920-copy

Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że aż połowa wszystkich pacjentów nie przyjmuje zalecanych leków zgodnie z instrukcją lekarza. Dlaczego tak się dzieje i jak można to zmienić – podpowiada Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia z Uniwersytetu SWPS.

Nieprzestrzeganie zaleceń terapeutycznych przez pacjentów, m.in. w kwestii stosowania przepisanych im leków, jest niestety powszechnym problemem, który niesie za sobą szereg groźnych skutków – począwszy od niskiej skuteczności leczenia, poprzez zwiększone ryzyko wystąpienia zaostrzeń czy nawrotów choroby, aż po możliwe do uniknięcia hospitalizacje czy też wreszcie przedwczesną śmierć niepokornego pacjenta.

Dlaczego tak wielu pacjentów nie bierze leków i co może zrobić bliska osoba, aby wesprzeć chorego w lepszym przestrzeganiu zaleceń terapeutycznych? O odpowiedź na te pytania Serwis Zdrowie poprosił Mateusza Banaszkiewicza – psychologa zdrowia z Uniwersytetu SWPS. Zobacz materiał wideo na ten temat.

Motywowanie chorych do stosowania przepisanych leków to oczywiście tylko jedno z wielu wyzwań, jakie stoją przed ich bliskimi czy opiekunami. Mateusz Banaszkiewicz zwraca uwagę np. na fakt, że w udzielaniu wsparcia chorym nie zawsze dobrze sprawdza się ich pocieszanie.

– W pewnych sytuacjach, u niektórych osób może to przynieść efekt przeciwny, bo człowiek który nagle z czymś się zmaga albo próbuje wprowadzić zmianę może mieć takie poczucie, że to jest właśnie niemożliwe albo nierealistyczne. I pewnie wtedy lepiej będzie powiedzieć: jestem tutaj dla ciebie, jak tylko będę mógł tak będę cię wspierał albo wręcz pytać o to, czy w tej chwili coś mogę zrobić. Ale też słuchać, bo może się okazać, że ktoś powie, podzieli się tym, że ma taką potrzebę, żeby już nie rozmawiać o tym obszarze, który w tej chwili jest taki bardzo trudny – radzi psycholog.

Rekomendowanym sposobem udzielania psychologicznego wsparcia choremu jest więc uważne towarzyszenie mu w jego chorobie, m.in. poprzez obserwowanie, słuchanie i pytanie, a także bieżące reagowanie na pojawiające się potrzeby.

– Nawet jeśli to dla nas jest trudne, bo ktoś mówi: nie możesz mi w tej chwili pomóc, to korzystne będzie powiedzieć: jeśli tylko poczujesz, że chcesz o tym porozmawiać, to ja dla ciebie jestem, bo mi na tobie zależy. To będzie wiele bardziej efektywne, niż powiedzenie, wszystko będzie dobrze, zobaczysz – mówi Mateusz Banaszkiewicz.

Wiktor Szczepaniak www.zdrowie. pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Ważne ostrzeżenie dla pacjentów na lekach immunosupresyjnych i biologicznych

pill-1884775_1920

Przyjmujesz leki biologiczne? Jesteś w trakcie leczenia immunosupresyjnego? Uważaj! Jesteś bardziej narażony na zakażenia, w tym również nowym koronawirusem. Reumatolodzy apelują, by w razie objawów zakażenia telefonicznie skontaktować się ze swoim lekarzem prowadzącym. Zaznaczają, by ta grupa pacjentów nie lekceważyła też objawów takich jak osłabienie i kaszel, które przebiegają bez gorączki.

Komunikat na temat potencjalnie wyższego ryzyka zakażenia, w tym także koronawirusem SARS-Cov-2, u osób cierpiących na choroby autoimmunologiczne (np. reumatologiczne zapalenie stawów) i leczone m.in. lekami immunosupresyjnymi, został zamieszczony na stronie Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego. Podpisali się pod nim: krajowy konsultant w dziedzinie reumatologii i prezes Towarzystwa, prof. Marek Brzosko oraz szef Komisji ds. Polityki Zdrowotnej i Programów Lekowych tej organizacji, dr Marek Stajszczyk.

„Polskie Towarzystwo Reumatologiczne i konsultant krajowy w dziedzinie reumatologii przypominają, że pacjenci,  z zapalnymi chorobami stawów i układowymi chorobami tkanki łącznej, będący w trakcie leczenia immunosupresyjnego, w tym w trakcie leczenia biologicznego oraz inhibitorami kinaz janusowych, mają potencjalnie zwiększone ryzyko zakażeń” – czytamy w komunikacie.

Specjaliści apelują, by w razie wystąpienia niepokojących objawów, które mogą świadczyć o zakażeniu: gorączka, kaszel, duszność lub ogólne osłabienie, skontaktować się, najlepiej telefonicznie, ze swoim lekarzem prowadzącym.

„Należy także pamiętać, że u pacjentów będących w trakcie silnego leczenia immunosupresyjnego, ogólnoustrojowe objawy infekcji,  jak gorączka czy podwyższone stężenie CRP, mogą nie występować, dlatego pojawienie się takich objawów jak kaszel, duszność i ogólne osłabienie bez gorączki nie może zostać zbagatelizowane” – podkreślają eksperci.

Dlatego uwrażliwiają, by w razie zaplanowanej wizyty, jeśli pacjent ma niepokojące objawy, które mogą świadczyć o zakażeniu, najpierw telefonicznie poinformował o nich poradnię czy szpital, do których miał się wybrać i w ten sposób uzyskał informację o zasadności wizyty.

„Należy pamiętać, że będąc samemu zakażonym można stać się źródłem infekcji dla innych pacjentów” – zaznaczają reumatolodzy.

Przypominają też, że ze względów bezpieczeństwa epidemiologicznego nie zaleca się pacjentom z chorobami autoimmunologicznymi będącymi w trakcie leczenia immunosupresyjnego uczestnictwa w imprezach masowych.

Przypomnijmy, że nowy koronawirus SARS-Cov-2 wywołuje chorobę układu oddechowego nazywaną przez fachowców Covid-19. Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronach internetowych Ministerstwa Zdrowia oraz Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

Justyna Wojteczek, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Zanieczyszczenie leków nitrozoaminami: fakty i mity

pills-2333023_1920-copy

Niedawne doniesienia mediów o skażeniu niektórych popularnych leków, np. na cukrzycę, rakotwórczymi nitrozoaminami wywołały szok i konsternację u sporej części pacjentów. Jednak lekarze i farmaceuci bardzo krytycznie odnoszą się do tych doniesień i apelują, aby nie odstawiać wspomnianych leków. Wyjaśniamy dlaczego.

Zacznijmy od tego, że faktycznie w kilku grupach powszechnie stosowanych leków, m.in. na nadciśnienie(sartany), cukrzycę (metformina) czy na problemy gastryczne (ranitydyna) na przestrzeni ostatnich 2-3 lat wykryto wiele przypadków zanieczyszczenia nitrozoaminami. W związku z tym, w USA oraz w Europie prowadzone są różnego rodzaju oficjalne, urzędowe działania kontrolne i regulacyjne (np. ustanowiony został limit dopuszczalnej zawartości nitrozoamin w lekach będących w obrocie). Niestety naukowcy wciąż nie ustalili na pewno skąd bierze się w niektórych lekach to zanieczyszczenie.

Niemniej jednak, zarówno lekarze jak i farmaceuci przekonują, że ilości nitrozoamin występujące w kwestionowanych lekach nie stanowią wcale tak dużego zagrożenia dla zdrowia, jak sugerowała to część mediów w swoich niedawnych, sensacyjnych doniesieniach na ten temat.

– Media swoimi nieodpowiedzialnymi publikacjami z gatunku „fake news” wywołały popłoch u pacjentów, podając np., że miliony chorych biorą leki, które wywołują raka. W rzeczywistości nie ma dowodów naukowych na to, że zanieczyszczenie leków nitrozoaminami w takich dawkach jakie stwierdzono zwiększa ryzyko zachorowania na raka u ludzi – podkreślał prof. Leszek Czupryniak, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, podczas poświęconej temu problemowi konferencji prasowej, zorganizowanej przez organizacje zrzeszające pacjentów.

W tym kontekście warto wiedzieć, że nitrozoaminy są zaliczane przez międzynarodowych ekspertów od nowotworów do grupy substancji „prawdopodobnie rakotwórczych dla ludzi”. Chodzi o to, że kancerogenność nitrozoamin została do tej pory bezsprzecznie potwierdzona naukowo jedynie w badaniach na zwierzętach, którym zresztą podawano bardzo duże ich ilości.

Ale na tym nie koniec argumentów, które każą z dużym dystansem podchodzić do publikacji „straszących” zanieczyszczeniem leków nitrozoaminami.

– Nitrozoaminy powstają w czasie obróbki termicznej żywności, w trakcie przechowywania jedzenia, a także w przewodzie pokarmowym, pod wpływem działania kwasu solnego zawartego w soku żołądkowym. Ponadto nitrozoaminy występują też w powietrzu i wodzie pitnej – wyliczał podczas konferencji dr Waldemar Zieliński, doświadczony farmaceuta, były kierownik Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.

Eksperci przedstawili wiele konkretnych, dających do myślenia przykładów. Na przykład taki, że kotlet schabowy o masie 100 g zawiera około 1000 nanogramów najbardziej znanej nitrozoaminy – NDMA. Bardzo dużo nitrozoamin zawierają też wędliny, kiełbasy i mięso (zwłaszcza w postaci wędzonej i peklowanej), a także używki (zwłaszcza papierosy i piwo). Na przykład w jednym kilogramie kiełbasy wędzonej lub łopatki peklowanej znajduje się grubo ponad 10 tys. nanogramów nitrozoamin. W efekcie powszechnego występowania tych substancji w żywności oszacowano, że w UE średnie dzienne ich spożycie z żywnością wynosi na osobę od 300 do 1000 nanogramów.

– Dlaczego wobec tego media nie alarmują, że jedzenie kiełbasy zabija miliony ludzi wywołując raka – pytał retorycznie prof. Czupryniak.

Dla porównania dr Waldemar Zieliński podał ile wynosiła stwierdzona przez służby nadzorujące rynek leków (w tym przypadku amerykańską FDA) ilość nitrozoamin w różnych lekach zawierających ranitydynę – zanieczyszczenie wynosiło od 10 do 860 nanogramów na tabletkę. Ale dodajmy od razu, że Główny Inspektorat Farmaceutyczny wydał w zeszłym roku 11 decyzji wstrzymujących obrót produktami zawierającymi ranitydynę. W praktyce więc zostały one wycofane z naszego rynku.

Czy zatem pacjenci stosujący inne leki, np. metforminę, mogą czuć się bezpieczni? Eksperci przekonują, że tak, zwłaszcza, że już w związku z pierwszymi wykrytymi przypadkami zanieczyszczeń (znalezionymi w sartanach) instytucje nadzorujące rynek leków przyjęły tymczasowe limity dopuszczalnego dobowego pobrania nitrozoamin w lekach (np. dla NDMA limit ten wynosi 96 nanogramów). W USA i Europie cały czas jednak trwają intensywne badania, które mogą wkrótce przynieść nowe zalecenia i standardy w tym obszarze.

Póki co, eksperci apelują do pacjentów o spokój i nie  odstawianie leków, zwłaszcza tych na cukrzycę. Zgodnie z opublikowanymi w grudniu 2019 r. rekomendacjami Europejskiej Agencji Leków (EMA), pacjenci w UE powinni kontynuować przyjmowanie metforminy według dotychczasowego schematu. Ryzyko wynikające z braku odpowiedniego leczenia cukrzycy znacznie przewyższa bowiem wszelkie możliwe skutki wykrytego zanieczyszczenia leków nitrozoaminami. EMA podkreśliła, że zaobserwowane w badaniach leków ilości NDMA były bardzo niskie, a ponadto dotyczyły niewielkiej liczby leków przeciwcukrzycowych – zawierających metforminę wyprodukowaną poza obszarem UE.

W Polsce leczy się metforminą około 2 mln osób. Co ciekawe, prof. Leszek Czupryniak podkreślał podczas konferencji, że przyjmowanie metforminy, poza leczeniem cukrzycy, ma także udowodnione działanie przeciwnowotworowe (nawet o 20-30 proc. zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwory układu pokarmowego, trzustki czy wątroby).

Wiktor Szczepaniak, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Antybiotyki – coraz poważniejsza kwestia

tablets-1796506_1920-copy

Jednym z tematów w okresie jesienno-zimowym, pojawiających się przy okazji tzw. small-talków towarzyskich są antybiotyki. Ludzie ochoczo wymieniają się informacjami na temat tego, który to już antybiotyk w tym roku brali, jak długo, jak zadziałał i czy w ogóle zadziałał. Licytują się, jaki antybiotyk jest lepszy i kto z nich jest bardziej na antybiotyk oporny. „Wygrywają” ci – jest ich całkiem sporo – którzy biorą czwarty antybiotyk z rzędu w ciągu ostatnich 3 miesięcy i jak do tej pory, żaden z nich nie zwalczył ich choroby. Czy naprawdę jest to powód do dumy?

Antybiotyki, a konkretnie ich stosowanie, stały się tak powszechne, że zapomnieliśmy, jak mocny jest to lek i że powinien być stosowany tyko w wyjątkowych przypadkach, średnio dwa, może trzy razy w życiu.

Tymczasem antybiotyki, które są ładnie opakowane i łatwo dostępne, pomimo tego, że w Polsce wymagają wypisania recepty przez lekarza (a w przypadku niektórych antybiotyków również przez pielęgniarkę), traktowane są przez część nas jak środki przeciwgorączkowe. Nierzadko w przypadku ataku choroby, głównie zwykłego przeziębienia, bólu głowy czy kataru, wykopujemy z apteczki resztki antybiotyku, które pozostały z ostatniej, przerwanej terapii i zażywamy je bez konsultacji z lekarzem. Licząc na to, że jeśli kiedyś nam pomógł, to pomoże również teraz. Szacuje się, że w trzech czwartych rodzin antybiotyk przepisany jednemu dziecku, rodzice stosują również u drugiego dziecka. Nie byłoby w tym nic złego, jeśli nie przeterminował się i taki sam został drugiemu dziecku przepisany przez lekarza. Problem w tym, że często dzieje się tak pomimo braku zaleceń lekarskich! Wiedza na temat antybiotyków wśród pacjentów jest katastrofalnie mała, choć większość z nas twierdzi, że na antybiotykoterapii zna się doskonale.

Medycyna, a nie „medycyna naturalna”

Od kilkudziesięciu lat powszechnie używa się, niejako w alternatywie do medycyny, sformułowania „medycyna alternatywna”. Jednocześnie medycynę, czyli naukę, opartą na żmudnych, wieloletnich, wieloetapowych badaniach, w których biorą udział duże liczebnie grupy pacjentów, nazywa się „medycyną klasyczną”. Tym samym medycyna jawi się nam jako skostniała nauka, która do leczenia wykorzystuje jedynie leki syntetyczne. A jej przeciwwagą jest tzw. „medycyna alternatywna”, zwana również „medycyną naturalną”, która wykorzystuje naturalne metody leczenia (sic!) człowieka. Zbudowanie alternatywy do empirycznej nauki jaką jest medycyna sprawiło, że osiągnięcia medyczne, w tym również antybiotyki, traktowane są z pobłażliwością, a wiedza medyczna nie jest już traktowana z należytym szacunkiem. Innymi słowy antybiotyk wyprodukowany w oparciu o wieloletnie badania lekarzy, mikrobiologów i farmaceutów przez firmę farmaceutyczną stawiany jest na tej samej szali, co np. czosnek, czyli „naturalny antybiotyk” rosnący w ogródku babci Heleny.

Warto zatem bardzo wyraźnie podkreślić: „medycyna alternatywna” nie jest alternatywą dla medycyny jako nauki! Używanie określenia „medycyna” dla naturalnych metod leczenia, które mają swoje potwierdzenie w ludowych przekazach i działaniach wszelkiego rodzaju szeptuch, chiromantów i wróżek jest nadużyciem oraz wprowadzaniem pacjenta w błąd. To nic innego, jak celowe rozwadnianie osiągnieć medycy, deprecjonowanie wyników badań, niedocenianie pracy setek tysięcy ludzi, którzy w laboratoriach na całym świecie pracują nad tym, żebyśmy żyli dłużej i w lepszym zdrowiu. Dla wyjaśnienia – w kontrze do zwolenników naturalnych metod – należy zauważyć, że antybiotyki są naturalnymi (!!!) wtórnymi produktami metabolizmu mikroorganizmów.

Antybiotykooporność – czyj problem?

Nasz powszechny brak wiedzy o antybiotykach oraz mała świadomość, na temat tego jakie zagrożenia niesie za sobą ich nadużywanie sprawia, że traktujemy antybiotyki jak cukierki. W efekcie zdrowie naszej ludzkiej populacji jest bardzo poważnie zagrożone. Masowe i często nieuzasadnione stosowanie antybiotyków sprawia, że bakterie, które są organizmami żywymi, walczącymi o przetrwanie, uodparniają się na nie i tym samym wzrasta śmiertelność z powodu zakażeń wywoływanych przez oporne drobnoustroje. Antybiotyki, które kiedyś były nazywane „cudownymi lekami” padają ofiarą nieodpowiedzialnego, niefrasobliwego i nieprzemyślanego stosowania ich przez pacjentów i lekarzy.

Co lub kto jest odpowiedzialny za zwiększającą się antybiotykooporność?

  1. Lekarze. Jak wynika z danych National Ambulatory Medical Care Survey/National Hospital Ambulatory Medical Care Survey na każde 100 wizyt lekarze przepisują 50 antybiotyków, przy czym w 35 przypadkach robią to zupełnie niepotrzebnie. Dlaczego? Po pierwsze, z braku wystarczającej i aktualnej wiedzy lekarzy na temat antybiotyków i leczenia chorób. Po drugie, z braku czasu dla pacjenta i przeprowadzenia dokładnego wywiadu. Po trzecie, z powodu ulegania pacjentom, którzy proszą lub wręcz żądają od lekarzy przepisania antybiotyków.
  2. System opieki zdrowotnej. O ile w przypadku większości państw rozwiniętych opracowane i wdrożone są narodowe programy walki z antybiotykoopornością, o tyle w Polsce nadal brakuje rządowego dokumentu, który regulowałby działania związane z tym zagrożeniem. W Narodowym Instytucie Leków w zespole pod kierownictwem prof. Walerii Hryniewicz podejmowane są wprawdzie działania w ramach Narodowego Programu Ochrony Antybiotyków, niemniej potrzeba im silnego, stałego wsparcia instytucjonalnego, po to, żeby z antybiotykoopornością móc walczyć w skali makro.
  3. Pacjenci. Albo inaczej mówiąc my wszyscy, bo każdy z nas jest potencjalnym pacjentem. Znikoma wiedza Polaków na temat działania antybiotyków znajduje potwierdzenie w badaniach polskich i europejskich. Co czwarty Polak błędnie stosuje antybiotyki w leczeniu grypy, a blisko połowa uważa, że antybiotyki pomagają w zwalczaniu wirusów. W efekcie powielane są w społeczeństwie mity na temat antybiotyków, które nierzadko przegrywają z autorytetem lekarza.

Antybiotyki a wirusy

Wynika z tego, że tylko wspólne działania pacjentów i lekarzy oraz wsparcie instytucjonalne w zakresie edukacji obu grup może przyczynić się do tego, że skala antybiotykooporności zostanie zmniejszona. Niestety prognozy dla całej populacji światowej są zatrważające. Szacuje się, że w 2019 roku z powodu antybiotykoodporności umrze 700 tysięcy osób. A w 2050 roku aż 10 milionów. Co oznacza, że za 30 lat z powodu nieskuteczności antybiotyków, wywołanej ich nadużywaniem, co 3 sekundy na świecie będzie umierał jeden człowiek.

Co możemy zrobić już teraz?

Po pierwsze, zapamiętać, że antybiotyki działają tylko na niektóre infekcje wywołane przez bakterie.

Po drugie, choroby wirusowe nie powinny być leczone antybiotykami.

Ponadto, jeśli masz do czynienia jako pacjent z na przykład:

  • zapaleniem gardła, krztuśćcem, zakażeniem dróg moczowych, to jest duża szansa, że zostały one wywołane przez bakterie i zastosowanie antybiotyku będzie potrzebne;
  • infekcją zatok, zapaleniem ucha środkowego, to antybiotyk może być potrzebny, ale wcześniej warto sprawdzić, czy przyczyną tych chorób jest wirus czy bakteria; decyzję jednak podejmuje lekarz;
  • przeziębieniem, katarem, bólem gardła, grypą to antybiotyk nie będzie potrzebny, bo powodem tych chorób są wirusy.

Powyższe, klarowne wytyczne amerykańskiego Centers for Disease Control and Prevention pozwalają nam na szczególną uważność przy zastosowaniu antybiotykoterapii i zastanowieniu się, czy jest ona konieczna.

Kultury bakterii i kultura antybiotykoterapii

Problem antybiotykooporności przestał być już problemem medycznym. Wyrwał się spod kontroli lekarzy i mikrobiologów. Dziś jest również problemem kulturowym, związanym z ludzkimi emocjami („antybiotyk pomoże szybko”), mitami („antybiotyki są skuteczne przeciwko grypie”) i przekonaniami („antybiotyki są dobre na wszystko”). Z tego powodu antybiotykooporność to problem nas wszystkich, zarówno tych, którzy przepisują antybiotyki, jak i tych, którzy je biorą.

Ale jest też jeszcze inny, badany obecnie czynnik, na który wpływ może mieć zbyt szerokie i częste stosowanie antybiotyków. Mowa tu o zmianach w obszarze mózgu u dorosłych i dzieci, szczególnie tych małych, u których antybiotyki są nadużywane. Pierwsze tysiąc dni rozwoju dziecka to czas, w którym system odpornościowy uczy się tolerować dobroczynne bakterie. Jeśli proces ten zostanie zaburzony przez podanie dziecku antybiotyków, system odpornościowy dziecka może zostać trwale uszkodzony. Co więcej, badania psychologiczne i neurologiczne wskazują coraz częściej na wyraźną zależność pomiędzy stanami lękowymi i depresją a nadużywaniem antybiotyków przez pacjentów. Tym samym społeczeństwa rozwinięte wskutek nieprawidłowo stosowanej antybiotykoterapii mogą być społeczeństwami obciążonymi deficytami psychoneurologicznymi, powstałymi wskutek działania antybiotyków.

Problem antybiotykooporoności dotyczyć będzie zatem tego, jak będą wyglądały społeczeństwa przyszłości, w którą stronę będą się rozwijały i na co będą chorować, jak również umierać ludzie. Już dzisiaj wiele osób umiera z powodu zakażeń bakteryjnych, z którymi jeszcze kilka lat temu można było sobie poradzić, dzięki zastosowaniu antybiotyków. Dziś nie można im pomóc. Odpowiedzialni za to są wszyscy ci, którzy niefrasobliwie przepisują i/lub przyjmują antybiotyki. Warto, żebyśmy pamiętali, że nasza niefrasobliwość w zakresie antybiotykoterapii może kosztować czyjeś życie.

Źródło: Tomasz Sobierajski www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Od 1 stycznia nowa lista leków refundowanych

pill-1884777_1920-copy

Nowa lista leków refundowanych obowiązuje od 1 stycznia. A w niej:

  • Wyższe dopłaty w przypadku 380 preparatów.
  • Niższe dopłaty dla 121 farmaceutyków

Nowe preparaty dla diabetyków

Trulicity (dulagludyt)  Ozempic (semagludyt), stosowane  u pacjentów chorujących na cukrzycę typu 2. Ryzodeg, czyli połaczenie insulin o długim i krótkim działaniu, oraz lek Avamina, będący preparatem na bazie metmorfiny.

Dwie nowe substancje czynne znajdą się w programach lekowych, są to:

  • Kadcyla – preparat dostępny dla pacjentek w ramach programu lekowego „B.9. Leczenie raka piersi
  • Zykadia – preparat dla pacjentów programu „B.6. Leczenie niedrobnokomórkowego raka płuca”

Dodatkowo pojawiły się nowe preparaty w leczeniu takich chorób jak Astma, oraz chorób psychicznych Depresji i schizofrenii.

Ceny wszystkich leków sprawdzicie w naszej wyszukiwarce.

Redakcja ceneolek.pl

Leki wziewne u dziecka: trzeba je podawać prawidłowo, a nie jest to proste

inhalation-1944929_1920-copy

Inhalacja u płaczącego i wiercącego się dziecka nie może się udać. Lek powinien bowiem dotrzeć bezpośrednio do płuc, tam gdzie jest stan zapalny, a to dzieje się tylko przy wdechu. Dowiedz się, jak podać dziecku leki wziewne, aby mogły zadziałać.

Alergie i astma u dzieci to coraz powszechniejszy problem. Małe dzieci często też chorują na różne infekcje układu dróg oddechowych. Jednym ze najbardziej skutecznych sposobów walki z chorobami dróg oddechowych jest inhalacja leku do oskrzeli i płuc. Niestety, dla niektórych dzieci trudna do zaakceptowania.

– Inhalacje to leczenie miejscowe – jak nałożenie kremu na skórę – tylko tu mamy pobranie leku do dróg oddechowych, do miejsca, gdzie jest proces zapalny. I trzeba sobie uświadomić, że leczy tylko ta dawka, która dotrze we właściwe miejsce, a nie ta, która wyleci z inhalatora. Trzeba przy tym wiedzieć, że depozycja leku  w płucach jest tylko podczas wdechu, wydech jest stracony dla inhalacji i przyjmowania leku. A co za tym idzie, kiedy dziecko ma krótki wdech, płacze, krzyczy,  wierci się, nie toleruje inhalacji, to tak, jakby tej inhalacji w ogóle nie było – uświadamia pediatra i alergolog dr hab. Adam Sybilski, kierownik Kliniki Chorób Dziecięcych i Noworodkowych Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

Niektórzy rodzice próbują metod, które niestety, nie zadziałają – np. podają lek w namiocie zrobionym z prześcieradła lub koca.

– Odstawienie maseczki na odległość 1 cm od ust powoduje spadek docierania leku do dróg oddechowych o 50 proc. , o 2 cm – aż o 85 proc. Jeśli do tego dodamy informację, że z tego, co wylatuje z inhalatora, do płuc dziecka dolatuje 25 proc., to po odsunięciu go na kilka centymetrów od ust właściwie inhalowanie przestaje mieć sens – ostrzega specjalista.

Zasady prawidłowej inhalacji

  • Inhalacja lekiem dziecka do 3. r. ż. powinna się odbywać przez dobrze dopasowaną do twarzy dziecka, maskę bez bocznych otworów, obejmującą jego nos i usta.
  • Po 3. r. ż. maskę powinniśmy zamienić na ustnik, który dziecko powinno trzymać w zamkniętych na nim ustach.
  • Inhalacja ma sens jedynie wtedy, kiedy dziecko w jej trakcie oddycha przez usta, a nie przez nos! Nos jest doskonałym filtrem powietrza i wszystko, co się do niego dostaje, pozostaje tam w 90 proc.
  • Inhalacji lekiem nie wykonujemy przez smoczki dołączone do inhalatorów
  • Po każdej inhalacji należy umyć buzię i wypłukać jamę ustną, u młodszych dzieci należy podać coś do popicia
  • Do inhalatorów nie dodajemy (nie wlewamy) żadnych olejków czy ziół
  • Inhalatory należy regularnie czyścić
  • Nie powinno się rozcieńczać leków do inhalacji

Anna Trawka, blogerka i matka dwójki dzieci, podkreśla także, jak ważny jest wybór odpowiedniego nebulizatora (inhalatora).

– Śmiało mogę powiedzieć, że inhalator to mój talizman – gdy tylko go schowam, moje dzieci zaczynają chorować. Niestety, nasz kupiłam na szybko, gdy dziecko zachorowało, nie zdążyłam zrobić rozeznania, wybrać najlepszego dla nas sprzętu. To był błąd – mówi.

Bardzo ważne jest, by zanim zaczniemy używać go „na poważnie” , w celach terapeutycznych, warto oswoić dziecko z tym urządzeniem.

– Pozwólmy mu trochę się nim pobawić. Niech założy maseczkę misiowi, najpierw zrobi inhalację swoim lalkom. A potem też róbmy z tego zabawę – pamiętam, że na początku, zanim dzieci zaakceptowały tę metodę leczenia robiliśmy to razem z mężem: ja trzymałam dziecko na kolanach, a on stał przed nami i śpiewał śmieszne piosenki odgrywając przy tym jakieś scenki, żeby tylko odwrócić uwagę dziecka – opowiada pani Anna.

Skuteczne u dzieci jest też wspomaganie się oglądaniem bajek podczas inhalacji.

– Skuteczność tej metody potwierdzili nawet ostatnio francuscy naukowcy: zbadali, jak nebulizację znoszą dzieci oglądające bajkę i te, u których nie zastosowano takiej metody. Okazało się, że współpraca z dzieckiem wzrosła z 15 do 80 proc. Kiedy podanie leku jest koniecznością, kilkanaście minut dziennie bajki na ekranie jest mniejszym złem – uważa dr Sybilski.

Alergia i astma: dzieci bardziej narażone niż dorośli

Układy narządowe i czynnościowe dziecka przez pierwsze lata życia nie są w pełni rozwinięte; uważa się, że stopień pewnej dojrzałości osiąga dopiero w wieku 12-14 lat. To dlatego dzieci częściej niż dorośli chorują i są bardziej narażone na skutki zanieczyszczeń.

Dziecko jako mały człowiek ma także krótszą drogę dotarcia alergenów i zanieczyszczeń do dolnych dróg oddechowych, znacznie łatwiej docierają tam wszystkie niekorzystne czynniki. Do tego trzeba dodać powszechne szkodliwe czynniki zewnętrzne takie jak bierne palenie, smog, a nawet jedzenie naszpikowane szkodliwymi dodatkami (ulepszacze, konserwanty), które uczulają.

Według WHO rocznie z powodu zanieczyszczeń powietrza umiera nawet ok. 700 tys. dzieci poniżej 5. r. ż.

Nie bez znaczenia jest także pamięć immunologiczna, która u dorosłych z racji wieku jest lepiej rozwinięta.

– Nasz organizm zapamiętuje bakterie i wirusy, z którymi zetknął się w trakcie życia i kiedy  po raz kolejny ma do czynienia z jakimś patogenem, rozpoznaje go i zaczyna atakować. Tak działają komórki pamięci, które u dzieci mają o wiele mniej doświadczeń „na koncie” – wyjaśnia pediatra.

Nic dziwnego, że alergia jest jedną z najczęstszych przyczyn chorób układu oddechowego – nieżytu nosa czy astmy.

– Co ciekawe, bardzo powszechny nieżyt nosa występuje znacznie częściej na terenach regionów miejskich niż na wsi, więc prawdopodobnie zanieczyszczenie miejskiego powietrza wpływa na potęgowanie objawów czy wyzwala objawy alergii – uważa dr Sybilski.

Amerykańskie Towarzystwo Chorób Płuc (ALA) twierdzi, że dzieci są bardziej narażone na wpływ zanieczyszczeń  powietrza ponieważ ich płuca intensywnie się rozwijają i przez to pracują aktywniej niż płuca dorosłych. Pobierają więc więcej powietrza, wraz z toksycznymi zanieczyszczeniami.

Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki bezwzględnie trzeba dzieci chronić przed biernym paleniem, a także śledzić alerty smogowe i powstrzymać się od aktywności fizycznej z maluchem w czasie wysokiego poziomu zanieczyszczenia powietrza.
Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Jak korzystać z naszej wyszukiwarki?

medications-257336_1920-copy

 

Do czego służy nasza wyszukiwarka?

  • Do sprawdzenia czy lek jest refundowany przez NFZ
  • Do porównania cen poszczególnych leków w przeliczeniu na jedną tabletkę lub fiolkę.

Aby skorzystać z tej ostatniej opcji wystarczy wpisać nazwę substancji, którą przyjmujemy a następnie klikając w nazwę  – Cena jednostkowa uporządkować wszystkie substancje według ceny w przeliczeniu na jedną tabletkę.

Na filmie pokazujemy jak to zrobić, dla popularnego Ketoprofenu.

 

Redakcja ceneolek.pl

Fot. www.pixabay.com

Muzyka: https://www.bensound.com

Wyszukiwarka najtańszych leków refundowanych

medications-342463_1920-copy

Lista leków refundowanych zmienia się co 3 miesiące, ale nasza aplikacja jest na bieżąco aktualizowana.

Jeśli chcecie dowiedzieć się jaki jest najtańszy lek refundowany w przeliczeniu na jedną tabletkę? Skorzystajcie z naszej wyszukiwarki ceneolek.pl. Co trzeba zrobić?

  • Uruchom bazę leków z refundowanymi cenami
  • Wpisz nazwę leku
  • Zaznacz – Cena za jednostkę od najtańszych
  • Wciśnij przycisk szukaj po nazwie

    Dowiesz się, który preparat jest najtańszy dla pacjenta w przeliczeniu na jedną tabletkę.

 

Opublikowany w Leki

Co oznacza wycofanie z obrotu serii szczepionki Rotarix?

syringe-417786_1920-copy

22.03.2019 roku Główny Inspektorat Farmaceutyczny przekazał informację o wycofaniu z obrotu na terenie Polski szczepionki przeciw rotawirusom Rotarix seria AROLC214AE (data ważności 02.2021)

Decyzja związana jest ze zgłoszonymi nieprawidłowościami podczas procesu wytwarzania jednej serii szczepionki, które mogły spowodować niedostateczne napełnienie opakowania bezpośredniego szczepionki, tj. aplikatora doustnego. Zgodnie z powyższą informacją wytwórca poinformował, że odnotowana niezgodność objętości szczepionki dotyczy 50 opakowań napełnianych w cyklu produkcyjnym tej serii jako ostatnie.  Skutkiem wykazanej nieprawidłowości jest niespełnienie wymagań jakościowych dotyczących badania objętości. Wielkość serii liczy ponad dwadzieścia tysięcy dawek.

Szczepionka przeciw rotawirusom Rotarix jest szczepionką żywą przygotowywaną jako zawiesina do podania drogą doustną w dawce 1 ml. Wykryta nieprawidłowość nie dotyczy bezpieczeństwa produktu i nie zagraża zdrowiu pacjenta. Potencjalne ryzyko dotyczy możliwości podania zmniejszonej dawki szczepionki. Prawdopodobieństwo podania jednej z dotkniętych nieprawidłowością jakościową dawki szczepionki jest niskie, zważywszy, że mniejsza objętość szczepionki jest łatwa do wykrycia.

Przed każdym podaniem szczepionki pielęgniarka/lekarz mają obowiązek dokładnie obejrzeć opakowanie bezpośrednie szczepionki i zareagować jeżeli widoczne są niezgodności wyglądu. Biorąc pod uwagę wskazane w decyzji GIF informacje nie ma uzasadnionych powodów aby powtarzać dawkę szczepienia przeciw rotawirusom wykonane szczepionką Rotarix seria AROLC214AE. Decyzja GIF ma charakter profilaktyczny i jest przejawem szczególnych środków ostrożności gwarantujących bezpieczeństwo szczepionek.

Charakterystyka Produktu Leczniczego szczepionki Rotarix. Cykl szczepienia składa się z dwóch dawek. Pierwsza dawka może być podana od 6. tygodnia życia dziecka. Pomiędzy dawkami powinien być odstęp  co najmniej 4 tygodni. Cykl szczepienia powinien być najlepiej ukończony do 16 tygodnia życia dziecka, ale musi być ukończony do 24 tygodnia życia.

Do podstawowych zadań Głównego Inspektora Farmaceutycznego należy czuwanie nad jakością produktów leczniczych, w tym również szczepionek dostępnych na rynku, tak aby pacjenci dostali właściwy oraz spełniający wymagania produkt.

Źródło: www.szczepienia.pzh.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Probiotyki: im dalej w las, tym ciemniej…

medicine-2207622_1920-copy

Sterują nie tylko przewodem pokarmowym, ale w pewnym stopniu i mózgiem, są niezbędne dla zachowania zdrowia oraz rekonwalescencji po kuracji antybiotykowej. Mowa o mikroorganizmach zasiedlających nasze jelita. Czy można to samo powiedzieć także o probiotykach, czyli sprzedawanych w aptekach bez recepty suplementach diety lub lekach zawierających określone bakterie?

Takie preparaty są  obecnie bardzo popularne, a ich sprzedaż nieustannie rośnie. W 2007 roku około 1 mln Amerykanów zadeklarowało przyjmowanie probiotyków lub prebiotyków w kapsułkach i zawiesinach, podczas gdy do  2012 roku – ta liczba wzrosła czterokrotnie.

W Polsce obserwujemy podobne zjawisko. W przeprowadzonym w ubiegłym roku przez Agencję SW Research badaniu opinii na potrzeby kampanii „Probiotyk – wybieram świadomie”, przeprowadzonym na próbie 1047 osób w 2018 roku, aż 82 proc. respondentów zadeklarowało przyjmowanie probiotyków. Na rynku dostępnych jest około 100 probiotyków, w większości – suplementów diety.

Co to jest probiotyk

To produkt – najczęściej suplement diety, ale zdarzają się też probiotyki w postaci leku – zawierający żywe bakterie określonego szczepu lub szczepów.

Co to jest prebiotyk

To suplement diety zawierający substancje nieprzyswajalne przez człowieka (np. błonnik), które po spożyciu powodują wybiórczą stymulację wzrostu lub aktywności ograniczonej liczby bakterii żyjących w jelicie grubym, co w efekcie wpływa korzystnie na zdrowie gospodarza (człowieka lub zwierzęcia).

Rosnąca popularność probiotyków skłania naukowców do szukania odpowiedzi na pytania, czy są skuteczne, potrzebne, bezpieczne, zwłaszcza że większość z nich to suplementy diety, które nie przechodzą tak skomplikowanego procesu rejestracji jak leki, wymagającego wykonania określonych badań.

Jednoznacznej odpowiedzi naukowcy wciąż jednak nie mają, wątpliwości zaś sporo, co pokazuje tytuł artykułu dr Jennifer Abbasi opublikowanego w prestiżowym periodyku JAMA w styczniu tego roku: „Czy probiotyki to pieniądze wyrzucone w błoto? Czy gorzej?”.

Być może probiotyki nie działają tak, jak się powszechnie uważa

Ujmując tę kwestię prosto: połknięcie kapsułki z probiotykiem niekoniecznie spowoduje, że zawarte w niej bakterie zamieszkają w naszych jelitach (a przecież o to chodzi, żeby zamieszkały). To wiadomość dla osób, które są zdrowe i przyjmują probiotyki profilaktycznie.

Dla stosujących probiotyki w trakcie i po antybiotykoterapii jest inna wiadomość: nie jest pewne, że takie działanie doprowadzi szybko do odbudowania prawidłowej, rodzimej mikrobioty, co – przypomnijmy – jest zakładanym celem stosowania probiotyku.

Abbasi opisuje opublikowane w czasopiśmie Cell rezultaty dwóch eksperymentów izraelskich badaczy: Erana Elinava i Erana Segala z Weizmann Institute of Science w Rehovot, którzy wykazali właśnie, że zawarte w probiotyku bakterie nie osiedliły się w jelitach u znacznej części zdrowych uczestników badania. Innymi słowy: kapsułka połknięta, bakterie wydalone, efektu brak.

Izraelczycy  sprawdzili też, co dzieje się, gdy probiotyk przyjmowany jest po silnej antybiotykoterapii. Okazało się, że w takiej sytuacji bakterie z probiotyku osiedliły się w jelitach gospodarzy, ale – w porównaniu z badanymi, którzy dostawali placebo, czyli substancję obojętną, opóźniły powrót ich macierzystej mikrobioty. A przecież szybka odbudowa tej rodzimej mikrobioty jest głównym celem przyjmowania probiotyków po kuracji antybiotykiem!

Na tym nie koniec: szybka, bo zaledwie kilkudniowa odbudowa rodzimej mikrobioty nastąpiła jedynie w przypadku, gdy badani dostawali własne bakterie, pobrane z ich przewodu pokarmowego przed zastosowaniem antybiotyku. Zdaniem Elinava ten rezultat sugeruje, że najlepiej bakterie do probiotyku pobrać z własnych jelit wtedy, gdy jesteśmy zdrowi.

Problem w tym, że na obecnym etapie trudno sobie wyobrazić taką procedurę stosowaną masowo, nie wspominając już o uciążliwości i potencjalnych powikłaniach (w końcu w tym celu trzeba by poddać się endoskopii).

Istotnym ograniczeniem izraelskich eksperymentów jest fakt, że sprawdzały kolonizację jelit tylko u zdrowych osób, w związku z tym nie wiadomo z pewnością, że takie same rezultaty lub podobne uzyskano by u osób chorych.

Eksperyment izraelski od innych badań odróżnia metoda sprawdzania, czy bakterie z probiotyku skolonizowały, i w jakim stopniu – jelita. Zwykle w tym celu naukowcy badają zawartość bakterii i ich metabolitów w kale; izraelski tandem także skorzystał z tej metody, ale dodał kolejną, z pewnością uciążliwą dla uczestników badania – pobierał, za pomocą endoskopu, próbki zawartości treści jelitowych oraz nabłonka jelit z różnych miejsc w trzewiach. Pobrane w ten sposób bakterie trafiały do obróbki, m.in. genetycznego sekwencjonowania, by ustalić dokładnie zawartość mikrobioty i jej pochodzenie.

Przy tej okazji zauważono, że stosowane powszechnie w badaniach nad probiotykami narzędzie do ustalania zakresu kolonizacji jelita, czyli liczenie pozostałości po mikroorganizmach w kale, może nie być miarodajne: we wspomnianych izraelskich eksperymentach próbki kału wszystkich uczestników nie różniły się pod kątem zawartości pozostałości po probiotycznych bakteriach – różnicę wykazano dopiero w próbkach pobranych z jelit.

Ten sam probiotyk dla wszystkich? To raczej tak nie działa

W opisywanym eksperymencie wyraźnie zarysowały się dwa typy osób, które w różny sposób reagowały na probiotyk. Jedną grupę nazwano „przyzwalającą” (permissive), drugą „oporną” (resistant). W tej pierwszej wykryto wyraźny wzrost liczby bakterii w jelitach po podaniu probiotyku, w tej drugiej – nieznaczny. Co więcej, macierzysta mikrobiota w grupie pierwszej, w przeciwieństwie do ochotników grupy drugiej, ulegała także zmianom.

Główny autor eksperymentu nie wyklucza, że obecnie stosowany model „jeden probiotyk dobry dla każdego z daną jednostką chorobową” może okazać się nieprawidłowy.

„Niektórzy eksperci wskazują, że dostępne dowody na zdrowotne korzyści ze stosowania probiotyków, ograniczone do niewielkiej liczby wskazań, są sprzeczne ze sobą i często pochodzą z badań o niskiej jakości. W przeprowadzonej w 2018 roku przez Cochrane analizie podsumowano, że w 10 z 14 systematycznych przeglądów badań klinicznych, dane były niewystarczające by stwierdzić, że probiotyki przyniosły poprawę w określonych problemach gastro-jelitowych” – napisała Jennifer Abbasi w artykule.

Badania nad probiotykami mają często kiepską jakość

Abbasi podkreśla, że wielu lekarzy, którzy wcześniej przepisywali  probiotyki swoim pacjentom, teraz wycofuje się z tych zaleceń i proponuje naturalne źródła „dobrych” bakterii, czyli jogurty, kefiry czy kiszonki, które ludzkość zna w końcu od tysiącleci i które oprócz pożytecznych mikroorganizmów zawierają szereg dobroczynnych substancji. Coraz częściej zdarza się też taka postawa u polskich lekarzy. Powodem są niejednoznaczne rezultaty badań nad probiotykami i ich stosunkowo niska jakość.

JAMA cytuje m.in. Alexandra Khroutsa, gastroeneterologa i dyrektora medycznego the University of Minessota Microbiota Therapeutics Program, który leczy niemal taśmowo pacjentów z zapaleniami wywołanymi bakterią C. difficile (choroba objawia się m.in. uciążliwą biegunką). Twierdzi on, że praktycznie każdy jego pacjent informuje go o przyjmowaniu probiotyków. Lekarz nie wchodzi jednak w dyskusje na ten temat, sugerując jednak swoim pacjentom, że może lepiej jeść jogurty i kiszonki.

Warto zwrócić uwagę, że mówi to profesor, który sam zajmuje się badaniami nad możliwościami terapeutycznymi mikrobioty. Ubolewa jednak, że niewielu ludzi zdaje sobie sprawę ze słabości dowodów przemawiających za stosowaniem dostępnych obecnie probiotyków. Zastrzega on jednak, że jego zdaniem potencjalne szkody z zażywania tych produktów, jeśli są, to prawdopodobnie minimalne.

Warto wiedzieć, że przegląd szeregu prac dotyczący nie działania probiotyków (oraz prebiotyków i synbiotyków – czyli połączenia tych dwóch), a metodologii badań nad tymi produktami (zatem sposobu i jakości badań nad nimi) wykazał, że w dużym odsetku tych prac nieprawidłowo, albo w ogóle nie raportowano danych o profilu bezpieczeństwa badanych produktów czy skutków ubocznych ich stosowania.

Według autorów przeglądu nie można zatem wysnuć generalnego wniosku, że sprawdzono bezpieczeństwo ich stosowania! Co istotne, przegląd zamieszczono w prestiżowym czasopiśmie Annals of Internal Medicine i obejmował prawie ponad 380 prac na temat randomizowanych badań klinicznych opublikowanych w ciągu prawie trzech ostatnich lat.

Jakość probiotyków na rynku polskim budzi wątpliwości

Najwyższa Izba Kontroli w raporcie z początku 2017 r. wskazała na problem niewłaściwej jakości suplementów diety z grupy probiotyków. Na zlecenie NIK Narodowy Instytut Leków wykonał jakościowo-ilościowe badania mikrobiologiczne sześciu próbek takich produktów. Tylko w przypadku dwóch zawartość bakterii probiotycznych była zgodna z deklaracją na etykiecie, a w jednym z analizowanych suplementów stwierdzono zanieczyszczenie produktu chorobotwórczymi bakteriami kałowymi.

Co więcej, eksperci z Instytutu Leków zbadali też zawartość żywych bakterii probiotycznych w tych samych preparatach w różnych odstępach czasu. Okazało się, że prawie 90 proc. przebadanych próbek probiotyków w postaci suplementów diety charakteryzowało się dynamicznym spadkiem liczby żywych bakterii wraz z upływem czasu, przy czym działo się tak przed upłynięciem terminu przydatności do spożycia.

Nie należy jednak przyjmować tych ustaleń jako typowych dla wszystkich dostępnych na rynku produktów. Główny Inspektor Sanitarny podnosi na przykład, że trudno wysnuwać generalne wnioski na podstawie małej liczby pobranych do badania próbek (sześć z około 100 dostępnych produktów).

Jak zatem podchodzić do zalewu informacji i reklam dotyczących probiotycznych bakterii? Z głową. Pamiętając przy tym, że ich rezerwuarem w naturze są produkty sfermentowane i kiszone, zalecane w codziennej diecie wszystkim zdrowym osobom dla podtrzymania zdrowia. To zalecenie nie budzi żadnych wątpliwości.

Justyna Wojteczek, www.zdrowie.pap.pl