Szczepienia: coraz większy galimatias w głowach?

vaccination-2722937_1920-copy

Mity o szczepieniach trzymają się mocno. Z roku na rok rośnie liczba odmów szczepienia dzieci. Największe opory mają młode matki.

73 procent Polaków uważa, że szczepionki są bezpieczne. To mniej więcej tyle samo, ile było cztery lata temu (74 proc.) – wynika z najnowszego raportu „Polacy o obowiązku szczepienia dzieci” Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS).

Wydawałoby się, że to dużo. Niestety, to nie jest oszałamiający i – co najważniejsze – bezpieczny wynik. Żeby szczepienia wytworzyły tzw. odporność zbiorowiskową (odporność populacyjną), w zależności od choroby musi być zaszczepione od 80 do 95 proc. całego społeczeństwa. Na przykład w przypadku odry powinno to być 90-95 proc. całej populacji.

Czy Polacy wątpią w szczepienia?

CBOS po raz drugi w historii (pierwszy raz zrobił to w 2013 roku) sprawdził stosunek Polaków do obowiązku szczepień.

W naszym kraju rośnie liczba odmów  wykonania szczepień, warto więc śledzić trendy związane z tym zjawiskiem. W latach 2006-2010 było ich 4 tys. rocznie, w latach 2011-2015 ich liczba wzrosła z 5 do 16 tysięcy, zaś w zeszłym roku osiągnęła poziom 23 tys.

Nic dziwnego, że z roku na rok zwiększa się liczba przypadków odry (szczepionki z nią związane rzekomo mają powodować autyzm). W 2016 było ich 132, o 84 więcej niż rok wcześniej!

Choć generalnie odsetek Polaków uważających, że szczepionki są bezpieczne się nie zmniejsza, niepokoi spadek odsetka osób zdecydowanie zgadzających  się z tą opinią. Cztery lata temu było ich 25 proc.; dziś jest 22 proc.

– Ten spadek może trochę niepokoić. Proszę jednak zwrócić uwagę, jak duży jest odsetek respondentów w kategorii: „trudno powiedzieć” przy punktach, które mówią, że szczepionki mogą powodować autyzm. Aż jedna trzecia osób ma wątpliwości! – mówi autorka badania Magdalena Gwiazda z CBOS.

Tymczasem już dekadę temu ponad wszelką wątpliwość wykluczono możliwość jakiegokolwiek wpływu szczepień na rozwój autyzmu, a naukowiec, od którego fałszerstwa zaczął się ten mit, został dożywotnio wykluczony ze społeczności lekarskiej m.in. ze względu na liczne naruszenia etyki lekarskiej.

Rodzica portret własny

W świetle otrzymanych wyników przeciętny rodzic to osoba, która z jednej strony  docenia dobrodziejstwo szczepionek, a z drugiej się ich obawia.

– Słyszy szum wywoływany przez ruchy antyszczepionkowe, bo bardzo łatwo się natknąć na tego typu informacje na forach internetowych. Nawet jeśli rodzic racjonalnie wie, że powinien zaszczepić dziecko, to budzi się w nim nieracjonalny lęk – mówi Magdalena Gwiazda.

Według niej, problemem w tym przypadku może być z jednej strony brak powszechnie dostępnych źródeł informacji o szczepieniach i pośpiech lekarzy zakładających, że wiedza Polaków o szczepionkach jest dostateczna, a z drugiej – wzmożona aktywność ruchów antyszczepionkowych.

Na pytanie: „Czy rodzice szczepionych dzieci są w dostateczny sposób informowani na temat skutków ubocznych szczepionek” zaledwie 15 proc. osób odpowiedziało „zdecydowanie tak”. (spadek o 3 proc. od 2013 roku).

I choć odsetek osób odmawiających szczepień w ogólnej populacji jest stosunkowo niski (jedynie 3 proc. dorosłych Polaków twierdzi, że co najmniej raz ich dziecko nie zostało poddane obowiązkowemu szczepieniu), to nie są to dane bezwarunkowo optymistyczne. Najczęściej o  nieszczepieniu dzieci mówią bowiem młode matki – co ósma w wieku 24-35 lat zadeklarowała, że przynajmniej raz uchyliła się od szczepienia malucha.

– To bardzo niepokojące zjawisko, dlatego, że są to osoby, które jeszcze mogą mieć kolejne dzieci, które też mogą zostać niezaszczepione – mówi Gwiazda.

W tym przypadku jest duże ryzyko, że liczba odmów będzie rosnąć.

Jak przekonać nieprzekonanych?

– Jeśli chcemy mieć pewność, że czerpiemy wiedzę z rzetelnego źródła informacji, to sprawdźmy, kto za nim stoi. Jeśli instytucja publiczna, szpital lub przychodnia, możemy być prawie pewni, że informacja znajdująca się na danej stronie www jest prawdziwa. Uwaga też na informacje podszyte spiskowymi teoriami i prostymi rozwiązaniami oraz odpowiedziami – wyjaśnia dr Karolina Zioło-Pużuk z kampanii „Zaszczep się wiedzą” – Pytać należy też lekarzy, nawet jeśli wielokrotnie zmartwiony rodzic chce pytać o to samo – nie ma co się wstydzić. Zawsze lepiej „zamęczać” pytaniami lekarza, niż paść ofiarą szarlatanów w sieci – dodaje.

Zdaniem wielu ekspertów, na portalach antyszczepionkowych jest sporo nierzetelnych i wprost nieprawdziwych informacji (np. można się dowiedzieć, że twórca mitu o autyzmie uzyskał ponownie prawo wykonywania zawodu, co nie jest prawdą – można to sprawdzić na portalu brytyjskiej organizacji zrzeszającej lekarzy).

Wyniki najnowszych badań CBOS-u niosą jednak pewną nadzieję. Pomimo wzrostu liczby odmów szczepienia dzieci, w ciągu ostatnich czterech lat ogólny stosunek Polaków do obowiązkowych szczepień się poprawił: wzrósł odsetek osób uważających, że szczepionki są potrzebne, celowe i dobrze działają. Na pytanie, czy szczepienia są najskuteczniejszym sposobem ochrony dzieci przed poważnymi chorobami twierdząco odpowiada 86 proc. badanych (w 2013 roku było to 79 proc.).

– Osoby, które szczepią oraz uważają szczepionki za ważne osiągnięcie medycyny, pod wpływem rosnącej dezinformacji ze strony ruchów antyszczepionkowych coraz częściej mówią o swoich wyborach i są z nich dumni. Na pozór wydaje się, że bycie „oczytanym” antyszczepionkowcem jest atrakcyjne, a tak naprawdę to postawa czasem ryzykowna i naiwna – dodaje dr Karolina Zioło-Pużuk.

Szczepimy swoje dzieci i jesteśmy z tego dumni? – czemu nie.

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Jak się odzwyczaić od cukru?

candy-3200857_1920-copy

Cukier szybko dodaje energii i poprawia nastrój, ale tylko na krótką metę. Choć lista przykrych skutków nadużywania cukru jest długa i znana, to jednak niełatwo go odstawić. Dowiedz się, jak skutecznie zerwać ze słodkim nałogiem.

Nie ma się co oszukiwać. Wszyscy lubimy słodycze. Jedni w formie domowych ciast lub nadziewanych czekoladek, a inni w postaci lodów, sorbetów czy słodzonych napojów. Niestety, duża część z nas spożywa słodycze w nadmiarze, co negatywnie odbija się nie tylko na naszych kieszeniach, lecz przede wszystkim na zdrowiu.

Ponieważ poskromienie apetytu na słodycze to dla większości ludzi naprawdę trudna sprawa, poprosiliśmy dietetyka o praktyczne i sprawdzone rady, jak skutecznie poradzić sobie z tym wyzwaniem.

Cukrowy odwyk: co jest dozwolone, a czego unikać

– Aby wyzwolić się z cukrowego nałogu trzeba nastawić się na długą i żmudną walkę. Nie da się tego osiągnąć w sposób nagły, szokowy. Najlepiej odzwyczajać się od cukru stopniowo. Na przykład jeśli ktoś słodzi herbatę trzema łyżeczkami cukru, to najpierw powinien zredukować liczbę łyżeczek do dwóch, potem do jednej, aż w końcu będzie gotowy do opcji zero cukru. Naukowcy dowiedli, że najkrótszy czas niezbędny do uzyskania trwałej zmiany złego nawyku żywieniowego to 28 dni – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz, dietetyczka z Instytutu Żywności i Żywienia.

Co najmniej tyle trzeba wytrzymać, żeby osiągnąć przełom, ale oczywiście potem też nie jest wcale łatwo, zważywszy na otaczającą nas wszędzie liczbę słodkich pokus i okazji towarzyskich.

– W rzuceniu cukru pomaga też regularne spożywanie posiłków. Chroni nas to przed gwałtownymi skokami poziomu glukozy we krwi i napadami wilczego głodu. Pamiętajmy, że w głodzie nasz organizm może rozpaczliwie wołać o cukier, gdyż jest on łatwo dostępnym, smacznym i do tego najszybciej działającym źródłem energii – tłumaczy Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Dietetyczka podkreśla, że w zwalczaniu słodkiego nałogu ważny jest też skład naszej diety.

– Jeśli zamienimy biały chleb na pieczywo pełnoziarniste, to zawarty w nim błonnik zwiększy nasze uczucie sytości oraz spowolni wchłanianie glukozy, przez co będziemy mieć mniejszą pokusę, aby sięgnąć po dodatkową przekąskę. W zmniejszaniu apetytu na słodycze może też pomóc suplementacja chromu, choć lepiej nie robić tego na własną rękę, lecz pod okiem lekarza lub doświadczonego dietetyka – radzi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

A co z owocami? Czy można się nimi bezkarnie zajadać?

– Owoce zawierają naturalne cukry, mogą więc, spożywane w nadmiarze, stanowić czynnik ryzyka rozwoju nadwagi i otyłości. Ale większość owoców oprócz cukrów zawiera też błonnik, który hamuje ich wchłanianie w układzie pokarmowym. Dlatego owoce zawsze stanowią lepszy wybór od soków owocowych, które pod względem zawartości cukrów często niewiele odbiegają od popularnych, słodzonych napojów gazowanych (np. typu cola). Jeśli już ktoś lubi soki, to najlepiej, aby sięgał po te świeżo wyciskane, z cząstkami miąższu – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Specjalistka podkreśla, że jeszcze lepiej, aby były to koktajle, a więc zmiksowane całe owoce.

– Generalnie, jeśli nie mamy nadwagi ani otyłości, to owoce możemy spożywać bez ograniczeń – zaleca dietetyczka.

A co z lodami, po które w rozpoczynającym się letnim sezonie będziemy coraz częściej sięgać?

– Z dietetycznego punktu widzenia nie można o nich powiedzieć prawie nic dobrego. Klasyczne lody stanowią najgorsze możliwe połączenie: dużej ilości tłuszczów z dużą ilością cukrów. Warto uświadomić sobie, że takie połączenie składników nie występuje nigdzie w przyrodzie w sposób naturalny. Jeśli już chcemy się ochłodzić w lecie, to sięgnijmy po schłodzone owoce albo koktajle czy musy przygotowane na bazie świeżych owoców – radzi dietetyczka.

Zdrowa słodycz: czym najlepiej zastąpić cukier?

Na szczęście natura dostarcza nam wielu słodkich alternatyw dla cukru.

– Jeśli ktoś zastanawia się czym zastąpić cukier w potrawach, aby nadać im odrobinę słodkości, to polecam ksylitol, który nie podnosi poziomu glukozy we krwi albo stewię. Niestety, wbrew temu co sądzi wiele osób, cukier brązowy, miód czy syrop klonowy nie są dobrymi zamiennikami zwykłego cukru. Ich działanie na nasz organizm jest niemal identyczne – ostrzega Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Specjalistka podkreśla, że każdy, kto dba o swoje zdrowie powinien sprawdzić indeks glikemiczny (IG) swojej diety (wskazuje on, jak szybko i mocno różne pokarmy podnoszą stężenie glukozy we krwi, generalnie im mniejszy IG tym lepiej).

– Kiedy zajrzy się do tabel pokazujących ładunek IG poszczególnych produktów spożywczych można się przekonać, że cukier i biała mąka z punktu widzenia fizjologii ludzkiego organizmu są bardzo podobne i w efekcie stwarzają dla naszego zdrowia podobne ryzyko. Problem w tym, że cukier i białe bułeczki szybko i mocno podnoszą poziom glukozy we krwi – ostrzega dietetyczka.

Czy cukier uzależnia?

Okazuje się, że szczególnie ciężko łasuchom jest się odzwyczaić od słodyczy czekoladowych.

– A to dlatego, że poza cukrem, zawierają one również inne substancje pobudzające i wywołujące przyjemne doznania, takie jak np. teobramina, fenyloalanina, no i oczywiście tłuszcz, który jest nośnikiem smaku (wszystkie trzy występują w kakao) – tłumaczy Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Fakt, że wielu ludzi nie może się powstrzymać od jedzenia słodyczy wiąże się właśnie z dużą przyjemnością, którą one wywołują.

– Dowody naukowe wskazują, że cukier uzależnia, wpływając na mózg i stymulując wydzielanie tzw. hormonów szczęścia: dopaminy, serotoniny i endorfin. Cukier spożywczy, czyli sacharoza, zawierający glukozę i fruktozę, działa na mózg pobudzająco. Po spożyciu cukru nasz mózg bardzo szybko otrzymuje zastrzyk energii, dzięki której lepiej pracuje. Warto wiedzieć, że obok nadnerczy i erytrocytów (czerwonych krwinek) mózg czepie energię tylko z glukozy – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Równie szybko glukoza trafia do wszystkich innych tkanek organizmu.

– Ale związane z tym pobudzenie i poprawa samopoczucia to efekt bardzo krótkotrwały. Stężenie glukozy we krwi bowiem równie szybko spada, wskutek działania insuliny, czego efektem jest gwałtowny spadek energii – wyjaśnia dietetyczka.

Miłość do słodyczy wyssaliśmy z mlekiem matki

Omawiając mechanizmy, które przyczyniają się do popadania ludzi w słodki nałóg nie można pominąć jednego, wręcz fundamentalnego.

– Ludzie szybko uzależniają się od cukru również dlatego, że ma on przyjemny, słodki smak. A trzeba wiedzieć, że jest to pierwszy smak, który poznajemy w naszym życiu, jako że mleko matki zawiera cukier mleczny, czyli laktozę, przez co ma słodki smak. Zwłaszcza siara, czyli pierwsze mleko matki, wydzielane tuż po urodzeniu dziecka, jest bardzo słodkie. Mimo to, z wielu względów, dzieciom nie powinno się podawać cukru, ani słodzonych cukrem produktów – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Specjalistka podkreśla, że do trzeciego roku życia najsilniej kształtują się ludzkie nawyki żywieniowe, które potem coraz trudniej zmienić.

– Udowodniono, że złe nawyki żywieniowe nabyte w pierwszych latach życia najłatwiej jest zmienić do 10 roku życia. Potem jest z tym coraz większy problem, m.in. z uwagi na różne uwarunkowania środowiskowe i kulturowe. Niektórzy eksperci sugerują też, że przed 10. rokiem życia najsilniej na nawyki żywieniowe dzieci wpływają ich ojcowie, a po 10 roku życia matki – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Nadmierne spożycie cukru: czym grozi?

Powodów, dla których warto ograniczyć spożycie cukru jest bardzo wiele.

– Gdy spożywamy cukier zbyt często i w zbyt dużych ilościach to komórki naszego organizmu mogą się uodpornić na działanie insuliny (nazywamy to insulinoopornością), co w dalszym efekcie przyczynia się m.in. do rozwoju cukrzycy i chorób naczyniowo-sercowych. Kiedy zbyt dużo niezagospodarowanego cukru krąży we krwi, szybko odkłada się on w formie tkanki tłuszczowej – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Negatywnych skutków zdrowotnych nadmiernego spożycia cukru jest jednak znacznie więcej:

  • wywołuje lub zwiększa stany zapalne w organizmie,
  • sprzyja rozwojowi próchnicy zębów,
  • przyczynia się do rozwoju nadwagi i otyłości,
  • hamuje wchłanianie witamin z grupy B, etc.

– Jeszcze raz przypomnę, że nadmiar cukru w naszym organizmie prędzej czy później odłoży się nam w postaci tkanki tłuszczowej. Pół biedy, jeśli będzie to tkanka tłuszczowa podskórna. Gorzej, jeśli nadmiar spożywanych kalorii będzie odkładał się nam w formie tłuszczu trzewnego, a więc takiego, który osadza się na naszych narządach wewnętrznych. Ten ostatni jest bardzo groźny dla naszego zdrowia, zaburzając pracę tych narządów, a także wywołując lokalny lub uogólniony, przewlekły stan zapalny – konkluduje Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Recepta na utrzymanie wagi

salad-3304346_1920-copy

Nie dieta i głodówki, lecz regularne posiłki pozwalają utrzymać stałą masę ciała. Przynajmniej, kiedy jest się w okolicach 30-tki – dowodzą badania fińskich naukowców pod kierunkiem Ulli Kärkkäinen z uniwersytetu w Helsinkach.

Utrzymanie stałej wagi ciała stanowi nie lada wyzwanie, zwłaszcza, kiedy wyprowadzamy się z domu, rozpoczynamy samodzielne życie, zakładamy rodzinę i pojawiają się dzieci. Jak wynika z dotychczasowych badań, czas tuż przed i po 30-ce, może być krytyczny, jeśli chodzi o „łapanie” nadprogramowych kilogramów. Co ważne, przybieranie na wadze w tym okresie życia jest powiązane ze zwiększonym ryzykiem śmierci, dlatego warto go unikać.

Badacze z Helsinek postanowili sprawdzić co sprawia, że w okolicach  30-tki ludzie mają tendencję do tycia. W tym celu wykorzystali dane pochodzące z trwających kilkadziesiąt lat badań fińskich bliźniąt. Osoby te urodziły się między 1974 a 1979 rokiem, było ich ponad 4,9 tys. Ochotnicy ci wypełniali ankiety w odstępie 10 lat, kiedy mieli średnio 24 i 34 lata. Kwestionariusze obejmowały dane m.in. dotyczące wagi, sposobów odżywiania się, stosowanych diet, regularności spożywanych posiłków, picia alkoholu, satysfakcji z życia, stanu zdrowia, poziomu edukacji i liczby posiadanych dzieci oraz aktywności fizycznej.

Okazało się, że w ciągu 10 lat większość badanych przybrała na wadze (63,9 proc. kobiet i 73,2 proc. mężczyzn, odpowiednio średnio 9,2 i 10,3 kilograma). Tylko 7,5 proc. kobiet i 3,8 proc. mężczyzn straciło na wadze.

Analiza zebranych danych ujawniła, że bardziej niż stosowanie rozmaitego rodzaju diet, w utrzymywaniu wagi pomaga po prostu regularne spożywanie posiłków. – Często ludzie starają się zapobiegać „łapaniu” nadprogramowych kilogramów  i zapanować nad przybieraniem na wadze poprzez stosowanie różnych diet oraz pomijanie posiłków. Jednak w dłuższej perspektywie, takie postępowanie zdaje się przyspieszać tycie – mówi Ulla Kärkkäinen.

W przypadku kobiet dodatkowym czynnikiem zwiększającym ryzyko przybierania na wadze było urodzenie dziecka, regularna konsumpcja słodzonych napojów oraz ogólny brak zadowolenia z życia. U mężczyzn takim dodatkowym czynnik stanowiło palenie papierosów.

Z kolei aktywność fizyczna w przypadku kobiet oraz wyższe wykształcenie i większa masa ciała wyjściowa u mężczyzn wpływały na zmniejszenie ryzyka tycia. – Generalnie, zalecenia związane z zachowaniem odpowiedniej wagi sprowadzają się o tego, by jeść mniej i ćwiczyć więcej. W praktyce, ludzie są zachęcani do odchudzania się, jednakże wyniki naszych badań wskazują, że utrata zbędnych kilogramów, w dłuższej perspektywie nie jest efektywnym sposobem na utrzymanie wagi – mówi Ulla Kärkkäinen.

Badania przeprowadzone w 2014 roku przez Centrum Badania Opinii Społecznej dowodzi, że 26 proc. Polaków stosuje jakąś dietę. Według fińskiej uczonej, choć odchudzanie się zdaje się być logicznym rozwiązaniem w przypadku problemów z wagą, ostatecznie może prowadzić do zaburzeń odżywiania się i przyspieszenia procesu „łapania” dodatkowych kilogramów.

Z jej badań wynika, że zamiast na traceniu na wadze, lepiej jest skupić się na spożywaniu regularnych posiłków, dbaniu o samopoczucie i bardziej ogólnie – znalezieniu sobie celu w życiu. Regularne i pełne posiłki  podtrzymują naturalne biologiczne funkcje ciała oraz pomagają zachować zdrowie w każdym z jego aspektów.

– Nasze odkrycia pokazują, że cały proces utrzymywania wagi mógłby zostać usprawniony, gdyby uwzględnić indywidualne różnice między ludźmi i  dostrzec czynniki, które wpływają na ich samopoczucie oraz pojmowanie sensu życia – podsumowuje Ulla Kärkkäinen.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Obolały jak Polak

depression-2734073_1920-copy

Jak zdrowi czują się Polacy? Ponad 58 proc. z nas ocenia swój stan zdrowia jako dobry lub bardzo dobry. Ale to wynik znacznie gorszy od średniej dla UE. Okazuje się, że Polacy najczęściej w Europie skarżą się na ból.

Z opublikowanych przez Eurostat, najnowszych danych na temat samooceny stanu zdrowia mieszkańców Unii Europejskiej (UE) wynika, że kondycja zdrowotna Polaków się pogarsza.

Zacznijmy od tego, że 67,5 proc. mieszkańców Unii Europejskiej ocenia stan swojego zdrowia jako dobry lub bardzo dobry, podczas gdy w Polsce odsetek ten wynosi tylko 58,5 proc. Dla porównania, w najlepszej pod tym względem Irlandii wskaźnik ten sięga aż 82,8 proc.

Na tym jednak nie koniec kiepskich wieści. Okazuje się, że od 2008 r. znacząco wzrósł w Polsce odsetek osób, które zmagają się z chorobami przewlekłymi. W 2008 r. przyznawało się do takich problemów 30,9 proc. Polaków, a w 2016 r. już 36,3 proc. Dodajmy, że średnia dla całej UE to 33 proc., ale np. we Włoszech wskaźnik ten wynosi niespełna 15,2 proc.

Mimo to, pod względem ogólnej samooceny stanu zdrowia oraz występowania chorób przewlekłych, wcale nie wypadamy w Europie najgorzej – gorsze wyniki od nas notują m.in. Portugalia czy Estonia.

Niestety, w wynikach badań sondażowych Eurostatu jest coś szczególnie niepokojącego, co dotyczy Polski. Okazuje się, że w jednym niechlubnym rankingu, tuż obok Słoweńców, wypadamy zdecydowanie najgorzej w Europie. Chodzi o odczuwanie bólu.

Realny problem czy polskie malkontenctwo?

Aż 31 proc. Polaków zadeklarowało odczuwanie umiarkowanego, silnego lub bardzo silnego bólu, w ciągu czterech tygodni poprzedzających sondaż. Gorzej od nas pod tym względem wypadli tylko Słoweńcy, z wynikiem sięgającym blisko 32 proc. Tymczasem, dla porównania, średnia dla całej UE wyniosła 24,9 proc., podczas gdy np. na Malcie wskaźnik ten osiągnął zaledwie 14,2 proc., a w Czechach 18 proc.

Dlaczego Polska tak bardzo odstaje pod tym względem od większości krajów UE?

– Niestety, nie wiemy tego. Analizowaliśmy potencjalny wpływ różnych czynników specyficznych dla Polski, takich jak położenie geograficzne (klimat) czy religia, ale nie znaleźliśmy przekonującego wyjaśnienia tego zjawiska. Jedno jest pewne. Jest to niestety tendencja dość stała. Różnica między Polską a całą UE utrzymuje się bowiem już od wielu lat – mówi dr Magdalena Kocot-Kępska, lekarka specjalizująca się w leczeniu bólu i sekretarz Polskiego Towarzystwa Badania Bólu.

Z wcześniejszych badań Eurostatu wiadomo, że już w 2002 r. na poważne dolegliwości bólowe skarżyło się 27 proc. Polaków, podczas gdy średnia dla całej UE wynosiła 20 proc.

Ale interpretując te dane, poza oceną skali i dynamiki występowania bólu, trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jeden bardzo ważny aspekt tego zagadnienia.

– Badania Eurostatu dotyczą bólu przewlekłego, a więc np. bólu stawów, pleców, kręgosłupa, mięśni, napięciowych bólów głowy, bólów w chorobach onkologicznych, bólów spowodowanych zwyrodnieniami. Często trudno jest znaleźć przyczynę bólu przewlekłego, a także ją usunąć – podkreśla Magdalena Kocot-Kępska.

Pewnym pocieszeniem może być fakt, że medycyna dysponuje dziś lekami przeciwbólowymi, które mogą skutecznie poprawić jakość życia chorych.

– Niestety, leczenie bólu w Polsce kuleje. Brakuje wystarczającej liczby poradni leczenia bólu. Teoretycznie taka poradnia powinna być w każdym szpitalu wojewódzkim, ale tak nie jest. Być może przyczynia się do tego fakt, że NFZ nisko wycenia tego typu świadczenia, a więc nie przynoszą one zysku szpitalom – ocenia Magdalena Kocot-Kępska.

Tymczasem, jak wskazuje badanie Eurostatu, problem jest ogromny, bo dotyczy około 8 mln Polaków.

– Duża część osób cierpiących z powodu przewlekłego bólu nie leczy go, choć powinna. Leczenie nie polega jednak tylko na podawaniu leków przeciwbólowych. U sporej części chorych pomóc mogłyby programy rehabilitacyjne, poprawiające kondycję układu mięśniowo-szkieletowego – mówi Magdalena Kocot-Kępska.

Pierwszą linią pomocy są oczywiście lekarze pierwszego kontaktu. Jeśli oni nie poradzą sobie z problemem to powinni kierować chorych do specjalistów: reumatologów, ortopedów czy neurologów. Jeśli i oni nie będą w stanie pomóc to chory powinien w końcu trafić do jednej z poradni leczenia bólu, w których pracują głównie anestezjolodzy, specjaliści opieki paliatywnej i neurolodzy.

– Niestety, w Polsce nie ma jeszcze w medycynie specjalizacji leczenia bólu, choć nasze środowisko od dawna postuluje potrzebę powstania takiej specjalizacji (medycyny bólu). Ból jest zjawiskiem powszechnym i ma wiele twarzy. Może być objawem choroby albo też chorobą samą w sobie – dodaje Magdalena Kocot-Kępska.

Czy styl życia wpływa na ryzyko wystąpienia bólu?

Biorąc pod uwagę dużą skalę problemu i związanego z nim cierpienia, szczególnie ważne jest zapobieganie bólowi przewlekłemu. Na szczęście jest ono możliwe.

– Kluczowe w profilaktyce są: utrzymywanie prawidłowej masy ciała lub jej redukcja w przypadku nadwagi i otyłości, a także umiarkowana, dostosowana do możliwości danej osoby, regularna aktywność fizyczna (bez przetrenowywania się). Warto uświadamiać ludzi, że najczęściej bóle przewlekłe są odległym skutkiem nadwagi i otyłości, siedzącego trybu życia i monotonnych, codziennie wykonywanych w pracy lub domu czynności – mówi Magdalena Kocot-Kępska.

Inni eksperci, do możliwych powodów bardzo częstego, deklarowanego występowania dolegliwości bólowych w Polsce, oprócz niedoboru specjalistów do spraw leczenia bólu czy rzadkiego stosowania silnych leków przeciwbólowych, dodają jeszcze jeden czynnik, niestety dość trudny do zmierzenia.

– Pewien wpływ na dane dotyczące odczuwanego bólu, zwłaszcza słabego i umiarkowanego, mogą też mieć czynniki subiektywne – sugeruje prof. Bogdan Wojtyniak, kierownik Zakładu Monitorowania i Analiz Stanu Zdrowia Ludności Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH).

Jego zdaniem, czynniki subiektywne mogą też mieć istotny udział w niezbyt dobrym wyniku ogólnej samooceny stanu zdrowia Polaków.

– Odkąd pamiętam, pod względem samooceny stanu zdrowia, Polacy zawsze wypadali znacznie gorzej od średniej dla całej UE. Ale pod względem rozpowszechnienia chorób przewlekłych i ograniczonego poziomu sprawności, różnice między Polakami a średnią unijną nie są już tak wyraźne. Rozdźwięk między danymi na temat ogólnej samooceny, a wspomnianymi wcześniej bardziej konkretnymi parametrami stanu zdrowia sugeruje, że być może na wynik tej samooceny wpływają in minus nasze cechy narodowe, takie jak np. skłonność do narzekania czy malkontenctwo – mówi prof. Bogdan Wojtyniak.

Mimo to, ekspert ostrzega przed bagatelizowaniem wyniku badań sondażowych Eurostatu.

– Choć dane na temat samooceny zawierają dużą dozę subiektywizmu, mimo wszystko należy je traktować poważnie. Zostało dowiedzione, że negatywna ocena własnego stanu zdrowia wyraźnie koreluje z podwyższonym ryzykiem zgonu – podkreśla prof. Bogdan Wojtyniak.

Infografika PAP / Serwis Zdrowie

Edukacja i zamożność wydłużają życie

Z badań Eurostatu oczywiście płynie też wiele innych ciekawych wniosków. Potwierdzają one m.in. znaną już od dawna tezę, że osoby gorzej wykształcone i mniej zamożne oceniają swój stan zdrowia gorzej oraz faktycznie są mniej zdrowe w porównaniu do osób o wysokim statusie społecznym i materialnym, posiadającym wyższe wykształcenie.

– Niestety, nierówności społeczne w dziedzinie zdrowia są w Polsce znacznie większe niż w krajach starej UE, a do tego nie zmniejszają się tak szybko jak byśmy tego chcieli. Do poprawienia sytuacji konieczne są rozwiązania systemowe, zgodne z rekomendowaną przez UE zasadą: zdrowie obecne we wszystkich politykach, która wskazuje, że nie da się osiągnąć znaczącej poprawy w dziedzinie zdrowia publicznego bez wdrożenia długofalowej i wielosektorowej strategii działania – podkreśla prof. Bogdan Wojtyniak.

Według niego, jednym z ważnych przejawów takiego podejścia jest ocena skutków zdrowotnych różnych przyjmowanych w danym kraju regulacji prawnych.

– W Polsce jest w tej dziedzinie jeszcze dużo do zrobienia – ocenia prof. Bogdan Wojtyniak.

Eksperta nie dziwi też zaobserwowany przez Eurostat wzrost występowania chorób przewlekłych w polskim społeczeństwie.

– Przyczyniają się do tego m.in. niekorzystne zmiany demograficzne, a więc przede wszystkim starzenie się polskiej populacji. W związku z tym nie należy się spodziewać znaczącej poprawy tego stanu rzeczy w kolejnych latach. Na szczęście, na stan zdrowia Polaków równolegle oddziaływać będzie też drugi, przeciwstawny trend. Mam na myśli, wzrost wczesnej wykrywalności i wyleczalności chorób, których efektem powinien być spadek śmiertelności oraz umieralności z powodu chorób przewlekłych – mówi prof. Bogdan Wojtyniak.

W tym kontekście warto dodać, że w efekcie szybkiego rozwoju medycyny nawet kojarzące się dotąd z pewną śmiercią nowotwory zaczynają już dziś być traktowane jako choroby przewlekłe.

– Oceniając aktualny stan zdrowia Polaków należy też wziąć pod uwagę odziedziczone po PRL zapóźnienie w tej dziedzinie, którego nie udało się nam niestety zbytnio nadrobić. Choć dużo się u nas poprawiło, to jednak kraje starej UE ciągle nam uciekają. Aby sytuacja się wyraźnie poprawiła, potrzebujemy zdecydowanie większych nakładów nie tylko na ochronę zdrowia, ale także na promocję zdrowia i profilaktykę chorób. Samym leczeniem nie zmienimy obecnego stanu rzeczy – rekomenduje prof. Bogdan Wojtyniak.

Zdaniem eksperta NIZP-PZH, promocja zdrowia do tej pory była w Polsce zbyt mało widoczna i skuteczna.

– W celu poprawy sytuacji warto m.in. lobbować za wprowadzeniem do szkół przedmiotu zdrowie, a także zachęcać jednostki samorządu terytorialnego do wdrażania programów zdrowia publicznego skierowanych do lokalnych społeczności. Wiadomo, że takie programy są bardziej skuteczne w odniesieniu do wybranych, mniejszych grup populacyjnych – radzi ekspert NIZP-PZH.

Bogdan Wojtyniak podkreśla, że za profilaktykę w tego rodzaju programach powinny odpowiadać kompetentne osoby. Jego zdaniem, specjalistów do spraw zdrowia publicznego w Polsce nie brakuje, ale dotąd zbyt rzadko byli oni zatrudniani zgodnie z kwalifikacjami.

– To musi się zmienić. Nie stać nas na to, aby promocją zdrowia i profilaktyką zajmowały się osoby przypadkowe – konkluduje prof. Bogdan Wojtyniak.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Salmonella – najczęściej na jajach kurzych, ale nie tylko

jaja-copy

Ginie w temperaturze 70 stopni Celsjusza, w namnażaniu się nie przeszkadza jej temperatura w lodówce, choć woli cieplejsze warunki. Główne miejsce jej zamieszkania to przewód pokarmowy drobiu. U ludzi powoduje dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Ale można się przed nią uchronić.

Jak? Poprzez właściwą higienę – własną i otoczenia, w którym przygotowujemy posiłki.

Gdzie występuje salmonella?

Najczęściej w przewodzie pokarmowym drobiu, a przez to na jego mięsie i jajach. – Ale może też znaleźć się na wieprzowinie – mówi dr Jacek Postupolski z Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny. Co gorsza, niewłaściwe postępowanie z zakażonymi produktami może spowodować przeniesienie się jej na inne produkty lub na kuchenne sprzęty i akcesoria.

W kontekście salmonelli zwykle słyszy się o jajach. Ale wskutek tego, że bakteria przenosi się w niewłaściwych warunkach na dowolne produkty, bywa, że służby sanitarne znajdują ją np. w… bazylii. Tak było w 2014 roku, kiedy z powodu zanieczyszczenia przyprawy tym patogenem producent musiał wycofać partie swojego produktu z obrotu. W tym roku salmonellę wykryto w paście typu tahini jednego z producentów.

Najwięcej jednak ostrzeżeń wydawanych przez GIS dotyczy jaj – w drugiej połowie tego roku wydał je w odniesieniu do jaj pochodzących z czterech różnych ferm kurzych.

Jak się chronić?

Ponieważ jaja i mięso to najczęstsze możliwe źródło zakażenia salmonellą, trzeba przestrzegać odpowiednich zasad przy ich obrabianiu i przygotowywaniu.

– Trzeba zacząć jednak od sprawdzenia, co kupujemy – mówi dr Postupolski.

Zatem nie można wkładać do koszyka opakowań z jajkami zabrudzonymi i/lub uszkodzonymi.

– Po przyjściu do domu jajka trzeba wstawić do lodówki w pojemniku, w którym je kupiliśmy. W ten sposób ograniczamy ryzyko, że bakterie przeniosą się w inne miejsca lub na inne produkty – wyjaśnia ekspert.

Jak groźna jest Salmonella?

Salmonella jest odpowiedzialna za większość zatruć pokarmowych w Polsce i Europie. W 2015 r.  zarejestrowano ponad 8,5 tys. zachorowań z jej powodu.

Mięso także trzeba rozpakowywać dopiero przed jego przyrządzeniem.

– Kiedyś zalecano mycie mięsa. Badania wykazały jednak, że podczas mycia bakterie mogą przedostać się na zlew, blat, naczynia, zmywak i tak dalej, a przez to tworzyć się może wtórne ognisko zakażenia – mówi dr Postupolski.

Dlatego też, jeśli mięso lub jajka mają zostać poddane obróbce termicznej – gotowanie, pieczenie, smażenie itd. – nie należy ich myć. Po rozbiciu jajka skorupki trzeba wyrzucić natychmiast do kosza, a ręce wymyć pod bieżącą, jak najcieplejszą wodą z detergentem.

Kiedy kąpiel dla jajek?

Przed dodaniem jajek do kremów, majonezów i tym podobnych produktów (takich, w których jajka są zjadane na surowo), należy jaja sparzyć.

Jeśli chodzi o mięso, trzeba je jeść wtedy, kiedy nie po nakłuciu wypływający sos nie ma barwy różowej lub czerwonej. Surowe jadamy na własną odpowiedzialność.

– Nie podawajmy jednak surowego mięsa dzieciom, osobom w trakcie rekonwalescencji, z zaburzeniami odporności, w trakcie choroby – przestrzega ekspert.

Chodzi o to, że system odpornościowy u tych osób jest osłabiony i może nie poradzić sobie z obroną przed liczbą patogenów, z którą bez problemu radzi sobie organizm zdrowy. Żeby doszło do zakażenia, potrzebne jest bowiem spełnienie wielu warunków, m.in. otrzymanie w pożywieniu dawki infekcyjnej, a zatem odpowiedniej liczby bakterii.

Ważne!

Objawy chorobowe zatrucia salmonellą występują zwykle 6-72 godzin od zakażenia. To m.in. gorączka, ból brzucha, biegunka, czasami nudności i wymioty. U niemowląt i małych dzieci oraz osób starszych choroba może przebiegać ciężko ze zmianami w narządach wewnętrznych.

Dr Postupolski zwraca też uwagę, że produkty zawierające surowe jaja, a zatem domowy majonez, ciasta z kremem z jajkami itp. należy zjadać stosunkowo szybko po przygotowaniu.

– Jedna czy dwie bakterie nam nie zaszkodzą, do zakażenia potrzebna jest ich większa ilość. Trzymanie produktów z surowymi jajkami w lodówce nie chroni nas dostatecznie: Salmonella rozmnaża się nawet w warunkach dość niskiej temperatury – takiej, jaka panuje w lodówce. Z tego powodu każdego dnia przetrzymywania tego typu produktów w lodówce może tych bakterii przybywać – mówi.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.comSalmonella

Wszystko co musisz wiedzieć o witaminie D

wit-d-copy

Zdecydowana większość Polaków ma jej niedobór. Może się to objawiać m.in. bólami mięśni i stawów, kiepskim samopoczuciem oraz częstymi infekcjami. Dowiedz się jak bezpiecznie uzupełnić braki witaminy D, nazywanej też często witaminą słońca.

Witamina D, wbrew powszechnej opinii, nie jest wcale jednorodną substancją. To tak naprawdę zespół różnych związków chemicznych, spośród których największe znaczenie mają: witamina D2 (ergokalcyferol) i witamina D3 (cholekalcyferol). Wskutek przemian biochemicznych zachodzących w naszym organizmie, na bazie cholekalcyferolu, powstaje najważniejsza z punktu widzenia zdrowia, aktywna postać witaminy D3, czyli kalcytriol.

Organizm człowieka wytwarza witaminę D3 pod wpływem promieni słonecznych, dlatego też często nazywa się ją witaminą słońca.

Ale ludzie coraz rzadziej się dziś opalają, a przy opalaniu najczęściej stosują kremy z filtrem, które ograniczają dostęp promieniowania ultrafioletowego typu B do naszej skóry (jest ono niezbędne do syntezy tej witaminy). To właśnie ograniczona ekspozycja naszej skóry na słońce, w połączeniu z dietą ubogą w produkty zawierające witaminę D (np. tłuste ryby, jaja, grzyby), najczęściej prowadzą do jej niedoborów.

Niestety, skutki tego mogą być naprawdę groźne.

Co może wskazywać na niedobór witaminy D w organizmie?

Prof. Marek Ruchała, endokrynolog z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu ostrzega, że niedobór witaminy D u dzieci, może prowadzić do krzywicy. Objawy niedoboru witaminy D u dzieci mogą być bardzo różne – począwszy od nadmiernej potliwości i płaczliwości, aż po częste infekcje i poważne deformacje ciała.

– Natomiast u osoby dorosłej, objawami niedoboru witaminy D są często bóle mięśniowe, bóle stawowe, ogólne złe samopoczucie i częste infekcje. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z kobietami w okresie menopauzalnym, kiedy to ochronne działanie estrogenów przestaje funkcjonować – mówi prof. Marek Ruchała.

Z badań wynika, że aż 90 proc. Polaków ma niedobór witaminy D. Skutecznym rozwiązaniem może być więc jej suplementacja.

– Obecne rekomendacje zalecają przyjmowanie tej witaminy we wszystkich grupach wiekowych. Natomiast szczególnie jest to istotne u osób w wieku podeszłym, gdzie synteza skórna witaminy jest zaburzona, u osób z upośledzonym wchłanianiem, np. w zaburzeniach wątroby lub nerek, a także u niemowląt i u dzieci, szczególnie w okresie wzrostu. Jeżeli chodzi o zalecany okres przyjmowania, to na pewno od września do kwietnia jest to szczególnie istotne – mówi dr hab. Agnieszka Bienert, farmaceutka z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Ekspertka podkreśla, że witamina D nie działa doraźnie i dlatego nie ma sensu przyjmować jej dużych dawek np. w okresie infekcji.

– Działa ona na poziomie komórki, przede wszystkim w mechanizmie genowym i to są procesy, które dość długo trwają. Witamina D reguluje wiele ważnych funkcji, ale to wymaga czasu, często miesięcy, a nawet lat – mówi dr hab. Agnieszka Bienert.

Dlatego, powinniśmy się starać, żeby w naszym organizmie była stała ilość witaminy D.

Eksperci podkreślają, że jej działanie jest bardzo szerokie. Nie tylko bierze udział w gospodarce wapniowo-fosforanowej, ale ma też działanie immunomodulacyjne (wpływa na funkcjonowanie układu odpornościowego), a według najnowszych doniesień ma wpływ również na płodność.

Suplementacja witaminy D: rekomendacje ekspertów

– Zalecane dawki witaminy D u osób dorosłych to 800 do 2000 jednostek międzynarodowych na dobę. Wyższe dawki są u osób otyłych, ciemnoskórych i pracujących na zmianach nocnych. Natomiast u dzieci od roku do 18 r.ż. jest to od 600 do 1000 j.m. – mówi dr hab. Agnieszka Bienert.

Choć witamina D jest generalnie uważana za mało toksyczną, to jednak zaleca się, aby nie przekraczać rekomendowanych dawek, a jej suplementację zawsze konsultować z lekarzem lub farmaceutą.

Na koniec warto dodać, że w opinii ekspertów, najlepiej kupować witaminę D w formie leku, a nie suplementu diety. Leki podlegają bowiem zdecydowanie większym rygorom kontrolnym i jakościowym, dzięki czemu ich skład zgadza się z ulotką i z informacją na opakowaniu.

– W przypadku suplementów diety nie mamy takiej gwarancji. Nie mają one również zbadanej dostępności biologicznej, więc nie wiemy dokładnie jak się wchłaniają – mówi dr hab. Agnieszka Bienert.

Jedno jest pewne. Witamina D jest niezbędna, a zatem powinniśmy świadomie zadbać o jej odpowiednią ilość nie tylko we własnym organizmie, ale także w organizmach naszych bliskich, zwłaszcza dzieci, kobiet w ciąży i seniorów.

– Witamina D jest witaminą życia. Jeżeli chcemy być zdrowi, to powinniśmy to zdrowie budować także przy pomocy witaminy D – konkluduje prof. Marek Ruchała.

Warto o tym pamiętać i jak najczęściej korzystać ze słońca w czasie nadchodzącej wiosny.

 

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Nadmiar soli szkodzi sercu i mózgowi

salt-1778597_1920-copy

Lubisz jeść słone przekąski? Często dosalasz potrawy na swoim talerzu? Uważaj, bo możesz zachorować nie tylko na nadciśnienie, ale i raka żołądka, osteoporozę czy demencję.

Z okazji obchodzonego w marcu Światowego Tygodnia Walki z Nadmiernym Spożyciem Soli (World Salt Awareness Week), lekarze na całym świecie przypominają, że sól spożywcza (chlorek sodu), konsumowana w nadmiarze, zwiększa ryzyko wystąpienia wielu groźnych chorób.

Co to znaczy konsumowana w nadmiarze? Przypomnijmy, że według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), bezpieczny poziom spożycia wynosi maksymalnie 5 gramów soli dziennie, co odpowiada jednej płaskiej łyżeczce od herbaty. Dodajmy, że 5 gramów soli kuchennej zawiera w przybliżeniu około 2000 mg sodu.

Rekomendowany powyżej limit spożycia na osobę dotyczy łącznej ilości soli pochodzącej ze wszystkich możliwych źródeł, a więc zarówno tej, którą sami dodajemy do potraw (dosalanie), jak też zawartej w przetworzonych produktach spożywczych (tzw. sól ukryta, bo niewidoczna gołym okiem).

Niewielka ilość soli (a ściślej zawartego w niej sodu) jest niezbędna dla utrzymania prawidłowego funkcjonowania organizmu człowieka. W przypadku dorosłych osób, do zaspokojenia tego zapotrzebowania wystarczy zaledwie 1 gram soli dziennie, a w przypadku dzieci jeszcze mniej. Tymczasem, większość dorosłych spożywa każdego dnia średnio 7 do 10 gramów soli. W tym kontekście warto pamiętać, że sól kuchenna nie jest jedynym źródłem sodu w naszej diecie. Innych, naturalnych źródeł tego pierwiastka jest bardzo wiele, np. marchew, buraki, woda mineralna czy mięso. W efekcie, niedobory sodu u ludzi występują bardzo rzadko.

Dla wielu z nas, sól to cichy zabójca

„Dowody naukowe wskazują, że regularne spożywanie nadmiaru soli zwiększa ryzyko rozwoju nadciśnienia tętniczego, które jest główną przyczyną udarów mózgu, a także jedną z głównych przyczyn zawałów i niewydolności serca” – ostrzegają specjaliści, reprezentujący różne dziedziny medycyny, zrzeszeni w międzynarodowej organizacji World Action On Salt and Health (WASH), która jest organizatorem Światowego Tygodnia Walki z Nadmiernym Spożyciem Soli (działalność WASH wspiera już blisko 600 członków ze 100 krajów świata).

Na liście problemów zdrowotnych, związanych z nadmierną konsumpcją soli, znajduje się jednak znacznie więcej groźnych chorób czy powikłań. Eksperci WASH ostrzegają, że nadmiar soli przyczynia się również do rozwoju osteoporozy, raka żołądka, chorób nerek, w tym m.in. kamicy nerkowej, a także otyłości.

Ponadto, dieta bogata w sól zaostrza przebieg takich chorób, jak np. cukrzyca czy astma.

Choć, jak wcześniej wspomniano, nadmiar soli najbardziej szkodzi naszemu sercu i układowi krążenia, warto jednak dodać, że dieta bogata w sól negatywnie wpływa także na naszą percepcję, przyczyniając się do rozwoju demencji.

Demencja, inaczej zwana otępieniem, jest zespołem objawów wskazujących na poważne upośledzenie funkcji poznawczych człowieka (np. myślenia, pamięci, uwagi, kontroli emocji, etc.).

Jak nadmiar soli prowadzi do otępienia?

Według ekspertów, najczęstszą przyczyną demencji jest choroba Alzheimera. Drugim w kolejności, najważniejszym czynnikiem ryzyka rozwoju demencji są naczyniopochodne uszkodzenia mózgu, które prowadzą do tzw. otępienia naczyniowego. Okazuje się, że uszkodzenia tego rodzaju są bardzo często powiązane z nadmiernym spożyciem soli.

„Otępienie naczyniowe, które wywołują zatory powstające w naczyniach krwionośnych mózgu, może wystąpić nagle, w następstwie dużego udaru mózgu, lub też może rozwijać się przez dłuższy czas, wskutek serii mikroudarów. Nadciśnienie oraz dieta bogata w sól, mające związek z udarami, są zatem ważnymi czynnikami ryzyka otępienia naczyniowego” – podkreślają eksperci WASH.

Naukowcy szacują, że udar mózgu dwukrotnie zwiększa ryzyko wystąpienia otępienia naczyniowego, a jedna na trzy osoby spośród tych, które przeszły udar, faktycznie zapada na ten rodzaj otępienia.

„Wiele badań naukowych potwierdziło związek pomiędzy wysokim ciśnieniem krwi notowanym w średnim wieku, a późniejszym występowaniem demencji w starszym wieku. Ograniczenie konsumpcji soli na wcześniejszych etapach życia, wraz z regularną kontrolą ciśnienia tętniczego, mogą więc być rekomendowane, jako ważny sposób zapobiegania demencji” – czytamy w materiałach edukacyjnych WASH.

Na tym jednak nie koniec. Dowiedziono również, że nadmiar soli w diecie zaostrza przebieg samej choroby Alzheimera. Z badań wiadomo też, że ograniczenie spożycia soli jest szczególnie ważne w przypadku osób mało aktywnych fizycznie.

„Badania wykazały, że w grupie mało aktywnej fizycznie, osoby z niższym spożyciem soli, w dłuższej perspektywie, prezentowały się lepiej pod względem funkcji poznawczych od osób, które jadły dużo soli” – piszą eksperci WASH.

Jak odzwyczaić się od soli

Eksperci przekonują, że ograniczenie spożycia soli, choć z początku wydaje się trudne, w końcu zwykle się udaje i to na trwałe. Jak to zrobić?

„Z biegiem czasu, każdy z nas przyzwyczaja się do określonego poziomu słonego smaku. Kiedy więc drastycznie obniżymy ilość soli w pokarmach, z początku odczujemy, że jedzenie smakuje gorzej, albo wręcz, że jest bez smaku. Ale już po około 3 tygodniach nasze kubeczki smakowe przystosowują się do obniżonego poziomu soli, stając się po prostu bardziej wrażliwe na słony smak, dzięki czemu przy mniejszej ilości soli można mieć zbliżone doznania smakowe do wcześniejszych” – zachęcają eksperci WASH.

W tym trudnym dla naszych kubeczków smakowych okresie przejściowym, fachowcy zalecają „dosmaczać” potrawy innymi, bardziej prozdrowotnymi przyprawami, takimi jak: świeże i suszone zioła, pieprz, chili czy cytryna.

„I nie dajcie się nabrać na coraz bardziej modne, rzekomo lepsze, rodzaje soli. Niezależnie od tego czy sól jest różowa czy czarna, w formie kryształków czy płatków, to ciągle ma ona taki sam wpływ na nasze ciśnienie, jak standardowa sól stołowa” – piszą znawcy tematu z WASH.

Eksperci zwracają też uwagę na fakt, że do produktów o bardzo wysokiej zawartości soli, poza typowymi słonymi przekąskami (np. chipsami) czy fast foodami (jak np. pizza, hot-dogi, frytki), należą także: liczne rodzaje serów, wędliny, konserwy, przetwory warzywne i rybne, uniwersalne mieszanki przyprawowe, kostki rosołowe, sosy oraz pieczywo.

Na koniec warto przypomnieć, że 13 grudnia 2016 r., w Polsce (i innych krajach Unii Europejskiej) weszły w życie przepisy, zobowiązujące firmy do podawania na opakowaniach produktów żywnościowych informacji o ilości zawartej w nich soli. Dzięki temu zyskaliśmy możliwość dokonywania bardziej świadomych wyborów żywieniowych oraz kontrolowania konsumowanej ilości soli. Robiąc zakupy dla siebie i bliskich warto o tym pamiętać i sprawdzać nie tylko datę przydatności produktu do spożycia, ale także jego skład i wartość odżywczą.

Źródło: Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Najzdrowsze produkty spożywcze świata

almonds-1768792_1920-copy

Surowe migdały, czerymoja i karmazyn atlantycki – to zdaniem naukowców trzy najlepsze, pod względem wartości odżywczej, pokarmy na ziemi. Ale uwaga! Nawet najzdrowsze produkty w nadmiarze mogą nam zaszkodzić.

Dietetycy, lekarze i kucharze od dawna próbują zaprojektować idealną, zbilansowaną dietę, która pomogłaby w walce z najważniejszymi problemami zdrowotnymi trapiącymi ludzi, a także pomogła nam dożyć w dobrym zdrowiu sędziwego wieku. W związku z tym, na świecie opracowano już wiele różnych modeli optymalnego żywienia, często wyrażanych w formie graficznej – np. piramid lub talerzy żywieniowych. Cały czas powstają jednak nowe koncepcje i narzędzia, mające pomóc ludziom w dokonywaniu lepszych wyborów żywieniowych.

Jednym z takich narzędzi, zyskującym ostatnio na popularności, są rankingi produktów spożywczych o szczególnych walorach żywieniowych i zdrowotnych – jak np. ranking NF (skrót od nutritional fitness), opracowany niedawno przez międzynarodowy zespół naukowców z Korei Południowej (Pohang University of Science and Technology) oraz USA (University of Illinois). Ranking ten został opublikowany w czasopiśmie naukowym Plos One.

Zdrowie na widelcu: komputer prawdę ci powie

Wspomniany zespół naukowców, ocenił pod względem wartości żywieniowej i zdrowotnej blisko tysiąc różnego rodzaju, surowych, nieprzetworzonych produktów spożywczych z całego świata, używając do tego zaawansowanych, komputerowych metod analitycznych.

Celem tej analizy było wskazanie produktów, które z uwagi na swoją wartość odżywczą (m.in. zawartość kluczowych witamin i mikroelementów, profil kwasów tłuszczowych, istotne kombinacje występujących w nich składników odżywczych), najlepiej nadają się do stosowania w zdrowej, zbilansowanej diecie, czyli mają duży potencjał zaspakajania potrzeb żywieniowych człowieka.

Autorzy analizy sugerują, że pokarmy, które uzyskały wysokie pozycje w tym rankingu, spożywane regularnie w połączeniu z innymi, nie tylko mogą tworzyć wyjątkowo pożywną dietę, która zaspokaja zapotrzebowanie organizmu na wszystkie niezbędne składniki odżywcze, ale też, dietę, która jednocześnie nie stwarza ryzyka spożycia zbyt dużej ilości poszczególnych składników (przekroczenia określonych norm i limitów). Analiza wskazuje więc produkty mające optymalną zawartość kluczowych składników odżywczych (nutrient balance).

„Trzy pokarmy, które uzyskały najwyższy wynik NF, to: migdały, czerymoja i karmazyn atalntycki” – czytamy w artykule pod tytułem Uncovering the nutritional landscape of food, prezentującym wyniki analizy.

Produkty te zanotowały oceny bliskie ideału, sięgające od 0,97 do 0,89 punktu, gdzie 1 było wynikiem maksymalnym, a średni wynik wszystkich produktów wyniósł 0,30. Dla porównania mięso z kurczaka otrzymało notę 0,18, orzeszki arachidowe 0,16, a miąższ kokosa zaledwie 0,07.

Na kolejnych miejscach w zestawieniu (po wspomnianej wyżej czołowej trójce) znalazły się: ryby flądrokształtne (flatfish) z wynikiem 0,88, nasiona chia (0,85), pestki dyni (0,84), a także boćwina (burak liściowy), z wynikiem 0,78.

Na dobry wynik poszczególnych produktów w rankingu NF wpływ miała m.in. zawartość takich składników jak: cholina, witamina D, kwas linolowy i kwas alfa-linolenowy (naukowcy wyróżnili te składniki jako szczególnie znaczące – bottleneck nutrients). Pełną listę produktów z tego obszernego rankingu oraz kryteriów ich oceny, można znaleźć w załącznikach do cytowanego artykułu naukowego.

Ale poza wskazaniem konkretnych, wyjątkowo pożywnych pokarmów, autorzy analizy dają nam też cenne wskazówki ogólne, odnośnie dokonywania korzystnych wyborów żywieniowych, w obrębie kluczowych grup produktów.

„W kategorii żywności bogatej w białko, produkty należące do grupy ryb, wątróbek oraz nabiału, miały przeciętnie wyższy wskaźnik NF od produktów z grupy wieprzowina, wołowina czy drób. W kategorii żywności bogatej w tłuszcze, orzechy i nasiona oleiste miały wyższy NF niż tłuszcze zwierzęce. W kategorii żywności bogatej w węglowodany, owoce miały z reguły korzystniejszy NF niż ziarna zbóż i roślin strączkowych. W kategorii żywności nisko-kalorycznej, warzywa, a także należące do przypraw ostre papryczki i pieprze (peppers), mają wyższy NF niż zioła i inne przyprawy” – czytamy w artykule koreańsko-amerykańskiego zespołu naukowców.

Migdały rządzą? Nie dajmy się zwariować rankingom

Z pewnością, pod wpływem lektury tego czy innego, podobnego rankingu, część osób dbających o zdrowie i zdrowe żywienie, zechce zmodyfikować swoją listę codziennych lub cotygodniowych zakupów spożywczych. Czy to naprawdę dobry pomysł?

– Na naszą dietę powinniśmy patrzeć całościowo, zamiast skupiać się na drobiazgowej analizie poszczególnych produktów spożywczych. Moim zdaniem, tego rodzaju rankingi, wskazujące różne wysoko odżywcze produkty, tzw. superfoods, nie stanowią uniwersalnej odpowiedzi na potrzeby żywieniowe każdego człowieka. Nie ma jednego produktu który dostarcza wszystkich niezbędnych witamin i składników mineralnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz, dietetyk z Instytutu Żywności i Żywienia.

Mimo to, jej zdaniem, warto wskazywać produkty o wysokiej „gęstości” odżywczej, czyli bogate w różnego rodzaju składniki odżywcze i je spożywać.

– Ale to czy ich udział w diecie przyniesie korzyści zdrowotne zależy od całościowego sposobu żywienia. Ogólnie niezdrowa dieta, uzupełniona tylko o superfoods, np. zielony koktajl na bazie jarmużu, pozostaje niezdrową dietą. Taki koktajl nie stanowi rozgrzeszenia na wcześniej zjedzonego hamburgera, z frytkami i colą – ocenia dietetyczka.

Ekspertka podkreśla, że dużo zależy również od ilości spożywanych produktów.

– Nawet jeżeli coś jest wysoko odżywcze, to nie oznacza wcale, że możemy jeść tego do woli. Nawet zdrowe produkty w nadmiarze szkodzą, np. migdały bogate w wapń i jednonienasycone tłuszcze są bardzo energetyczne, jarmuż zawiera szczawiany i goitrogeny, a wodorosty zbyt dużo jodu. Ważna jest więc całościowa, dobrze zbilansowana dieta, prawidłowa ilość poszczególnych składników, a także regularność ich spożywania – tłumaczy Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Rankingi tzw. super żywności należy traktować z dystansem również dlatego, że żywność może mieć bardzo różną jakość, nawet w obrębie tej samej kategorii produktowej.

– Z pewnością, nieco inne właściwości i oddziaływanie na organizm będzie mieć jarmuż rosnący przy ruchliwej drodze od tego, który jest uprawiany w gospodarstwie ekologicznym. Inny będzie jarmuż kupiony prosto od rolnika od tego, który kupimy w markecie zapakowany w plastikowe torebki. Inny będzie surowy od poddanego obróbce termicznej – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

W tym kontekście, zwraca ona jeszcze uwagę na aspekt wzajemnej interakcji poszczególnych składników odżywczych oraz stopnia ich wchłaniania w organizmie.

– Każdy z nas inaczej przyswaja poszczególne składniki (dużą rolę odgrywa tu m.in. kondycja naszych jelit) i ma też różne zapotrzebowanie na nie (zmienia się ono np. w okresie ciąży). Dlatego polecam spożywanie bogatej odżywczo żywności w oparciu o zalecenia zawarte w Piramidzie Zdrowego Żywienia i Aktywności Fizycznej IŻŻ oraz zdrowy rozsądek – konkluduje Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Przypominamy, że aktualne piramidy żywieniowe dla dorosłych, dzieci oraz seniorów można znaleźć na stronach internetowych Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej oraz Instytutu Żywności i Żywienia.

Źródło: Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Nie ma uniwersalnego przepisu na zdrowie

medical-563427_1920-1-copy

Reklamy leków i suplementów diety mogą sugerować, że każdą chorobę czy dolegliwość można pokonać za pomocą odpowiedniej pigułki. Ale z badań wynika, że nawet znane leki, dla wielu pacjentów, często okazują się nieskuteczne.

Współczesna medycyna potrafi skutecznie leczyć wiele groźnych chorób i zna wiele metod na ich zapobieganie. Ale w przypadku niektórych pacjentów, nawet standardowe, dobrze poznane i sprawdzone metody leczenia czy profilaktyki nie dają pożądanego efektu. Dlaczego tak się dzieje i jakie metody terapeutyczne byłyby dla takich pacjentów bardziej odpowiednie?

Na tego rodzaju pytania stara się odpowiedzieć nowa, interdyscyplinarna gałąź nauk medycznych – zwana medycyną personalizowaną, precyzyjną lub stratyfikowaną. I choć jest to dziedzina wciąż stosunkowo młoda, o czym świadczy choćby fakt, że nie ma jeszcze jej powszechnie przyjętej i obowiązującej na całym świecie definicji, to jednak specjaliści ds. zdrowia publicznego zgodnie przyznają, że stanowi ona przyszłość medycyny.

O potrzebie jej rozwoju świadczą m.in. bardzo konkretne argumenty oraz dane epidemiologiczne, przedstawione przez ekspertów, podczas III Międzynarodowego Forum Medycyny Personalizowanej, które odbyło się 5 marca br. w Warszawie.

Terapie przyszłości: uszyte na miarę danej osoby

– Ludzie mogą w bardzo różny sposób reagować na ten sam lek. Odsetek pacjentów, dla których dany lek okazuje się nieskuteczny, może być całkiem wysoki. Na przykład, w przypadku leków antydepresyjnych wynosi średnio 38 proc., a w przypadku leków onkologicznych może sięgać nawet 75 proc. – mówił Denis Horgan, dyrektor zarządzający Europejskiej Koalicji Medycyny Personalizowanej (European Alliance for Personalized Medicine), podczas swojego wykładu w trakcie forum.

Warto dodać, że w przypadku leków na astmę, wskaźnik ten sięga średnio 40 proc., na cukrzycę – 43 proc., na artretyzm – 50 proc., a na chorobę Alzheimera – 70 proc.

Rozwój medycyny personalizowanej, której nieodzownym i głównym elementem jest pogłębiona diagnostyka (obejmująca m.in. badania genetyczne), mógłby pomóc w trafniejszym doborze zarówno metod profilaktycznych, jak i leków, poprzez ich precyzyjne dopasowanie do indywidualnych potrzeb i ograniczeń konkretnego pacjenta.

– Rozwój choroby, jej przebieg i odpowiedź na leczenie są procesami bardzo zróżnicowanymi, które mogą przebiegać odmiennie u różnych pacjentów. Zastosowanie precyzyjnej diagnostyki molekularnej, opisującej schorzenia m.in. poprzez wskazanie charakterystycznych dla niego genów, pomoże dobrać indywidualne leczenie do konkretnego pacjenta, w odpowiednim czasie. Dzięki medycynie personalizowanej pacjent staje się centrum zainteresowania nowej kultury opieki zdrowotnej – mówił dr Grzegorz Cessak, prezes Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.

Dr hab. Dariusz Śladowski, z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, przekonywał, że coraz częściej produkty lecznicze będą wykonywane na zamówienie konkretnego pacjenta, w oparciu o jego własne komórki, które będą ważnym elementem spersonalizowanego produktu leczniczego. Podstawą rozwoju tego rodzaju zaawansowanych terapii ma być precyzyjna diagnostyka genetyczna.

Zawód przyszłości: bioinformatyk

Biorący udział w forum eksperci zwrócili uwagę na fakt, że z rozwojem medycyny personalizowanej wiąże się też szereg problemów i wyzwań natury prawnej czy etycznej. Chodzi m.in. o kwestie gromadzenia, przetwarzania, ochrony i wykorzystywania „wrażliwych” danych pacjentów. Eksperci zwrócili też uwagę na fakt, że pozyskana dzięki pogłębionej diagnostyce wiedza nie zawsze będzie mogła być natychmiast przełożona na konkretne działania terapeutyczne, a to z braku określonych, związanych z tym procedur i standardów medycznych. Jest to bowiem wciąż młoda gałąź medycyny, za którą nie nadąża system prawny, system edukacji i system opieki zdrowotnej.

O tym, jak bardzo medycyna personalizowana jest skomplikowana i jak wiele różnego rodzaju danych o pacjentach generuje, świadczyć może np. projekt MOBIT (dotyczący diagnostyki i terapii raka płuca), realizowany przez Uniwersytet Medyczny w Białymstoku.

Okazuje się, że samo tylko poznanie genomu danej osoby nie wystarczy. To dopiero wstęp do personalizowanej diagnostyki medycznej.

– W celu dobrania odpowiedniej, spersonalizowanej terapii onkologicznej, konieczne jest wcześniejsze zebranie i przeanalizowanie ogromnej ilości danych o konkretnym pacjencie i jego chorobie nowotworowej (kompleksowa bioinformatyczna analiza danych wielkoskalowych). Dane te obejmują m.in.: genom, transkryptom, proteom i metabolom tkanek pochodzących z guza oraz krwi i moczu, ale także dane środowiskowe czy dietetyczne – mówi prof. Marcin Moniuszko, Kierownik Zakładu Medycyny Regeneracyjnej i Immunoregulacji z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Na koniec warto dodać, że choć medycyna personalizowana to w dużej mierze wciąż melodia przyszłości i obszar innowacyjnych projektów badawczych, to jednak pewne elementy nowoczesnej diagnostyki genetycznej i molekularnej są już dziś w Polsce powszechnie stosowane, np. w przypadku leczenia i profilaktyki niektórych chorób hematologicznych czy raka piersi.

Przypomnijmy, że każda Polka, która ma tzw. „obciążony wywiad rodzinny” w kierunku ryzyka wystąpienia dziedzicznego raka piersi lub jajnika, może skorzystać z testów na obecność najczęściej związanych z tym mutacji genów (BRCA1 i 2) w bezpłatnych, państwowych, onkologicznych poradniach genetycznych – na podstawie skierowania od lekarza rodzinnego. W każdym województwie jest przynajmniej jedna taka poradnia działająca w ramach NFZ.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Szczupli też mogą mieć wysoki cholesterol

young-woman-2699780_1920-copy

Nie tylko osoby otyłe, odżywiające się niewłaściwie i mało aktywne fizycznie mogą mieć wysoki poziom cholesterolu. Takie wyniki badań mogą być również wynikiem choroby genetycznej.

Życie pisze przedziwne scenariusze. Wyobraźmy sobie młodą, niespełna 20-letnią szczupłą dziewczynę, którą ni stąd, ni zowąd zaczynają boleć ścięgna Achillesa. Ból – największy rano – staje się z czasem nie do zniesienia, nie pomagają silne leki z grupy opioidów. Ścięgna są twarde, napięte, mało elastyczne. W końcu dziewczyna przestaje chodzić.

Pacjentką opiekują się ortopedzi, którzy podejrzewając ostry stan zapalny ścięgien, zakładają jej kolejne blokady sterydowe. Bez skutku. W końcu decydują się na operacyjne otwarcie  ścięgna, żeby zobaczyć co się tam dzieje. I okazuje się, że odkładają się w nim złogi cholesterolu.

Po tym zabiegu dziewczyna dostaje skierowanie do internisty. Badania ujawniają, że poziom cholesterolu całkowitego wynosi u niej 279 (norma wynosi 190). Dostaje leki, które pomagają, ale po pewnym czasie zarzuca ich branie.

Ból ścięgna Achillesa powraca po kilkunastu latach. Tym razem cholesterol całkowity wynosi 360. Pacjentka trafia pod opiekę specjalisty, który przepisuje statyny obniżające poziom cholesterolu.

Diabeł tkwi w szczegółach

– Im jakoś szczegół jest bardziej błahy i śmieszny, tym bardziej zasługuje na zbadanie. To samo wydarzenie, które na pozór tylko komplikuje sprawę, rozważone i umiejętnie wykorzystane, najprawdopodobniej posłuży do jej wyjaśnienia – mówi prof. Marlena Broncel z Kliniki Chorób Wewnętrznych i Farmakologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, która opiekuje się opisaną powyżej pacjentką. – Tak było w przypadku bolących ścięgien Achillesa, które były jedynym objawem większego schorzenia.

Wywiad rodzinny przeprowadzony z pacjentką ujawnił, że jej ojciec zmarł tuż po 40-tce na zawał serca, a matka także cierpi z powodu podwyższonego cholesterolu. Te dane, jak i wyniki badań plus objawy odnotowane u kobiety, sugerowały, że może ona cierpieć na hipercholesterolemię rodzinną. To najczęstsza choroba genetyczna występująca w Polsce. Ocenia się, że może na nią cierpieć nawet 200 tys. osób, a zdiagnozowanych jest około 1 procenta. Zwiększa ona 20-krotnie ryzyko wystąpienia chorób  sercowo-naczyniowych, w tym miażdżycy czy choroby niedokrwiennej serca.

– W tym przypadku wszystko wskazywało na to, że mamy do czynienia z hipercholesterolemią rodziną. Należało ją potwierdzić badaniami genetycznymi, ponieważ pacjentka miała dwójkę małych dzieci, które też mogły być chore, zwłaszcza, że u obydwu odnotowaliśmy wysoki poziom cholesterolu – mówi prof. Broncel.

Badania DNA wykazało u pacjentki najczęściej spotykaną w Polsce zmianę genetyczną związaną z hipercholesterolemią rodzinną –  mutację genu receptora cholesterolu LDL. (Są jeszcze znane dwie  – apolipoproteiny B i konwertazy proproteinowej subtiliziny/kexyny typ 9. Taką samą mutację znaleziono u dzieci.

Obniżyć cholesterol za wszelka cenę

Jak zatem leczyć schorzenie uwarunkowane genetyczne i zapobiec chorobom układu krążenia? – Staramy się farmakologicznie obniżyć cholesterolu LDL poniżej 100. Warto też dopilnować właściwej diety i zdrowego trybu życia: cukrzyca, nadciśnienie i palenie papierosów znacznie zwiększają ryzyko sercowo-naczyniowe – mówi prof. Broncel.

W przypadku dzieci, szybkie i właściwe rozpoznanie hipercholesterolemii rodzinnej także jest ważne, bo są leki, które umożliwiają leczenie już od 6 roku życia. Chodzi o to, żeby nie doszło u nich do rozwoju miażdżycy. Hipercholesterolemia rodzinna jest bowiem bardzo poważną chorobą, która może zabić, a leczona skutecznie, staje się mniej groźna i w miarę łatwa do opanowania.

Jeśli więc w naszej rodzinie występowały przypadki przedwczesnych śmierci z powodu chorób serca, wysoki cholesterol, warto zbadać poziom cholesterolu u siebie. Jeśli jest on wysoki, a przyczyną tego stanu rzeczy nie jest nieodpowiednia dieta czy niewłaściwy tryb życia (nadmierne spożywanie alkoholu, palenie papierosów, brak ruchu) należy przeprowadzić badania genetyczne potwierdzające lub wykluczające hipercholesterolemię rodzinną.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com