Smog a mieszkania: jak dbać w nich o czyste powietrze

city-3850924_1920-copy

 

Jeśli w obawie przed smogiem powstrzymujesz się od wietrzenia mieszkania albo myślisz o zakupie oczyszczacza powietrza – ten tekst jest dla Ciebie.

W ostatnich latach Polacy zostali uświadomieni, przez organizacje pozarządowe, media oraz lekarzy, że żyjemy w kraju o bardzo niskiej jakości powietrza (przynajmniej na tle krajów Europy Zachodniej). W związku z tym wiele osób zaczyna dziś dzień od sprawdzenia w swoim smartfonie jakie jest aktualne natężenie smogu w okolicy. Jeśli jest ono bardzo wysokie, to w trosce o zdrowie, zakładają maseczki antysmogowe i zamykają szczelnie wszystkie okna w domu. I choć nikt już dziś nie kwestionuje faktu, że smog szkodzi zdrowiu, to jednak w sprawie skutecznych sposobów mających nas przed nim chronić zdania są już mocno podzielone. Spróbujmy zatem rozwiać część wątpliwości w tej kwestii.

O to, czy i jak zamykanie okien wpływa na jakość powietrza w naszych mieszkaniach oraz biurach zapytaliśmy eksperta, z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH).

Spójrz na swoją firankę, ona prawdę ci powie

– Zanieczyszczone powietrze z zewnątrz przenika do pomieszczeń wewnątrz budynków, w czasie ich wietrzenia czy też za sprawą wentylacji. Ale mimo to powietrze w naszych mieszkaniach i biurach jest z reguły znacznie mniej zanieczyszczone niż na zewnątrz. Dzieje się tak dlatego, że duża część napływających z zewnątrz zanieczyszczeń (głównie pyłowych) osadza się na przedmiotach znajdujących  się wewnątrz budynków. Aby się o tym przekonać wystarczy spojrzeć np. na firanki, meble albo na podłogę, na których osadza się wiele różnego rodzaju zanieczyszczeń, w formie brudu czy kurzu – mówi dr Adam Krogulski, mikrobiolog z Zakładu Bezpieczeństwa Zdrowotnego Środowiska NIZP-PZH.

Ekspert podkreśla, że codzienne wietrzenie i wentylowanie naszych mieszkań oraz biur to konieczność, bez względu na warunki panujące na zewnątrz! Dlaczego?

– Gdybyśmy znacząco je ograniczyli, to wtedy zaczęlibyśmy się dusić. Wzrosłoby w nich stężenie dwutlenku węgla (CO2) i innych niepożądanych substancji, a jednocześnie spadłoby stężenie tlenu. Badania naukowe wykazały, że podwyższone stężenie CO2 w szkołach i przedszkolach negatywnie wpływa na rozwój umysłowy dzieci i młodzieży. Pogarsza też ich bieżące zdolności poznawcze, obniża koncentrację, zwiększa senność i zmęczenie – mówi dr Adam Krogulski.

Wspomniane badania sprawiły, że we wszystkich szwedzkich placówkach edukacyjnych wprowadzono wentylację mechaniczną, która nie tylko jest bardzo wydajna, ale też umożliwia oczyszczanie powietrza, dzięki różnego rodzaju filtrom.

– Tymczasem w Polsce, w budynkach starego typu dominuje wciąż klasyczna wentylacja grawitacyjna, której sprawność często niestety pozostawia wiele do życzenia. Dlatego bardzo ważne dla naszego zdrowia jest regularne sprawdzanie drożności przewodów wentylacyjnych przez kominiarzy – mówi Adam Krogulski.

Jak długo powinniśmy wietrzyć swoje mieszkania w czasie smogu?  

Wspomniane wyżej, generalne zalecenie dotyczące regularnego wietrzenia mieszkań i ciągłego ich wentylowania, bez względu na warunki panujące na zewnątrz, nie jest jednak uniwersalne. Ekspert podkreśla, że dotyczy ono ludzi zdrowych.

– Większą ostrożność w tej kwestii powinni zachować jedynie ludzie bardziej wrażliwi na jakość wdychanego powietrza, a więc np. alergicy, astmatycy i osoby z ciężkimi chorobami płuc – wyjaśnia dr Adam Krogulski.

Według specjalisty nie ma też uniwersalnej recepty na dobre wietrzenie.

– Wszystko zależy od wielkości pomieszczenia, liczby ludzi w nim przebywających i innych okoliczności. W dużym uproszczeniu można jednak powiedzieć, że wietrzyć należy zawsze wtedy, gdy w pomieszczeniu robi się duszno. Nie powinniśmy nigdy doprowadzać do takiej sytuacji, ani tym bardziej jej utrzymywać, nawet gdy za oknem jest smog. Ja w domu w ramach dbałości o jakość powietrza zawsze mam lekko rozszczelnione okna. I to razem z wentylacją grawitacyjną najczęściej wystarcza – mówi dr Adam Krogulski.

Smog a oczyszczacze powietrza do pomieszczeń

A co eksperci sądzą o coraz bardziej popularnych dziś w Polsce tzw. oczyszczaczach powietrza, które z troski o zdrowie wstawia się do mieszkań i biur?

– Wbrew temu co można usłyszeć w reklamach, tak naprawdę nie są one w stanie zapewnić nam czystego powietrza. Owszem, oczyszczają powietrze, które przez nie przepływa, ale jak wykazują badania, wydajność popularnych urządzeń tego typu jest zbyt niska, aby oczyścić całe powietrze w danym pomieszczeniu. W rzeczywistości, najczęściej są one w stanie oczyścić tylko nieznaczny ułamek powietrza w mieszkaniu czy biurze. Zbyt mały, aby uczynić istotną różnicę – ocenia dr Adam Krogulski.

Również tzw. jonizatory powietrza i elektrofiltry nie wpływają istotnie na jakość powietrza w pomieszczeniach.

– Ba, jonizatory mogą jeszcze jego jakość pogorszyć. Emitują bowiem oprócz jonów także ozon, który może wchodzić w reakcje z substancjami obecnymi w pomieszczeniach, co może prowadzić do powstawania nowych zanieczyszczeń, w tym silnie szkodliwych. Od dawna wiadomo już, że nadmiar ozonu w powietrzu szkodzi zdrowiu człowieka – ostrzega dr Adam Krogulski.

Czy rośliny poprawiają jakość powietrza w budynkach?

W kontekście poprawy jakości powietrza wewnątrz budynków wiele mówi się też o roli roślin doniczkowych, które rzekomo mogą w tym bardzo pomóc. Co na to naukowcy?

– Ludzie wierzą, że uprawianie roślin w mieszkaniach czy biurach pomaga istotnie poprawić jakość znajdującego się w nich powietrza, zwłaszcza poprzez produkcję tlenu. Badania tego niestety nie potwierdzają. Owszem, rośliny, które mają bardziej postrzępione liście mogą zbierać z powietrza nieco kurzu. Ale już jako źródło tlenu się raczej nie sprawdzają. Trzeba pamiętać, że rośliny wytwarzają tlen tylko w świetle. Przez resztę doby zużywają tlen z otoczenia, aby żyć. Bilans wychodzi więc co najwyżej na zero – mówi dr Adam Krogulski.

Zdaniem eksperta, w praktyce dużo lepiej sprawdzają się w oczyszczaniu powietrza zwykłe firanki, na których zbiera się bardzo wiele zanieczyszczeń, w tym m.in. całkiem sporo osadzonych na cząsteczkach kurzu wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA). Jak widać, nie tylko z powodów estetycznych warto mieć w domu firanki, ale też trzeba je regularnie prać.

Sprawdź, jak twój pracodawca dba o powietrze w biurze

Wietrzenie i wentylowanie mieszkań oraz biur jest koniecznością z bardzo wielu powodów. Jakich?

– Powietrze wewnątrz budynków zanieczyszczają nie tylko przebywający w nich ludzie (m.in. wydychając C02, rozprzestrzeniając bakterie i wirusy), ale także różnego rodzaju przedmioty i urządzenia, począwszy od tapicerowanych mebli i dywanów, poprzez środki chemii gospodarczej, aż po urządzenia elektroniczne, np. komputery czy drukarki (zwłaszcza te starego typu). Generalnie im więcej ludzi oraz wyposażenia w danym pomieszczeniu, tym częściej trzeba je wietrzyć – podpowiada dr Adam Krogulski.

Jego zdaniem, sprawnie działający i właściwie użytkowany system wentylacji mechanicznej lub klimatyzacji rozwiązuje problem czystości powietrza wewnątrz budynków.

– W systemach tych stosowane są filtry, które są w stanie wyłapać z powietrza większą część zanieczyszczeń. Niestety są też budynki, w których z różnych powodów, najczęściej oszczędnościowych, systemy te pracują słabo, przez co nie zapewniają odpowiedniej ilości czystego powietrza. Dzieje się tak np. wtedy, gdy nie są w nich regularnie wymieniane filtry powietrza albo gdy zamiast powietrza z zewnątrz, w zbyt dużej ilości używa się powietrza pochodzącego z recyrkulacji (czyli pochodzącego z wewnątrz). Wtedy w powietrzu nie tylko rośnie stężenie CO2, ale też i chorobotwórczych wirusów – tłumaczy dr Adam Krogulski.

To właśnie dlatego w dobrej klasy biurowcach nadzór nad klimatyzacją i wentylacją powierza się często specjalistycznym firmom zewnętrznym, których wyłącznym zadaniem jest dbać o dobrą jakość powietrza w biurach. Przekłada się to na większą wydajność pracowników i ich lepszy stan zdrowia.

Czy maski antysmogowe chronią przed smogiem  

W kontekście smogu, wiele osób zastanawia się też, czy warto kupować tzw. maski antysmogowe. Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka oczywista, o czym świadczą m.in. wyniki kontroli dostępnych na naszym rynku masek, prowadzonych przez Inspekcję Handlową na zlecenie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Po ostatnich, drobiazgowych badaniach, przeprowadzonych w laboratorium Centralnego Instytutu Ochrony Pracy – Państwowego Instytutu Badawczego w Łodzi, okazało się, że nie wszystkie maski skutecznie chronią ludzi przed toksycznymi pyłami. Szczegółowe informacje na ten temat, a także praktyczny poradnik dla konsumentów odnośnie stosowania i zakupu takich masek, można znaleźć w materiałach informacyjnych opublikowanych na stronie internetowej UOKiK.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Pięć powodów, żeby zrobić test anty-HCV

liver-3026639_1920-copy

Marskość albo rak wątroby grozi nie tylko osobom nadużywającym alkoholu. Może się rozwinąć m.in. wskutek nieświadomego zakażenia się wirusem HCV. Podpowiadamy, gdzie można wykonać bezpłatny test anty-HCV.

Naprawdę warto się pod tym kątem przebadać, bowiem od niedawna istnieje już skuteczne leczenie zakażeń wirusem HCV (hepatitis C virus), który wywołuje przewlekłe wirusowe zapalenie wątroby typu C (WZW-C). Państwowa Inspekcja Sanitarna szacuje, że około 200 tys. osób w Polsce jest zakażonych tym wirusem. Co gorsza, trzy czwarte zainfekowanych osób w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Jak to możliwe?

– Pierwsze objawy tej choroby mogą wystąpić nawet dopiero po 30 latach od zakażenia. Najczęściej wykrywa się ją zupełnie przypadkowo – mówi Izabela Kucharska, zastępca Głównego Inspektora Sanitarnego.

Eksperci ostrzegają, że większość zakażeń HCV, nawet tych ostrych, przez wiele lat może przebiegać zupełnie bezobjawowo. W efekcie, są one zazwyczaj wykrywane dopiero w bardzo zaawansowanej fazie rozwoju, gdy chory zgłosi się do lekarza już z wyraźnymi objawami zmian w wątrobie, np. jej marskości. Czasami też wykrywa się te zakażenia przez przypadek, np. przy okazji diagnozowania lub leczenia innych chorób.

Wirus HCV jest zatem nie tylko podstępny, ale też bardzo groźny dla zdrowia – konkretnie odpowiada on za 20-40 proc. wszystkich przewlekłych chorób wątroby. Spora część tych zachorowań prowadzi niestety do niepełnosprawności lub przedwczesnej śmierci chorego.

Jak można się zakazić HCV

Wirusowym zapaleniem wątroby typu C nie można się zarazić podczas zwykłych kontaktów z osobą chorą. Można więc trzymać się z nią za ręce, całować, pić i jeść z tych samych naczyń, korzystać z tej samej toalety. HCV przenosi się dopiero poprzez kontakt z zakażoną krwią, głównie w czasie nieprawidłowo wykonywanych zabiegów medycznych czy kosmetycznych, takich jak: zastrzyki, pobieranie krwi, leczenie stomatologiczne, akupunktura, wykonywanie tatuaży, przekłuwanie uszu lub innych części ciała, pedicure, manicure. Zakazić można się także poprzez kontakty seksualne (gdy dojdzie do uszkodzenia naskórka lub błony śluzowej).

Jak uchronić swoją wątrobę przed uszkodzeniem

Eksperci podkreślają, że ogromnym problemem jest bardzo niska wykrywalność wirusa HCV w Polsce. W naszym kraju współczynnik wykrywalności wynosi zaledwie 15 proc., podczas gdy np. w krajach skandynawskich przekracza 80 proc. Dlatego pojawia się coraz więcej kampanii społecznych, które nie tylko uświadamiają Polaków na temat zagrożeń ze strony wirusa HCV, lecz także zachęcają do wykonywania profilaktycznych testów anty-HCV. Jedną z najnowszych tego typu kampanii jest projekt edukacyjny „Zdrowa wątroba”, nad którym patronat honorowy objęli: Główny Inspektorat Sanitarny, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny oraz Polskie Towarzystwo Medycyny Pracy.

– Wykrycie i leczenie choroby we wczesnym stadium daje w tej chwili możliwość całkowitego wyleczenia. Osoba, która nie wie o chorobie pozbawia się tej możliwości i naraża na poważne następstwa, jakimi są marskość wątroby, a w późniejszym etapie nawet  nowotwór. Poza tym, osoba która jest zakażona wirusem HCV, ale o tym nie wie, może być zagrożeniem dla swojego otoczenia – podkreśla prof. Anna Piekarska, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, wspierająca merytorycznie projekt „Zdrowa wątroba”.

Specjalistka zaznacza, że każdy z nas może być zakażony i o tym nie wiedzieć.

– Na przykład, zdarza się, że na HCV chorują młodzi dorośli, zupełnie niczego nie podejrzewając, a to dlatego, że zostali zakażeni w szpitalu, jeszcze w okresie noworodkowym. Niestety, pierwsze objawy choroby występują zazwyczaj dopiero w bardzo zaawansowanym stadium rozwoju, a więc już przy marskości, raku lub niewydolności wątroby. Zmiany jakie wywołuje w wątrobie HCV są często nieodwracalne. Dlatego tak bardzo liczy się czas – ostrzega prof. Anna Piekarska.

Dr Karolina Zakrzewska z Zakładu Epidemiologii Chorób Zakaźnych i Nadzoru Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny dodaje, że nie ma szczepionki przeciwko HCV.

– Dlatego musimy być czujni. Trzeba mieć świadomość, że wszystkie sytuacje i zabiegi, w których doszło do przerwania ciągłości tkanek albo przetaczania krwi wiążą się z ryzykiem zakażenia HCV. Aby upewnić się, że wszystko jest z nami w porządku, w ramach profilaktyki, warto potem wykonać test anty-HCV – radzi dr Karolina Zakrzewska.

Hepatolodzy podkreślają, że leczenie wirusowego zapalenia wątroby typu C jest obecnie w Polsce łatwo dostępne (bez kolejek) i w pełni refundowane przez NFZ.

Gdzie można wykonać bezpłatne testy anty-HCV

Jak widać, w przypadku wirusowego zapalenia wątroby typu C, naprawdę warto dmuchać na zimne. Testy anty-HCV można wykonać bezpłatnie m.in. w ramach profilaktycznego projektu „Zdrowa wątroba”. Gdzie? Lista placówek medycznych z różnych regionów kraju, w których można wykonać taki test, w tym i przyszłym roku, jest dostępna na stronie internetowej projektu.

Ponadto, do końca 2018 r. można jeszcze skorzystać z bezpłatnego testu na HCV w ramach ogólnopolskiej akcji profilaktycznej zorganizowanej przez fundację Gwiazda Nadziei, która od lat wspiera pacjentów z różnymi chorobami wątroby. Listę placówek medycznych i laboratoriów, które wykonują testy anty-HCV w ramach tej akcji można znaleźć na stronie internetowej fundacji.

Duża aktywność organizacji pozarządowych na tym polu ma związek z faktem, że obecnie, powszechnie dostępnych, przesiewowych testów anty-HCV nie ma w pakiecie podstawowych świadczeń refundowanych w ramach NFZ (lekarz rodzinny może jednak w tej sprawie skierować pacjenta do specjalistycznej poradni chorób zakaźnych). Dobra wiadomość jest taka, że na bezpłatne testy anty-HCV w ramach NFZ mogą liczyć wszystkie kobiety w ciąży.

Jak interpretować wyniki testu anty-HCV

Specjaliści podkreślają, że test przesiewowy, który służy do wykrywania infekcji HCV jest prosty i szybki. Przypomina popularny i dostępny w każdej aptece test ciążowy. Tyle, że w przypadku testu na HCV oczywiście pobiera się do analizy nie mocz, lecz krew badanej osoby.

Kropla krwi z palca wystarczy, aby przeprowadzić test anty-HCV, który już po 5-15 minutach daje wynik – mówi Tomasz Jan Prycel, dyrektor stowarzyszenia CEESTAHC (Central and Eastern European Society of Technology Assessment in Health Care), które jest głównym organizatorem projektu „Zdrowa wątroba”.

Ale uwaga! Jeśli test stwierdzi obecność przeciwciał HCV we krwi, to nie oznacza wcale automatycznie, że jest się chorym. Trzeba wtedy przeprowadzić badania dodatkowe, które dadzą odpowiedź na pytanie czy zakażenie HCV jest aktualne (aktywne), czy też obecność przeciwciał wskazuje tylko na kontakt z wirusem, który miał miejsce w przeszłości, lecz nie doprowadził do rozwoju choroby.

– W przypadku wyniku pozytywnego lub wątpliwego zalecana jest pogłębiona diagnostyka laboratoryjna, wykonywana w ramach środków NFZ (np. poprzez skierowanie przez lekarza POZ do poradni chorób zakaźnych) lub prywatnie. Należy pamiętać, że jedynie wynik HCV-RNA ostatecznie wyklucza lub potwierdza zakażenie HCV. Nie wszystkie pozytywne wyniki testu przesiewowego oznaczają więc aktywne zakażenie wirusem HCV. Istnieje 20-30 proc. prawdopodobieństwa, że badanie molekularne (HCV-RNA) nie wykaże obecności materiału genetycznego wirusa – wyjaśnia Tomasz Jan Prycel.

Jakie mogą być wczesne objawy zakażenia HCV

– Aby uniknąć najgorszego, nie tylko cierpienia, ale też niepełnosprawności czy konieczności przeszczepu wątroby, trzeba wykryć zakażenie jak najwcześniej. Mogą o nim świadczyć nawet tak nieoczywiste objawy jak przewlekłe zmęczenie, ciągła senność czy rozkojarzenie – podpowiada Barbara Pepke, prezes fundacji Gwiazda Nadziei, która osobiście doświadczyła skutków tej podstępnej choroby.

HCV na celowniku Światowej Organizacji Zdrowia

Na koniec warto dodać, że „kariera” jaką w medycynie zrobił wirus HCV jest naprawdę spektakularna. Mało kto bowiem zdaje sobie sprawę z faktu, że wirus ten został odkryty dopiero w 1989 r. W efekcie, dopiero od 1993 r. krew badana jest pod kątem obecności HCV. W praktyce oznacza to tyle, że wszystkie osoby, które we wcześniejszych latach były leczone w szpitalach, zwłaszcza te, które miały przetaczaną krew, mogą być nieświadomymi nosicielami HCV.

Z tego powodu, nie powinien też nikogo dziwić niski poziom społecznej świadomości na temat tego wirusa – z badań wynika, że aż 25 proc. Polaków nie wie, że zapalenie wątroby typu C jest chorobą zakaźną!

Oznacza to, że w dalszym ciągu bardzo potrzebne są w Polsce projekty edukacyjne mające zwiększać świadomość tego problemu, takie jak projekt „Zapobieganie zakażeniom HCV”, realizowany niedawno przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny, czy też projekt „Zdrowa wątroba”, który stowarzyszenie CEESTAHC realizuje we współpracy z fundacją Gwiazda Nadziei oraz Europejską Fundacją Rozwiązywania Problemów Zdrowotnych.

Na koniec warto dodać, że wirusowe choroby wątroby zostały niedawno uznane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) za poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego. W 2016 r. WHO przyjęła więc strategię, której celem jest eliminacja wirusowych zapaleń wątroby (WZW) do 2030 r., m.in. poprzez zwiększenie wykrywalności zakażeń oraz zapewnienie równego dostępu do profilaktyki i leczenia.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Nie odkładaj ojcostwa na później

baby-22194_1920-copy

 

Dla zdrowia dziecka znaczenie ma wiek i kondycja ojca, a szkodzić może już nawet przewlekły stres. Pod wpływem szkodliwych czynników może dochodzić do mutacji w komórkach rozrodczych, a także zmian epigenetycznych, rzutujących na życie potomka.

Nie tylko wiek, w którym kobieta zachodzi w ciążę ma znaczenie, jeśli chodzi o zdrowie dziecka (od dawna wiadomo, że z wiekiem matki zwiększa się ryzyko rozmaitych wad u jej dzieci). Długo sądzono, że wiek ojca nie ma tu wielkiego znaczenia, ale coraz więcej badań wskazuje, że dzieci starszych ojców są po porodzie bardziej narażone na problemy zdrowotne.

Do grona naukowców, którzy wskazują na tę korelację dołączyli badacze ze Stanford University School of Medicine, którzy poddali analizie informacje o dzieciach urodzonych w –  bagatela! – 40 mln porodów na przestrzeni 10 lat.

– Przy ocenie ryzyka towarzyszącemu porodom, mamy zwyczaj patrzeć na czynniki związane z matką, ale to badanie pokazuje, że urodzenie zdrowego dziecka to gra zespołowa i wiek ojca przyczynia się do zdrowia noworodka – podkreśla prof. Michael Eisenberg, autor pracy opublikowanej na łamach „The BMJ”.

Choć badanie nie wskazywało jasno przyczyn i skutków, to po ok. 35. roku życia ojców pojawiło się zauważalne, podniesione ryzyko dla zdrowia potomstwa. Całkowite zagrożenie problemami nadal nie było bardzo wysokie, ale w porównaniu do potomstwa ojców w wieku 25-34 lat, dzieci panów po 45. roku życia:

  • częściej rodziły się przedwcześnie,
  • częściej konieczne było umieszczenie dziecka na neonatologicznym oddziale intensywnej terapii,
  • wyższe było ryzyko wystąpienia drgawek
  • większe było zagrożenie niską masą urodzeniową.

W przypadku ojców w wieku 50 lat lub więcej – ryzyko umieszczenia dziecka na neonatologicznym oddziale intensywnej terapii podnosiło się aż o 28 proc.

Co ciekawe, przy późnym ojcostwie, z jakiegoś powodu rosło także zagrożenie dla matek, które częściej zapadały na cukrzycę.

– Wiele mówi się o wpływie wieku matki dla zdrowia dziecka, ale istnieją silne dowody naukowe na to, że wiek ojców także ma znaczenie – podkreśla dr hab. Beata S. Lipska-Ziętkiewicz, pediatra, genetyk kliniczny, kierownik Pracowni Genetyki Klinicznej Katedry i Zakładu Biologii i Genetyki Medycznej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Tytoniowy dym i groźne mutacje

Nie dziwi, że naukowe eksperymenty wskazują także na podstawowe znaczenie stylu życia przyszłych rodziców dla zdrowia potomstwa. Specjaliści z Uniwersytetu w Lund przeprowadzili na przykład badanie z udziałem ponad setki mężczyzn w wieku od 17 do 20 lat, sprawdzając wpływ palenia tytoniu przez ich ojców na jakość nasienia. Po uwzględnieniu ekspozycji matki na nikotynę, czynników społeczno-ekonomicznych i używania przez nich tytoniu, okazało się, że mężczyźni, których ojcowie palili, mieli o 41 proc. mniejsze stężenie plemników w nasieniu i ponad 50 proc. mniejszą ogólną liczbę wytwarzanych plemników niż synowie ojców niepalących.

Według naukowców to zależność nawet silniejsza niż obserwowany wcześniej wpływ palenia matek na jakoś nasienia synów! Na temat przyczyn takiej sytuacji badacze na razie tylko spekulują; obwiniają przy tym mutacje. Jak tłumaczą, produkujące plemniki komórki nieustannie się dzielą, a w trakcie tych podziałów może dochodzić do uszkodzeń w genach. Tymczasem wiadomo, że wiele mutagennych związków znajduje się właśnie w dymie tytoniowym.

Pod tym kątem kobiety wydają się być bezpieczniejsze.

– U kobiet komórki jajowe są od urodzenia przechowywane w trakcie zatrzymanego podziału. Czekające na dalszy podział chromosomy są utrzymywane przez tzw. wrzeciono kariokinetyczne. Nie jest to całkowicie bezpieczne rozwiązanie i dlatego w przypadku kobiet obserwuje się zaburzenia chromosomalne. Z kolei u mężczyzn, po osiągnięciu dojrzałości płciowej, komórki rozrodcze nieustannie się dzielą, co z kolei predysponuje je do powstawania w nich mutacji. Im późniejszy wiek ojca, tym więcej podziałów komórek i tym większe ryzyko powstania mutacji – wyjaśnia dr hab. Lipska-Ziętkiewicz.

Stres a aktywność genów

W grę prawdopodobnie wchodzą jednak także inne, dopiero poznawane mechanizmy. Dobrze pokazali to badacze z University of Maryland School of Medicine w eksperymencie na myszach. Ich projekt pokazał również, że przykre konsekwencje dla przyszłych pokoleń może mieć już nawet nadmierny stres ojców.

Naukowcy zauważyli bowiem, że potomstwo samców cierpiących z powodu łagodnego ale chronicznego stresu także gorzej reaguje na stres. Jednocześnie zauważyli, że w plemnikach takich ojców dochodzi do zmian w kompozycji cząsteczek mikro RNA (miRNA). Cząsteczki te uczestniczą tymczasem w regulacji aktywności genów. Badacze wyjaśniają, że kiedy plemniki dojrzewają, przechowujące je najądrza wydzielają wypełnione miRNA pęcherzyki, które łączą się z plemnikami, wpływając na aktywność przechowywanych w nich genów. Jak się tymczasem okazało, stres powodował zmianę zawartości tych pęcherzyków. Przekazana kolejnemu pokoleniu zmiana została więc przeniesiona nie w postaci uszkodzeń samych genów, ale w postaci tzw. modyfikacji epigenetycznych wpływających na aktywność genów.

Dieta ojca a rak piersi u córek

Badania sugerują, że w podobny sposób mogą powstawać różnego typu problemy. Naukowcy z Uniwersytetu w São Paulo uzyskali na przykład wyniki wskazujące, że dieta ojców może wpływać na ryzyko rozwoju raka piersi u córek. Kiedy u samic szczurów naukowcy wywoływali raka sutka, zawartość tłuszczów zwierzęcych i roślinnych w diecie ojców wpływała na  ryzyko pojawienia się choroby, czasu jej rozwoju oraz śmiertelności chorych komórek. Siłą rzeczy tego rodzaju eksperymentu nie można przeprowadzić na ludziach, ale niewykluczone, że taki mechanizm działa też i u nich.

Podobnie może się dziać np. z zaburzeniami metabolicznymi, na co wskazuje eksperyment zespołu z University of Adelaide. Badacze hodowali dwie grupy myszy, przy czym jedna grupa była karmiona normalnie, a druga według niezdrowej, tłustej diety, która prowadziła do otyłości. Samce z dwóch grup miały następnie potomstwo z normalnie karmionymi samicami.

Urodzone w kolejnym pokoleniu także rozmnażały się z partnerkami karmionymi według zdrowej diety. Wpływ żywienia najstarszego pokolenia rozciągał się aż na dwie kolejne generacje! Dzieci oraz wnuki samców karmionych tłustą, niezdrową karmą częściej cierpiały z powodu zaburzeń metabolicznych, w tym cukrzycy.

Potomstwo uzależnionych ojców odporne na kokainę

Wpływ trybu życia ojców na potomstwo może czasami zaskakiwać. Jak wskazuje przeprowadzone na szczurach badanie naukowców z University of Pennsylvania, synowie gryzoni uzależnionych od kokainy są mniej podatni na działanie tego narkotyku. Mózgi tych zwierząt pochodzących od uzależnionych ojców były tak zmienione, że kokaina dawała im mniej przyjemności i w mniejszym stopniu modyfikowała działanie mózgu. W efekcie takie szczury rzadziej sięgały po narkotyk i wolniej się od niego uzależniały. Oczywiście nie znaczy to, że dla dobra potomstwa należy brać kokainę czy korzystać z innych uzależniających substancji.

Autorzy obu projektów badawczych zaobserwowali zmiany epigenetyczne w komórkach zwierząt.

– W przypadku mutacji genetycznych zachodzi zależność zero-jedynkowa, tzn. albo mutacja jest albo jej nie ma. Natomiast przy zmianach epigenetycznych mamy raczej do czynienia z takimi efektami, że różne zmiany kumulują dając końcowy efekt. Niestety, nie ma na razie testów prenatalnych dedykowanych dla zmian epigenetycznych. Również badania w kierunku obecności nowych mutacji powstałych w trakcie spermatogenezy nie są w chwili obecnej wykonywane w ramach rutynowych badań prenatalnych – wyjaśnia ekspertka z Gdańska.

Dzieci w odpowiednim czasie i zdrowy tryb życia

Warto więc, aby planujący potomstwo mężczyźni o siebie dbali. Badanie zespołu z Ohio State University wskazuje, że pomóc może już niewielka, pozytywna interwencja. W serii eksperymentów część myszy była karmiona normalnie, a część według niezdrowej, tłustej diety. Dodatkowo część osobników z każdej grupy miała ograniczoną możliwość ruchu, a inne były w naturalnym stopniu fizycznie aktywne.

Okazało się, że potomstwo ćwiczących ojców miało zdrowszy metabolizm glukozy, mniejszą masę ciała i  tłuszczu. Co więcej, gorzej w tych obszarach wypadało potomstwo źle karmionych ojców, ale ćwiczenia łagodziły negatywny wpływ niezdrowej diety. Dalsze badania pokazały natomiast zmienione działanie genów w plemnikach ruszających się samców.

Naukowcy twierdzą, że możliwe jest, iż podobnie dzieje się u ludzi. Ich zdaniem już miesiąc regularnego sportu przed poczęciem powinno przynieść pozytywne efekty dla zdrowia ich potomstwa. Co więc robić?

– Do wszystkiego należy podchodzić z rozsądkiem. Ze względu na rzeczywistą wartość ryzyka nie powinno się zniechęcać kobiet ani mężczyzn w starszym wieku do rodzenia dzieci, ale najlepszy okres to wiek 20 – 30 lat. Ważny jest też styl życia, to na jak wiele szkodliwych czynników dana osoba naraziła swoje komórki rozrodcze – podkreśla dr hab. Lipska-Ziętkiewicz.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Jak w ciąży dbać o zęby nie szkodząc dziecku

pregnant-2771232_1920-copy

Choroby przyzębia i zębów mają wpływ na przebieg ciąży: mogą przyczynić się do przedwczesnego porodu, niskiej wagi urodzeniowej noworodka czy stanu przedrzucawkowego przyszłej mamy.

Specjaliści zalecają, by przyszła mama na samym początku ciąży, a jeszcze lepiej – przed zajściem w nią, wybrała się na konsultację do dentysty.

Podczas ciąży w organizmie kobiety dochodzi bowiem do wielu fizjologicznych zmian na tle hormonalnym; ich skutek może być także widoczny jamie ustnej. Stąd w tym czasie odnotowuje się u kobiet większą skłonność do zapaleń dziąseł, nawet przy zachowaniu prawidłowej higieny jamy ustnej i odpowiednim usuwaniu płytki nazębnej.

– Podczas ciąży w organizmie wrasta poziom progesteronu i estrogenów co sprzyja większemu ukrwieniu tkanek dziąseł. U niektórych pań stają się one rozpulchnione i bardziej wrażliwe na podrażnienia czy urazy. Dziąsła mogą też ostrzej niż zwykle reagować na kontakt z płytką nazębną, co sprzyja infekcji – wyjaśnia lek. stom. Joanna Oleksiak z gabinetu Stankowscy & Białach Stomatologia w Poznaniu.

W rezultacie aż u ok. 40 proc. ciężarnych może rozwinąć się tzw. ciążowe zapalenie dziąseł. Charakteryzuje się ono zaczerwienieniem, obrzękiem i tkliwością tych tkanek. Częstym zwia-stunem jest tzw. „objaw różowej szczoteczki”, ponieważ dziąsła krwawią nawet przy codziennym szczotkowaniu. Jeśli zaś pacjentka cierpi na choroby dziąseł jeszcze przed ciążą, to najpewniej ulegną one zaostrzeniu.

Warto też pamiętać, że zdrowie jamy ustnej ma wpływ na cały organizm przez całe życie.

Zapalenie dziąseł w ciąży: może mieć wpływ na dziecko?

Ciążowe zapalenie dziąseł zwykle nie powoduje nieodwracalnych zmian w przyzębiu, stosunkowo łatwo je leczyć i zazwyczaj ustępuje kilka miesięcy po porodzie.

Najczęściej też nie ma wpływu na zdrowie rozwijającego się płodu. Jednak u ok. 12-15 proc. kobiet w ciąży dochodzi do zaawansowanej choroby przyzębia i ta już może mieć wpływ na parametry rozwijającego się płodu. Badania wykazują, że zapalenia przyzębia powiązane jest z występowaniem trzech rodzajów powikłań ciążowych: niskiej wagi urodzeniowej, przedwczesnego rozwiązania oraz stanu przedrzucawkowego (rozumiany jako wysokie ciśnienie krwi matki  i znaczący białkomocz lub obecność nadmiernej liczby białek w moczu a także występowaniem cukrzycy ciążowej).

Aż ośmiokrotnie zwiększa się ryzyko urodzenia dziecka przed wyznaczonym terminem i ważącego poniżej 2,5 kg. jeśli u kobiety w ciąży dojdzie do zapalenia przyzębia.

Specjaliści sugerują, że bakterie bytujące w jamie ustnej przenosząc się najprawdopodobniej wraz z krwią kolonizują płód i łożysko. Choć wykazano powiązanie mikroorganizmów charakterystycznych dla zapalenia przyzębia z powikłaniami ciążowymi, niewiele wiadomo o tym, jaką rolę spełniają. Wciąż nie wiadomo też, dlaczego u niektórych kobiet cierpiących na zapalenie przyzębia pojawiają się powikłania ciążowe, a u innych nie.

Nadziąślak: co to jest

Zdarza się, że na powierzchni dziąsła pojawia się mały, miękki i zaczerwieniony guz – to może być nadziąślak ziarnisty zwany również nadziąślakiem ciężarnych. Nie przestrasz się , to  ła-godny guz. Zwykle umiejscawia się w przestrzeniach międzyzębowych, ale czasem może przechodzić na wargi, koniuszek języka lub jego brzegi.

– Wpływ na jego rozwój ma wiele czynników, m.in. miejscowe podrażnienia, urazy oraz zmiany hormonalne. Nie boli i zazwyczaj nie ulega zezłośliwieniu – uspokaja lek. stom. Monika Stachowicz z gabinetu Periodent w Warszawie.

Nadziąślaki najczęściej pojawiają się między drugim a piątym miesiącem ciąży. Jeśli nie powodują problemów  w codziennym funkcjonowaniu lub nie mają wpływu na wygląd, nie powinno się ich usuwać podczas trwania ciąży. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zmiany te ustąpią samoistnie po porodzie.

Leczenie próchnicy w czasie ciąży…

…jest koniecznością. Specjaliści przekonują, że obecnie stosowane wypełnienia są całkowicie bezpieczne dla płodu, ze względu na to, że nie przenikają poza strukturę zęba. Dostępne są również specjalne rodzaje środków znieczulających, które są całkowicie bezpieczne dla matki i płodu. – Stres związany z infekcją zęba i możliwe powikłania przy braku leczenia, mogą być groźniejsze dla pacjentki niż samo jego podjęcie  – podkreśla dentystka.

Czy badanie RTG zęba u kobiety w ciąży jest bezpieczne?

Choć pojedyncze badanie zęba z pewnością nie zaszkodzi dziecku, powinno się je wykony-wać tylko wtedy, gdy to konieczne; najlepiej unikać tego rodzaju diagnostyki w 1. trymestrze ciąży, gdy płód jest najbardziej wrażliwy na promieniowanie RTG.

– Obecnie ten typ diagnostyki wykonuje się nowoczesną i w pełni bezpieczną metodą radiowi-zjografii, gdzie dawka promieniowania jest minimalna, a jama ustna mocno oddalona od maci-cy. Również tradycyjne RTG wykonywane jest z należytymi środkami bezpieczeństwa, to znaczy brzuch i tarczyca pacjentki osłaniane są specjalnym ołowianym fartuchem, który stanowi ochronę dla płodu” – wyjaśnia dr Joanna Oleksiak z Poznania.

Jakich zabiegów stomatologicznych unikać w czasie ciąży?

Podczas ciąży nie powinno się korzystać z zabiegów wybielających zęby w gabinecie. Tym bardziej nie powinno stosować samemu preparatów dostępnych w sklepach – ich wpływ na ciążę i płód nie jest do końca zbadany. Mogą one także powodować nadwrażliwość dziąseł. W trakcie ciąży lepiej także unikać zabiegów protetycznych, rekonstrukcyjnych, chirurgicz-nych czy leczenia ortodontycznego.

Higiena jamy ustnej mamy z korzyścią dla dziecka

Specjaliści z Polskiego Towarzystwa Periodontologicznego zwracają uwagę na to, że bakterie odpowiedzialne za rozwój próchnicy, nie tylko wywołują zakażenia jamy ustnej u kobiet w ciąży, ale są też przyczyną próchnicy zębów u ich dzieci.

– Minimalizując obecność tych bakterii w jamie ustnej mamy, zapobiega się więc również ich namnażaniu w jamie ustnej jej dziecka” – uważa specjalista prof. Tomasz Konopka kierownik Katedry i Zakładu Periodontologii Wrocławskiego Uniwersytetu Medycznego, wiceprezes PTP.

Jak wykazał w swoich badaniach amerykański periodontolog Steven Offenbacher objęcie kobiet w ciąży opieką periodontologiczną mogłoby zmniejszyć aż o 15 proc. liczbę wszystkich przedwczesnych porodów.  Polskie Towarzystwo Periodontologiczne uznając zdrowie jamy ustnej kobiet w ciąży za poważny problem przyłączyło się do programu edukacyjnego realizowanego przez Europejską Federację Periodontologiczną.

Podczas spotkania panelowego w kwietniu tego roku w Warszawie, w którym uczestniczyli polscy eksperci z dziedziny periodontologii, perinatologii oraz ginekologii i położnictwa opracowano wytyczne w sprawie opieki stomatologicznej nad kobietą ciężarną.

Monika Wysocka (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

NIK o ochronie przed promieniowaniem elektromagnetycznym

rays-231631_1920

Od kilkunastu lat następuje dynamiczny rozwój telefonii komórkowej. Rośnie ruch w sieci, rosną oczekiwania użytkowników co do jakości i szybkości usług telekomunikacyjnych, wdrażane są coraz bardziej zaawansowane technologie. To wszystko związane jest z promieniowaniem elektromagnetycznym, na które narażeni są wszyscy. Wiele środowisk zgłasza obawy o niekorzystny wpływ na zdrowie obywateli. Jak państwo kontroluje poziom promieniowania? Lubelska Delegatura NIK, która koordynowała kontrolę tego problemu poprosiła ekspertów z wyższych uczelni oraz instytucji zajmujących się badaniami pół elektromagnetycznych, które pomogą przy opracowaniu szczegółowych wniosków służących udoskonalaniu skutecznej ochrony osób narażonych na oddziaływanie takich pól.

Najdynamiczniej rozwija się przesył danych z wykorzystaniem internetu mobilnego. Prognozuje się, że w Polsce ruch ten wzrośnie do 2030 roku około 24-krotnie. Tempo będzie zbliżone do innych krajów europejskich. Z rozwojem internetu nierozerwalnie związana jest rozbudowa i zagęszczenie infrastruktury telekomunikacyjnej. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego liczba stacji bazowych telefonii komórkowej wzrosła w Polsce z ponad 13 tys. w 2003 r. do ok. 40 tys. w 2017 r. (nie licząc liczby anten w ramach poszczególnych systemów nadawczych). Oznacza to, że ludzie poddawani są coraz większemu oddziaływaniu sztucznie wytwarzanych pól elektromagnetycznych.  Taka sytuacja powoduje nieufność i konflikty między mieszkańcami, operatorami sieci komórkowych i organami administracji publicznej. Jednak obawy te mogą być przesadzone.

Uczestnicy panelu wskazywali, że w czasie kontroli muszą być obecni przedstawiciele operatorów telefonii komórkowej a to budzi nieufność  mieszkańców o wiarygodność wyników. Anteny nadawcze często instalowane są na dachach budynków mieszkalnych, wieżach kościelnych, wieżowcach. W wielu sprawozdaniach brakuje informacji o wynikach pomiarów wewnątrz  mieszkań. Znajduje się natomiast zdania mówiące, że ” w żadnym punkcie wokół obiektu i w miejscu przebywania ludzi nie zostały przekroczone wartości dopuszczalne” – co zdaniem wielu jest po prostu poświadczeniem nieprawdy, bo wewnątrz budynku przecież przebywają ludzie. Metody pomiarowe są drogie i trudno wymagać, by zostały zbadane wszystkie anteny, których liczba  idzie już w setki tysięcy. Dlatego potrzebne są nowe przepisy dotyczące pomiarów. Z punktu widzenia inspekcji państwowych i operatorów najważniejsze jest trafne indentyfikowanie i ukierunkowanie pomiarów na miejsca, w których istnieje potencjalnie najwyższe ryzyko przekroczenia limitu promieniowania. Ważne jest przy tym dostosowanie procedur pomiarowych do błyskawicznie rozwijających się technik nadawczych telefonii komórkowej.

NIK zajmowała się już telefonią komórkową. W  kontroli Izba zbadała działalność administracji związaną z budową i funkcjonowaniem stacji bazowych. Okazało się, że brak jest przejrzystych przepisów normujących powstawanie takich stacji, które zapewniałyby już na tym etapie miarodajną ocenę narażenia na zwiększone promieniowanie elektromagnetyczne. Brak przepisów w połączeniu z uproszczonym modelem oceny oddziaływania stacji bazowych na środowisko nie gwarantuje, że nowe i modernizowane bazy nie spowodują przekroczenia w ich otoczeniu dopuszczalnego limitu promieniowania.

Nasza cywilizacja stoi przed nowym wyzwaniem. Jeszcze nie korzystamy z wszystkich możliwości, które daje nam sieć 4 G a już mówi się o powstaniu sieci 5 G. Naukowcy przypuszczają, że w technologii 5 G przesył danych będzie miał prędkość nawet do 100 gigabitów na sekundę. Dziś urządzenia pozwalają na prędkość do 300 megabitów na sekundę. Do tego na rynek wkracza internet rzeczy.  To sieć, w której nie ludzie a rzeczy będą porozumiewały się ze sobą. Na przykład lodówka w inteligentnym domu sama uzna, że brakuje jakiegoś produktu i zamówi go w internetowej hurtowni. To wszystko sprawi, że liczba stacji bazowych może wzrosnąć do poziomu w tej chwili niewyobrażalnego.

Wydaje się, że koniecznym jest dialog społeczny i powszechna edukacja a także transparentne procedury związane z powstawaniem nowej infrastruktury.

Źródło www.nik.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Barwa języka sygnałem różnych chorób

man-540500_1920-copy

Język powinien być jasnoróżowy. Jeśli ma inny odcień albo jest pokryty nalotem, może to sygnalizować poważne choroby – nie tylko w obrębie jamy ustnej. Lekarz może więc powiedzieć: „Pokaż mi swój język, a powiem, co ci dolega”.

Język, który jest zbudowany z mięśni, jest nam potrzebny m.in. do mówienia, jedzenia czy odczuwania smaku. Ale jego wygląd może też wiele powiedzieć o stanie naszego zdrowia.

– Zdrowy język jest jasnoróżowy, gładki i ma wilgotną śluzówkę pokrytą licznymi guzkami, zwanymi brodawkami językowymi. Jeśli jego wygląd odbiega od tego opisu i zauważamy niepokojące naloty czy zmianę zabarwienia, warto skonsultować się z lekarzem. Zmiany w wyglądzie języka mogą mieć swoje źródło w jamie ustnej, ale równie dobrze mogą świadczyć o problemach z trawieniem, układem krążenia czy obniżonej odporności – mówi dentysta Marcin Kopeć, z gabinetu Stankowscy & Białach Stomatologia w Poznaniu.

Ekspert podpowiada, jakie konkretne choroby i zaburzenia może sygnalizować kolor języka:

  • odcień biały (biały nalot, białe guzki lub plamki na powierzchni języka): może oznaczać pleśniawki (rodzaj infekcji grzybiczej wywołanej przez drożdżaki Candida albicans), które są szczególnie częste u osób chorujących na cukrzycę lub o osłabionej odporności, np. w przebiegu HIV/AIDS. Ale to nie wszystko. Biały odcień języka może też wiązać się z leukoplakią (inaczej rogowacenie białe), występującą najczęściej u osób palących papierosy czy nadużywających alkoholu. Nie można bagatelizować tego symptomu, bo leukoplakia zalicza się do stanów przednowotworowych i może prowadzić do raka błon śluzowych jamy ustnej.
  • odcień blady: może występować przy wadach wrodzonych serca u dorosłych, niedoborze żelaza, anemii, odwodnieniu, a także chorobach takich jak liszaj płaski, rak jamy ustnej czy kiła.
  • odcień ciemnoczerwony (a także malinowy czy truskawkowy): może wskazywać m.in. na zapalenie języka, niedobory witamin z grupy B (np. B12), a także płonicę (ostra choroba zakaźna wieku dziecięcego wywołana przez paciorkowce), chorobę Kawasaki (występującą najczęściej u małych dzieci). Zaczerwienienie języka może być również reakcją alergiczną na gluten lub też świadczyć o podwyższonej temperaturze. Co ciekawe, purpurowe zabarwienie samej końcówki języka, może być też oznaką silnego stresu.
  • odcień czarny (lub brunatny): to zazwyczaj symptom dolegliwości zwanej „włochatym językiem” (dochodzi wtedy do nadmiernego rogowacenia i wydłużenia brodawek nitkowatych, co sprawia, że język jest bardziej szorstki i wygląda jakby był „włochaty”). Do rozwoju tego zaburzenia przyczyniać się mogą m.in.: palenie papierosów, cukrzyca, nadmierne spożywanie alkoholu, mocnych herbat, kawy, przewlekła antybiotykoterapia, radioterapia szyi i głowy, suchość w jamie ustnej lub niedostateczna higiena jamy ustnej. Dolegliwość ta nie jest groźna dla zdrowa, ale wpływa na estetykę.
  • odcień brązowy: często spowodowany jest nadmiernym spożywaniem kawy i nałogowym paleniem. Brązowy nalot może też sygnalizować gromadzenie się w organizmie toksyn, czyli tzw. toksemię albo kwasicę.
  • żółty nalot: najczęściej jest skutkiem niedostatecznej higieny (m.in. braku oczyszczania języka), ale jeśli zmiana nawyków higienicznych nie pomaga to warto udać się na konsultację do gastrologa lub urologa. Gruby, żółty nalot często bowiem zdradza problemy z trawieniem i nieprawidłową pracę jelit lub też zakażenia układu moczowego. Może być również objawem żółtaczki, choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy, problemów z wątrobą lub pęcherzykiem żółciowym. Ale uwaga, żółty nalot może być też niegroźnym skutkiem jedzenia intensywnie barwiących przypraw takich jak kurkuma czy curry.
  • odcień niebieski (lub sinawy): może wskazywać na problemy z układem krążenia, np. na fakt, że serce nie pompuje prawidłowo krwi i w efekcie następuje niedotlenienie organizmu.

Innych możliwych powiązań między wyglądem języka a stanem zdrowia jest znacznie więcej, podobnie jak czynników wpływających na jego zabarwienie (np. ciąża, leki onkologiczne czy antybiotykoterapia).

Nic dziwnego, że eksperci radzą bacznie go obserwować i regularnie dbać o jego higienę (m.in. oczyszczać z nalotów specjalnym skrobakiem), obok obowiązkowego szczotkowania i nitkowania zębów.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Aerozol z e-papierosów szkodzi płucom?

beauty-2843930-copy

To FAKT! E-papierosy są reklamowane jako mniej szkodliwe, ponieważ nie ma procesu spalania i palacz nie wdycha dymu z tysiącami substancji przyczyniających się do rozwoju chorób, zwłaszcza płuc. Jednak e-papierosy także mogą szkodzić układowi oddechowemu.

Wątpliwości wokół e-papierosów jest coraz więcej. Są stosunkowo nowym produktem i w związku z tym nie jest możliwe poznanie ich długofalowego oddziaływania na organizm. Jednak wciąż powstają kolejne badania sprawdzające, jak wdychanie aerozolu z e-papierosów wpływa na zdrowie.

Rok temu ukazała się w „American Journal of Physiology – Lung Cellular and Molecular Physiology” praca grupy naukowców, która dokonała systematycznego przeglądu badań sprawdzających wpływ e-papierosów na układ oddechowy. Uwzględnili publikacje z badań przeprowadzonych na komórkach, zwierzętach i z udziałem ludzi. „Podsumowując, rośnie liczba dowodów z badań in vitro, na modelach zwierzęcych i na ludziach, które sugerują, że używanie e-papierosów ma istotnie toksyczny wpływ na układ oddechowy” – ogłosili w konkluzji swojej pracy.

Dwanaście miesięcy później to samo czasopismo opublikowało pracę z badań przeprowadzonych na myszach, z których wynika, iż wdychanie zawartych w aerozolu e-papierosów substancji, zwłaszcza zapachowych, powoduje rozwój stanów zapalnych w płucach i zaburza ich czynność.

Co zawiera aerozol w e-papierosach?

Do cieczy w e-papierosach, z której po podgrzaniu powstaje aerozol, dodawane są (poza nikotyną) m.in. glikol propylenowy i często różne związki zapachowe. Glikol propylenowy to bezbarwna i bezwonna substancja, która jest stosowana w żywności i lekach. Eksperci są zdania, że w takich ilościach, w jakich znajduje się w żywności czy lekach i podany drogą pokarmową, glikol propylenowy nie powoduje szkód. Jednocześnie uważają, że ten sam związek chemiczny, gdy przedostaje się drogą oddechową, może mieć szkodliwy wpływ na organizm.

Jak na wdychanie aerozolu z e-papierosów reaguje układ oddechowy?

Naukowcy z Uniwersytetu w Atenach w Grecji prowadzili badania na czterech grupach myszy, które przez krótszy (trzy dni) lub dłuższy (cztery tygodnie) czas – były narażone na działanie różnych substancji chemicznych w powietrzu.

Jedna grupa gryzoni była narażona na wdychanie dymu papierosowego, a kolejne na wdychanie aerozolu z e-papierosów, który zawierał:

  • glikol propylenowy i glicerynę pochodzenia roślinnego (z której glikol propylenowy powstaje);
  • glikol propylenowy i glicerynę roślinną wraz z nikotyną;
  • glikol propylenowy i glicerynę roślinną wraz z nikotyną i substancją zapachową.

Grupa kontrolna oddychała powietrzem niczym niezanieczyszczonym.

Okazało się, że już po trzech dniach wdychania składników aerozolu z e-papierosów, zwłaszcza tych z nikotyną i substancjami zapachowymi, nasilił się stan zapalny w płucach i oskrzelach myszy (na podstawie badania płynu oskrzelowo-pęcherzykowego – BASF). Ponadto doszło do nadprodukcji śluzu i wzrostu natężenia tzw. stresu oksydacyjnego (nadmiar wolnych rodników uszkadzających ważne składniki komórek) na poziomie zbliżonym, a nieraz nawet większym niż u myszy narażonych na dym papierosowy.

Po trzech dniach u wszystkich myszy wdychających glikol propylenowy obserwowano zmianę elastyczności tkanek w płucach oraz większy opór dróg oddechowych, który przekłada się na zmniejszenie przepływu powietrza. Jednak po czterech tygodniach zmiany mechaniki płuc dotyczyły już tylko myszy wdychających dym papierosowy.

Jak oceniają autorzy pracy, wyniki tego badania wskazują, że ekspozycja na opary z e-papierosów może pobudzać procesy zapalne w układzie oddechowym i negatywnie wpływać na mechaniczną czynność płuc. W wielu przypadkach dodatek substancji zapachowej w e-papierosach nasila te szkodliwe efekty.

Ich zdaniem dowodzi to, że zarówno stosowanie e-papierosów, jak i palenie papierosów konwencjonalnych szkodzi płucom.

Co wiemy o wpływie e-papierosów na układ oddechowy ludzi?

Grecy przeprowadzili badanie na myszach, ale trzeba mieć na uwadze, że wcześniej dwa inne zespoły badaczy, które sprawdzały wpływ e-papierosów na ludzki układ oddechowy wykazały, że użytkownicy e-papierosów mają większą podatność na stany zapalne w płucach i oskrzelach niż osoby ich nie stosujące, niezależnie od tego, czy użytkownicy e-papierosów wcześniej palili tradycyjne papierosy, czy nie (wcześniejsze stosowanie tradycyjnych papierosów mogłoby sugerować, że stany zapalne w układzie oddechowym są pochodną wcześniejszego wdychania dymu).

Naukowcy zwracają szczególną uwagę na to, że dotychczasowe badania wskazują na znaczną szkodliwość substancji zapachowych, które są obecne w aerozolach e-papierosów. Zawiera je większość tzw. liquidów (cieczy) stosowanych w tych urządzeniach, natomiast zwykle nie ma ich tradycyjnych papierosach.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

 

Uwaga na suplementy z zielonej herbaty

capsule-1079838_1920-copy

Reklamowane są jako remedium na wiele dolegliwości. Ale niektórym mogą bardzo zaszkodzić. Boleśnie przekonał się o tym pewien Amerykanin, którego uratowała transplantacja wątroby.

Ta historia przydarzyła się Jimowi McCantsowi z Teksasu, a zrelacjonował ją serwis BBC. Amerykanin, w związku ze zbliżającymi się 50-tymi urodzinami, postanowił lepiej zadbać o swoje zdrowie. Poprawił sposób żywienia, regularnie ćwiczył i zaczął przyjmować suplementy diety zawierające ekstrakt z zielonej herbaty. Liczył na to, że te ostatnie, dzięki zawartości silnych antyoksydantów (z grupy katechin) wzmocnią jego organizm, a zwłaszcza układ krążenia.

Po blisko trzech miesiącach przyjmowania tych suplementów żona Jima któregoś dnia zauważyła, że ma on mocno pożółkłą twarz i oczy. Po badaniach lekarskich okazało się, że mężczyzna ma poważnie uszkodzoną wątrobę i od rychłej śmierci uratować go może tylko przeszczepienie tego organu.

Jim miał szczęście, bo szybko znaleziono dawcę. Cały czas boryka się jednak z różnymi przewlekłymi powikłaniami, takimi jak chroniczne bóle brzucha czy przewlekła choroba nerek. Pozostaje więc pod stałą opieką hepatologa i nefrologa.

Lekarze Jima, szukając przyczyn problemu stwierdzili, po wyeliminowaniu wszystkich innych możliwości, że za uszkodzenie jego wątroby odpowiadają suplementy z zielonej herbaty.

Kiedy suplementy z zielonej herbaty są groźne

Zapewne tysiące ludzi przyjmują suplementy z zielonej herbaty, a mimo to nie lądują na stole chirurgicznym transplantologów. Jednak warto wiedzieć, że historia Jima McCantsa nie jest wcale odosobniona. Na świecie stwierdzono już co najmniej 80 podobnych przypadków. Ale oczywiście nie oznacza to, że należy pożegnać się z zielonkawym, herbacianym naparem.

Zielona herbata jest spożywana przez ludzi w formie naparu już od tysięcy lat i dotąd kojarzona była głównie z dzialaniem prozdrowotnym. W tej kwestii nic się nie zmienia. Wspomniane wcześniej kontrowersje i problemy dotyczą tylko suplementów diety, które zawierają jej ekstrakt.

Przypomnijmy, że Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) w tym roku opublikował stanowisko w tej sprawie, w reakcji na pojawiające się w Europie przypadki uszkodzenia wątroby, spowodowane przez suplementy zawierające ekstrakt z zielonej herbaty. Eksperci z EFSA, po wnikliwej analizie dostępnych danych naukowych orzekli, że katechiny z zielonej herbaty (konkretnie wskazali na związek o nazwie galusan epigalokatechiny – EGCG), mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia, jeśli są przyjmowane w postaci suplementów diety, w dawce zawierającej 800 mg lub więcej EGCG na dobę.

W tym kontekście nasuwa się pytanie, czy istnieje całkowicie bezpieczna dla zdrowia dawka katechin z zielonej herbaty i ile ona wynosi? Tego niestety ekspertom nie udało się jeszcze precyzyjnie ustalić.

Ile można pić zielonej herbaty?

Jednak naukowcy zapewniają, że picie zielonej herbaty w formie tradycyjnej jest „generalnie bezpieczne”. EFSA podaje, że osoby pijące regularnie umiarkowane ilości zielonej herbaty przyjmują wraz z nią średnio od 90 do 300 mg EGCG. Dla porównania, w przypadku suplementów diety dzienna dawka tego związku może sięgać nawet 1000 mg.

W związku ze stwierdzonym ryzykiem zdrowotnym wynikającym z nadużywania suplementów diety z zielonej herbaty EFSA skierowała do Komisji Europejskiej rekomendacje, które proponują zwiększenie obowiązkowego zakresu informacji podawanych na ich opakowaniach w UE (odnośnie zawartości katechin oraz ryzyka związanego z ich nadmiernym spożyciem).

Tego samego, tyle że od konkretnego producenta suplementów, domaga się wspomniany wcześniej Jim McCants, który walczy o to na drodze sądowej.

Dlaczego suplementy z zielonej herbaty mogą być groźne

Są one bardzo popularne w wielu krajach świata, w tym również w Polsce. I nic dziwnego, bo reklamuje się je jako remedium na wiele powszechnie występujących dolegliwości. Ich producenci sugerują, że pomagają m.in. zwalczać otyłość, zbijać zły cholesterol, „wymiatać” wolne rodniki, wzmacniać odporność i koncentrację, zmniejszać ryzyko nowotworów czy udarów. Najczęściej jednak ekstrakt z zielonej herbaty jest składnikiem suplementów mających wspomagać odchudzanie.

Choć większość ludzi zażywa te suplementy bez uszczerbku dla zdrowia, a być może nawet z korzyścią, to jednak nie sposób zaprzeczyć, że niektórym osobom one szkodzą. Dlaczego tak się dzieje? Tego naukowcy niestety wciąż nie są do końca pewni i postulują prowadzenie dalszych badań nad tą kwestią. Podejrzewają, że wpływ na to, czy suplementy szkodzą komuś, czy nie, mają zarówno czynniki wewnętrzne (np. genetyczne), jak i zewnętrzne (np. sposób korzystania z suplementów).

Jedno jest pewne. Podwyższone ryzyko uszkodzenia wątroby występuje u osób, które przyjmują zieloną herbatę w formie najbardziej skoncentrowanych ekstraktów – podkreśla prof. Herbert Bonkovsky, badacz chorób wątroby z amerykańskiej Wake Forest University School of Medicine, który analizuje uszkodzenia związane z suplementami z zielonej herbaty już od blisko 20 lat.

Specjalista zwraca uwagę na jeszcze jeden możliwy mechanizm zwiększający ryzyko toksycznego działania EGCG.

– Zazwyczaj ludzie biorą ekstrakt z zielonej herbaty próbując zrzucić zbędne kilogramy, co wiąże się z tym, że często też mało wtedy jedzą (powstrzymują się od jedzenia). A z badań na zwierzętach wiemy, że wyposzczone osobniki wchłaniają znacznie większą ilość katechin aniżeli zwierzęta opasłe – mówi prof. Herbert Bonkovsky.

Podsumowując, również w odniesieniu do zielonej herbaty można przywołać liczącą setki lat sentencję autorstwa Paracelsusa: Omnia sunt venena, nihil est sine veneno. Sola dosis facit venenum, czyli: „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni truciznę”. Przyjmując jakiekolwiek suplementy diety, także te z zielonej herbaty, warto więc zachować zdrowy rozsądek i umiar, a najlepiej przed zaordynowaniem sobie takich specyfików skonsultować się z lekarzem.

Źródło: Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Suplementy na serce tylko pod okiem specjalisty

tablets-1001224_1920-copy

 

Chore serce? Zażywanie przepisanych leków to elementarna konieczność, podobnie jak odpowiednia dieta i dawka ruchu. Z suplementów zaś tylko te wskazane przez lekarza.

Takie priorytety – czyli dobry styl życia jako podstawa, oraz stosowanie się do zaleceń lekarskich w sprawie leków i suplementów, zwiększają skuteczność leczenia.

Stosowanie suplementów w kardiologii, jak w każdej innej dziedzinie budzi kontrowersje. Panuje w tej kwestii spore zamieszanie, gdyż zdarza się, że te same substancje (chociaż w innych dawkach) klasyfikowane mogą być jako suplementy diety lub trzeba je rejestrować jako leki.

Przykładem jest chociażby koenzym Q10, który w dużych dawkach zarejestrowany jest w kilku krajach jako lek na receptę.

– Jak najbardziej należy zgodzić się z taką „ewolucją rejestracyjną” tej substancji, bowiem niedawno w badaniu Q-SYMBIO wykazano, że dawki 3 x 100 mg dziennie, przedłużają życie pacjentom z niewydolnością serca – mówi prof. Krzysztof J. Filipiak z I Katedry i Kliniki Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Czym różni się suplement diety od leku

Lek – leczy, zaś suplement jest dodatkiem do żywności. Inna jest procedura rejestracyjna. W przypadku leku jego producent musi przedstawić rezultaty wiarygodnych badań klinicznych na hodowlach komórkowych, zwierzętach i ludziach sprawdzających sposób działania substancji, jej skuteczność i bezpieczeństwo stosowania. Takiego obowiązku nie ma przy rejestracji suplementu diety. Skład, wygląd, ewentualnie konsystencja leku jest ściśle określona i wszelkie odstępstwa w tej mierze skutkują najczęściej wycofaniem danej partii leku z rynku. Takich obostrzeń nie ma co do suplementów diety.

Wyjaśnia, że wysokość zalecanej dawki zależy od danych rejestracyjnych w danym kraju. Podaje przykład kwasów omega-3 – innej substancji funkcjonującej na rynku bądź jako suplement diety (małe dawki np. 200-300 mg ) lub jako lek (duże dawki – 1000 mg).

Jak obniżyć poziom cholesterolu i zapobiec powstawaniu skrzeplin

Towarzystwa naukowe starają się porządkować wskazania dla stosowania nowych preparatów sięgając do opinii specjalistów.

– W piramidzie modyfikującej lipidogram podstawą są działania niefarmakologiczne związane ze zmianą stylu życia – zaleca się więc pacjentowi więcej ruchu, próbę zmniejszenia masy ciała, stosowanie prawidłowej diety, dołączenie żywności funkcjonalnej, czyli np. szeroko reklamowane w środkach masowego przekazu margaryny obniżające stężenie cholesterolu. Kolejnym krokiem jest zalecenie preparatu sprzedawanego w aptece bez recepty jako suplement diety, ale wpływającego na stężenie cholesterolu – monakoliny, która jest produktem naturalnym pozyskiwanym z czerwonego ryżu drożdżowego czy wyciągu z bergamoty – rodzaju dzikiej pomarańczy bogatej w polifenole – wyjaśnia prof. Filipiak.

Jak tłumaczy, monakolinę – w sensie mechanizmu działania – można ją uznać za naturalną statynę.

– Efekty jej stosowania potwierdza Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, który określił optymalną dawkę jej stosowania – 10 mg na dobę. Dopiero następny szczebel piramidy to statyny – czyli leki przepisywane przez lekarza – dodaje kardiolog.

1

– W piramidzie metod wpływu na agregację, czyli zlepianie płytek krwi, które może prowadzić do powstawania niebezpiecznego skrzepu blokującego przepływ krwi w naczyniach, również zaczynamy od metod niefarmakologicznych, takich jak ruch i dieta, wspominamy o korzystnym wpływie niektórych produktów żywnościowych, szczególnie tych zawierających witaminę E (oleje roślinne: słonecznikowy, sojowy, rzepakowy, kukurydziany, kiełki pszenicy, produkty pełnoziarniste, migdały, orzechy laskowe, jajka, mleko, warzywa zielone takie jak brukselka, kapusta, czy szpinak). Zanim dotrzemy na szczyt piramidy, gdzie znajduje się kwas acetylosalicylowy zwany popularnie aspiryną i inne leki przeciwpłytkowe, wymieniamy pierwszy zarejestrowany produkt – suplement diety – preparat wyciągu aktywnych substancji z pomidora” – wyjaśnia dalej prof. Filipiak.

2

Ostrożnie z potasem i magnezem

Spośród wszystkich witamin, szczególną atencją kardiologów darzona jest witamina D. Praktycznie tylko dla tej witaminy dostępne są meta-analizy badań sugerujące jej korzystny wpływ u chorych z chorobami krążenia – jej stosowanie wydaje się zmniejszać śmiertelność sercowo-naczyniową.

– Ostrożny byłbym z suplementami diety uzupełniającymi potas, gdyż wiele współczesnych leków kardiologicznych spiętrza jego stężenie w organizmie. Stąd jego uzupełnianie nie jest już tak istotne jak dawniej – ostrzega kardiolog.

Specjaliści pozostają również sceptyczni co do uzupełniania magnezu.

– Wbrew temu, że jest to chyba najczęściej reklamowany obecnie suplement diety, brak jest przekonywujących danych naukowych, które potwierdzałyby, że jego uzupełnianie poprawia rokowanie w chorobach sercowo-naczyniowych czy pomaga w prewencji zawału serca. Wiele przed nami badań, aby odpowiedzieć na te pytania – wyjaśnia.

Trzeba też pamiętać, że prawidłowo zbilansowana dieta dostarcza odpowiednich i wystarczających ilości magnezu. Problem może pojawić się w przebiegu niektórych chorób, np. jelit, kiedy nie tylko magnez, ale i inne składniki mogą nie wchłaniać się z przewodu pokarmowego. Wówczas jednak nie należy na własną rękę brać suplementów, ale udać się do lekarza i leczyć przyczynę zjawiska. Zwłaszcza, że także suplementy, przyjmowane niepotrzebnie, mogą skutkować działaniami niepożądanymi. Np. zbyt dużo magnezu to ryzyko biegunki.

 

Monika Wysocka (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

 

 

 

 

 

Polska jedynym krajem w UE z obowiązkiem szczepień?

vaccination-2722937_1920-copy

To MIT! Obowiązek szczepień mają m.in. Francja i Włochy, zaś w krajach, w których takiego obowiązku nie ma, istnieje szereg zachęt oraz nieprzyjemnych konsekwencji, jeśli dziecka nie poddaje się szczepieniom.

We Włoszech jeszcze dwa lata temu nie było obowiązku szczepień, ale po wzroście zachorowań na choroby, które wcześniej dzięki szczepieniom zostały niemal wyeliminowane, wprowadzono dekret o obowiązku szczepień dzieci przeciwko 10 chorobom. Wzrost zachorowań na choroby zakaźne we Włoszech związany był przede wszystkim ze wzrastającą popularnością ruchów antyszczepionkowych i spadkiem wysokiej wcześniej wyszczepialności.

Jarosław Pinkas, krajowy konsultant ds. zdrowia publicznego, w trakcie debaty sejmowej nad obywatelskim projektem ustawy zmierzającym do zniesienia obowiązku szczepień ochronnych w Polsce wskazał, że we Francji, w której obowiązkowe były szczepienia jedynie przeciw trzem chorobom zakaźnym (poliomyelitis oraz błonicy i tężcowi), od 2018 roku obowiązkowe stały się szczepienia przeciw jedenastu chorobom zakaźnym.

Taka decyzja władz Francji była podyktowana niebezpiecznym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, przed którymi chronią szczepienia – przede wszystkim na odrę.

Pinkas zwrócił uwagę, że w wielu krajach świata nie przewiduje się wprawdzie obowiązku szczepień, jednak szczepionki są w pełni refundowane dla osób ubezpieczonych, a ponadto istnieje wiele  mechanizmów zwiększających nacisk na to, by dzieci były szczepione. Jeden z popularniejszych to odmowa przyjęcie dziecka nieszczepionego do szkoły lub przedszkola.

Specjalista przypomniał, że np. w Niemczech rodzice pod groźbą kary finansowej są zobowiązani do odbywania spotkań z lekarzem i rozmów na temat szczepień. Podobny obowiązek istnieje w Stanach Zjednoczonych, Australii czy Francji. Ponadto, w Stanach Zjednoczonych, Francji, Australii czy Kanadzie dzieci nieszczepione mogą zostać nieprzyjęte do szkoły. Ale na tym nie koniec. Na przykład w Australii, w ramach programu o nazwie „Nie kłujesz, nie płacimy”, obniża się zasiłek rodzinny, wtedy gdy dziecko nie jest szczepione.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com