Utrata wagi szkodzi osobom z chorobą serca

scale-403585_1920-copy

Zwiększona aktywność fizyczna, a nie utrata wagi, pomaga osobom z chorobą niedokrwienną serca żyć dłużej. Ciekawe ustalenia norweskich naukowców dowodzą, że lepiej ćwiczyć niż chudnąć, by zachować zdrowie.

Standardowe zalecenia lekarskie mówią, że osoby ze schorzeniami układu krwionośnego powinny utrzymywać prawidłową wagę ciała (BMI mniejsze niż 25) oraz regularnie ćwiczyć. Tymczasem badania zespołu, w którym prym wiedli badacze z Norweskiego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Trondheim dowodzą, że ćwiczenia są ważniejsze dla zachowania zdrowia i, co więcej złapanie kilku nadprogramowych kilogramów, w momencie, gdy już mamy nadwagę, nie jest tak bardzo groźne.

Naukowcy analizowali dane pochodzące z badań HUNT – szeroko zakrojonych badań populacyjnych obejmujących około 125 tys. Norwegów. Z tej grupy naukowcy wybrali 3307 osób (1038) kobiet cierpiących na chorobę niedokrwienną serca. Losy tych pacjentów śledzono przez 30 lat. W tym czasie 1493 z nich zmarło i w przypadku 55 proc. śmierci przyczyną były choroby sercowo-naczyniowe.

Analiza danych przyniosła dość zaskakujące wyniki. Okazało się, że utrata wagi u osób chorych na serce zwiększa ogólne ryzyko przedwczesnej śmierci o 30 proc. Przybieranie na wadze nie ma takiego efektu. Kardiolodzy nazywają to zjawisko “paradoksem otyłości”. Już wcześniejsze badania wskazywały bowiem, że nadwaga a nawet otyłość mogą działać ochronnie w przypadku niektórych chorób serca.

Ćwicz na zdrowie
Okazało się również, że w przypadku chorych na serce, niezależnie od wagi, ochronnie działa aktywność fizyczna. Nawet taka poniżej zalecanych 150 minut umiarkowanego (lub 75 intensywnego) wysiłku fizycznego tygodniowo. Zmniejszona aktywność niweluje ryzyko śmierci o 19 proc. Natomiast w przypadku, gdy jest ona zgodna z zaleceniami – o 36 proc. (Oczywiście w porównaniu z osobami, które w ogóle nie ćwiczą.) – Nawet odrobina aktywności jest lepsza niż jej kompletny brak, ale pacjenci muszą utrzymać określony poziom aktywności przez dłuższy czas – mówi współautorka badań dr Trine Moholdt z Norweskiego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Trondheim.

Według niej pacjenci z chorobami serca często są w kiepskiej kondycji fizycznej, stąd nawet niezbyt intensywne zajęcia mogą być dla nich obciążające. Łatwo osiągnąć im stan intensywnego wysiłku. Ważne jest to, by się spocić, by oddech stał się na tyle krótki, by nie móc rozmawiać. Nie muszą więc ćwiczyć godzinami by uzyskać pożądany efekt.

Najgorsze co może się im przytrafić, to brak jakiegokolwiek ruchu. Zwłaszcza, jeśli są osobami z nadwagą lub otyłością. – Ćwiczenia mają zbawienny wpływ na wszystkie organy człowieka, mózg, serce, wątrobę, układ krwionośny i oczywiście mięśnie – dodaje dr Moholdt. Dlatego wysiłek fizyczny wskazany jest nie tylko osobom z chorobami serca.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Suplementacja witaminy C dobra na leczenie raka?

drink-3331913_1920-copy

Nie wiadomo! Choć prowadzono badania sprawdzające, czy witamina C wspomaga leczenie onkologiczne, wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Jest szansa, że uzyska ją zespół prof. Ryszarda Olińskiego z Collegium Medicum UMK, który prowadzi badania nad doustnym podawaniem witaminy C chorym na raka prostaty i białaczkę.

Profesor przyznaje, że dotychczasowe badania miały kontrowersyjne rezultaty – jedne potwierdzały skuteczność takiej suplementacji, inne – wprost przeciwnie.

Badania laboratoryjne wykazywały najczęściej, że podawanie dużych dawek witaminy C nie tylko spowalniało wzrost komórek wielu rodzajów nowotworów złośliwych, ale i ograniczało ich rozsiew. Były to jednak badania na liniach komórkowych, a te są dopiero wstępnym etapem sprawdzania, jak dana substancja działa.

Witamina C: przeciwwskazania

Badania na zwierzętach były jeszcze mniej jednoznaczne niż te laboratoryjne; niektóre z nich wykazały jednak, że witamina C pomaga niszczyć komórki nowotworowe. Inne jednak wskazywały, że witamina C wchodzi w interakcje z lekami przeciwnowotworowymi, w rezultacie doprowadzając do większego wzrostu guza niż wtedy, gdy podawane są klasycznie stosowane leki.

Potwierdzono też, że witamina C podnosiła jakość życia i poprawiała funkcjonowanie fizyczne osób chorych na nieuleczalne nowotwory.

Ale wykazano ponadto, że niektórym pacjentom podawanie witaminy C może wręcz zaszkodzić – zwłaszcza tym, którzy mają problemy z nerkami.

Były prowadzone także inne badania z udziałem ludzi, jednak na bardzo małych grupach uczestników, a zatem ich rezultaty nie dają pewności co do bezpieczeństwa i skuteczności suplementowania witaminy C u chorych onkologicznie.

Nic dziwnego zatem, że witamina C nie jest obecnie rekomendowana jako leczenie wspomagające przy nowotworach, ani tym bardziej – jako lek na raka.

Witamina C a nowotwory

Prof. Oliński wskazuje, że u wielu pacjentów chorych na nowotwory obserwuje się niedobór witaminy C. Badania jego zespołu mają sprawdzić, czy jest związek między poziomem witaminy C we krwi, a w komórkach prostaty oraz limfocytach B, a jeśli tak, to czy wskutek tego zmienia się poziom modyfikacji epigenetycznych DNA, czyli czy witamina C ma działanie przeciwnowotworowe.

Jedno jest pewne. W razie nowotworu pacjent we własnym interesie powinien poinformować lekarza prowadzącego o wszelkich planowanych modyfikacjach terapii polegających na samowolnym przyjmowaniu zarówno suplementów diety, jak i witamin, ziół czy leków. Leczenie przeciwnowotworowe może być na tyle obciążające, że nawet z pozoru niewinne, w 100 proc. naturalne zioła, mogą doprowadzić do szkodliwych interakcji i zniweczyć szanse na sukces terapii.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Stres niszczy męską płodność

man-921004_1920-copy

Długotrwały stres obniża ruchliwość plemników. By zwiększyć szanse na ojcostwo, trzeba wyluzować… i jeść zdrowo, w ten sposób uzupełniając witaminy C, E i B6 oraz mikroelementy – cynk i selen.

Staraniom o dziecko zawsze towarzyszą wielkie emocje i oczekiwanie, że poczęcie powinno nastąpić dość szybko. Jeśli test ciążowy, pomimo regularnego współżycia bez antykoncepcji (cztery – pięć razy w tygodniu) nie pokazuje pozytywnego wyniku przez dłużej niż rok, czas na wizytę pary u lekarza. Czasami potrzebna jest bowiem  interwencja medyczna. Badaniom poddaje się i kobieta, i mężczyzna.

Kiedyś sądzono, że przyczyna niepłodności leży po stronie kobiety. To mit. Czynnik męski leży po stronie około 40 -60 proc. niepowodzeń z poczęciem dziecka. Coraz częściej okazuje się, że po stronie panów podstawą trudności z zajściem pary w ciążę jest zbyt niska liczba plemników w nasieniu, albo/i ich mała ruchliwość.

Przed II wojną światową przeciętny Europejczyk miał prawie dziesięciokrotnie więcej plemników w jednym mililitrze nasienia niż współcześni mężczyźni. Do niedawna za prawidłową liczbę plemników uznawano 20 mln, ale wskutek powiększającego się problemu z jakością nasienia u mężczyzn normy obniżono – za minimum konieczne do zapłodnienia uważa się 14 mln w jednym mililitrze nasienia.

Jakie są przyczyny męskiej niepłodności?

Przyczyną pogarszania się jakości nasienia u mężczyzn może być długotrwały stres – dowodzą badania izraelskich naukowców z Uniwersytetu Ben-Guriona i Centrum Medycznego Soroka. Zaprezentowane niedawno na International  Summit on Assisted Reproduction and Genetics wyniki ujawniły bowiem, że stres psychiczny znacząco obniża ruchliwość plemników.

– Stres może generalnie negatywnie wpływać na płodność, ale niewiele jest badań nad wpływem stresu na jakość nasienia. Nasze badania pokazują, że długotrwały stres znacząco na nią wpływa – mówi dr Eliahu Levitas, szef działu in vitro w Centrum Medycznym Soroka.

Jego zespół zajmował się oceną jakości nasienia ponad 10,5 tys. próbek ofiarowanych centrum w latach 2009-2017, w chwilach, gdy w Izraelu trwał pokój. Porównał ją do 659 próbek pobranych w czasie i do dwóch miesięcy po dwóch militarnych konfliktach między Izraelem a Strefą Gazy w 2012 i 2014 roku. Średnia wieku dawców wynosiła 32, a ok. 44 proc. z nich paliło papierosy.

Okazało się, że w okresie wojny, a więc zwiększonego niepokoju wśród mieszkańców Izraela, prawdopodobieństwo kiepskiej ruchliwości plemników było większe o 47 proc. 37 proc. próbek pobranych w tym okresie oznaczało się niską jakością nasienia. Mniejsza ruchliwość plemników przekłada się automatycznie na mniejsze prawdopodobieństwo zapłodnienia.

– Sądzimy, że każdy mężczyzna, który tylko słyszał syreny ostrzegające przed atakiem rakietowym w czasie tego konfliktu, doświadczał stresu przez cały ten dzień a nawet później. Byliśmy jednak zaskoczeni odkryciem, że istnieje powiązanie między poczuciem bezpieczeństwa a jakością nasienia – mówi dr Levitas.

Jak polepszyć jakość nasienia?

Długotrwały stres związany z trudną sytuacją życiową może mieć więc niszczycielski wpływ na ludzkie życie, także to dopiero będące w planach. Jakość nasienia można jednak polepszyć. Jak wynika z ustaleń Anny Jeznach-Steinhagen i  Anety Czerwonogrodzkiej-Senczyny, z Zakładu Żywienia Człowieka WUM odpowiednio zbilansowana dieta, połączona w niektórych przypadkach z suplementacją wybranych składników odżywczych, może mieć znaczenie wspomagające w poprawie płodności.

Badaczki sugerują, że w diecie przyszłego taty powinny się znaleźć:

  • L-karnityna — zawarta w mięsie (wołowinie, rybach), przetworach mlecznych i orzechach;
  • witamina C — obecna w czerwonych porzeczkach, kiwi, ananasach, melonach, truskawkach, jagodach, pomidorach, brokułach, kapuście, pomarańczach, cytrynach,
  • beta-karoten — czyli marchew, szpinak, pomidory, wiśnie, melony, brzoskwinie;
  • witamina E — zawarta w oliwie z oliwek, sałacie, orzechach ziemnych, migdałach, kukurydzy, zarodkach pszenicy,
  • resweratrol — obecny w czerwonym winie, owocach i soku z czerwonych winogron, orzechach ziemnych, granatach i soku z granatów;
  • likopen — czyli świeże pomidory, sok pomidorowy, ketchup, koncentrat pomidorowy;
  • koenzym Q10 — makrela, łosoś, sardynki, algi morskie;
  • selen — ryby morskie, pestki dyni, wody mineralne, ziarno pszenicy, owsa, jęczmienia, kukurydzy, brązowy ryż;
  • cynk — szparagi, ziemniaki, grzyby, jaja, śledzie, zarodki i kiełki zbóż,
  • N-acetylo-cysteina — produkty mleczne, produkty zbożowe, jaja,
  • witamina B6 — chude mięso, mleko, jaja, produkty zbożowe, drożdże, warzywa (kapusta, zielony groszek, fasolka szparagowa, kalafior, marchew), owoce (banany), orzechy (włoskie, ziemne).

Różne przyczyny męskiej  niepłodności

Powodów z męską niepłodnością jest wiele. Na jakość nasienia wpływa dieta i regularność współżycia. Czynniki, które obniżają płodność to także przyjmowanie anabolików (może to prowadzić do nieodwracalnych zmian w męskiej płodności), a także palenie tytoniu oraz zarówno siedzący tryb życia jak i… nadmierne uprawianie sportu.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Jakie informacje powinny znajdować się na opakowaniu suplementu diety?

capsule-1079838_1920-copy

Na opakowaniu suplementu diety powinny znajdować się następujące informacje:

  • określenie „suplement diety”,
  • nazwy kategorii składników odżywczych lub substancji charakteryzujących produkt lub wskazanie charakteru tych substancji,
  • porcję produktu zalecaną do spożycia w ciągu dnia,
  • ostrzeżenie dotyczące nieprzekraczania zalecanej porcji do spożycia w ciągu dnia,
  • stwierdzenie, że suplementy diety nie mogą być stosowane jako substytut (zamiennik) zróżnicowanej diety,
  • stwierdzenie, że suplementy diety powinny być przechowywane w sposób niedostępny dla małych dzieci.

Zawartość witamin i składników mineralnych oraz innych substancji wykazujących efekt odżywczy lub inny efekt fizjologiczny obecnych w suplemencie diety deklaruje się w oznakowaniu w postaci liczbowej. Deklarowane w oznakowaniu zawartości witamin i składników mineralnych oraz innych substancji wykazujących efekt odżywczy lub inny efekt fizjologiczny podaje się w przeliczeniu na zalecaną przez producenta do spożycia dzienną porcję produktu.

Oznakowanie, prezentacja i reklama suplementów diety nie mogą zawierać informacji stwierdzających lub sugerujących, że zbilansowana i zróżnicowana dieta nie może dostarczyć wystarczających dla organizmu ilości składników odżywczych.

Reklamy nie mogą też sugerować, że suplementy diety są lekiem a więc mają działania lecznicze.

Źródło: Opracowano na podstawie komunikatu ze strony www.gis.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Czym i dlaczego trują się nastolatki?

medicine-2207622_1920-copy

To z powodu zatrucia lekami dostępnymi bez recepty, a nie dopalaczami polskie nastolatki częściej trafiają do szpitala. Zwykle leki przedawkowują dziewczynki i nie robią tego przypadkowo. 

Nastolatki najczęściej trafiają do szpitala z powodu zatrucia powszechnie stosowanym i uważanym za bezpieczny (można go podawać nawet niemowlętom) paracetamolem oraz/lub lekiem na kaszel, zawierającym pochodną morfiny.

Co ciekawe, prawie równie częstym powodem zatruć jest alkohol, który zresztą często towarzyszy przyjmowaniu leków. „Rekordzista” przyjęty w 2011 roku do dziecięcego SOR-u w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym nr 4 w Łodzi miał dziewięć lat. Ogółem w tym roku przyjęto do owego oddziału 89 dzieci z powodu zatrucia alkoholem. Poziom alkoholu w wydychanym powietrzu zbadano u czterdzieściorga z nich i średnia wyniosła 2 promile – co dla młodego organizmu może stanowić dawkę być nawet śmiertelną.

Dlaczego dzieci się trują?

Co uderza w literaturze, to fakt, że do zatrucia lekami dostępnymi bez recepty dochodzi nieprzypadkowo – dzieci biorą je celowo. Po co?

– Żeby odejść, żeby się uspokoić… W całej Polsce w psychiatrycznych oddziałach dziecięcych hospitalizowani są młodzi pacjenci albo po zatruciach, albo okaleczeniach. Czemu to robią? Mogę mówić o moich pacjentach – najczęściej wśród naszych dzieci dzieje się tak z powodu odczuwania olbrzymiego napięcia. Potrzebują to napięcie zniwelować, tak jak z balonu upuścić powietrze i albo upuszczają sobie krwi poprzez cięcie się, albo uciekają w sen, czyli biorą tabletki. Żeby nie czuć – mówi prof. Agnieszka Gmitrowicz, kierownik Kliniki Psychiatrii Młodzieżowej I Katedry Psychiatrii UM w Łodzi.

Na jej oddział trafiają nastolatkowie, którzy w oddziałach takich jak SOR czy ogólnopediatryczny zostali odtruci (lub wyrwani śmierci). Profesor podkreśla, że dziecko, które celowo zażyło tabletki, powinno być zbadane przez psychiatrę, by ustalić przyczynę jego cierpienia oraz zamiar – czy zamierzało się zabić, czy nie.

Jaki jest mechanizm okaleczania się przez dzieci?

Zapewne jest ich tyle, ile dzieci, które to robią.

– Ci, co uwalniają napięcie poprzez cięcie skóry, doznają uspokojenia, bo w efekcie takiego cięcia uwalniają się endorfiny, co powoduje mechanizm uzależniania się od cięć. Natomiast dzieci, które się trują tabletkami, bardzo szybko doświadczają wzmocnienia poprzez to, że bardzo szybko osiągają efekt małym wysiłkiem: nie muszą iść do psychologa, stosować innych wyrafinowanych form relaksacji, tylko biorą tabletkę i usypiają. To jest wołanie o pomoc, zwrócenie uwagi na cierpienie, jakiego dziecko doświadcza, czasem ukaranie „winnych”. Każde dziecko powinno być zbadane, i dzięki temu możemy określić, czy dziecko się uszkodziło z intencją śmierci, czy inną – podkreśla prof. Gmitrowicz.

Co powoduje, że dzieci się okaleczają?

– To jest proces. Punkt startowy jest w łonie matki, a nawet wcześniej, bo wpływ na to, jak dziecko będzie się zachowywało, mają także geny. Jeśli ktoś ma w nich impulsywność, agresywność, do tego dojdzie zaniedbywanie potrzeb dziecka, przemoc psychiczna, poniżanie – wszystko zaczyna się nawarstwiać. Bardzo dużo dzieci ukrywa problem przed dorosłymi – mówi psychiatra.
I zapewnia, że tym dzieciom można pomóc. Czasem rodzina nie jest w stanie dać dziecku wsparcia po leczeniu, ale i wtedy nie wszystko jest stracone, bo może być empatyczny i mądry krewny, nauczyciel.

Wsparcie można dać – zdaniem prof. Gmitrowicz – prostymi sposobami.

– Wystarczy, że jest osoba, która na dziecko czeka i mówi mu o tym, nie zawodzi. Ja nic nie muszę robić. Pacjent wie, że jak wyśle do mnie SMS-a, to mu odpiszę. Daję im swój numer telefonu i muszę powiedzieć, że z tej ogromnej populacji pacjentów nigdy nie miałam niepotrzebnych wiadomości – mówi.

Jak rozpoznać zatrucie paracetamolem?

Nie jest to łatwe. W pierwszej fazie przedawkowania, która może trwać nawet całą dobę, nie ma wyraźnych objawów. Mogą się pojawić nudności i wymioty, rzadziej bóle brzucha, bladość skóry i ospałość. Paracetamol jest lekiem hepatotoksycznym, co oznacza, że jego przedawkowanie uszkadza wątrobę. W drugiej fazie zatrucia dochodzi do żółtaczki, może dojść do śpiączki. Przedawkowanie tego leku może zakończyć się śmiercią, często dochodzi do trwałego uszkodzenia wątroby, w związku z czym konieczne jest przeszczepienie tego narządu.

Jak rozpoznać zatrucie pochodnymi morfiny?

Często, choć nie zawsze, osoba która przedawkowała leki zawierające pochodne morfiny, ma szpilkowate źrenice; poza tym jest senna, może wystąpić śpiączka i zaburzenia oddychania (płytkie, nieregularne). Może dojść do wymiotów, bladości, zwrotów głowy.

Jaka jest skala zatruć celowych u młodzieży?

W 2014 roku opublikowane zostały dwie prace z dwóch dziecięcych oddziałów szpitalnych: w Łodzi i Warszawie na temat przyjęć dzieci z powodu zatrucia. Najczęstszą przyczyną zatruć wśród młodzieży we wszystkich grupach wiekowych okazało się spożycie leków lub alkoholu. Zatrucie dopalaczami jako przyczyna hospitalizacji, stanowiły niewielką ich część – były to pojedyncze przypadki.
Nie jest to charakterystyczne tylko dla tych dwóch oddziałów; zdaniem lekarzy podobnie jest w innych szpitalach (potwierdzają to prace z innych placówek pokazujące problem nieprzypadkowych zatruć u nastolatków). Podanie dokładnych liczb nie jest jednak możliwe, ponieważ Narodowy Fundusz Zdrowia nie prowadzi dokładnej sprawozdawczości przyjęć do szpitala z powodu zatruć z podziałem na ich przyczynę, a NIZP-PZH zbiera dane o zatruciach grzybami, roślinami i żywnością.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Dlaczego seniorzy powinni się szczepić przeciwko grypie?

syringe-417786_1920-copy

Osoby w wieku 65 plus zaliczane są do grupy zwiększonego ryzyka powikłań grypy. Dla seniorów ta choroba może więc stanowić zagrożenie życia.

W ostatnim sezonie grypowym (2017/2018) w Polsce odnotowano ponad 4,6 mln zachorowań na grypę i infekcje grypopodobne – podał Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny (NIZP-PZH).

Okazuje się, że dla ponad 16 tys. chorych grypa skończyła się hospitalizacją z powodu ostrego przebiegu lub groźnych powikłań. Zdecydowaną większość pacjentów, którzy wymagali opieki szpitalnej stanowiły osoby w wieku 65 plus. Niestety, wiele z tych osób zmarło.

– Ludzie żyją coraz dłużej, ale w starszym wieku są też z reguły obciążeni różnego rodzaju chorobami przewlekłymi, np. układu sercowo-naczyniowego lub oddechowego. Gdy nałoży się na nie jeszcze grypa, to ich przebieg może się znacząco zaostrzyć – mówi Marek Posobkiewicz, główny inspektor sanitarny.

Jakie są powikłania grypy u seniorów?

Prof. Adam Antczak z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi podkreśla, że grypa może być bardzo niebezpieczna m.in. u seniorów cierpiących na miażdżycę, a także na POCHP (przewlekłą obturacyjną chorobę płuc).

– Infekcja wywołana przez wirusa grypy może doprowadzić do fatalnego zaostrzenia przewlekłej obturacyjnej choroby płuc. Wiąże się z nią także zwiększone ryzyko powikłań sercowo-naczyniowych, takich jak zawał serca czy udar mózgu. W ciągu pierwszych siedmiu dni grypy ryzyko wystąpienia zawału serca jest większe aż sześciokrotnie w stosunku do czasu przed infekcją – mówi prof. Adam Antczak.

Najczęstszym powikłaniem grypy jest jednak zapalenie płuc, które w przypadku 10-17 proc. seniorów kończy się śmiercią. Co więcej, przebycie zapalenia płuc wiąże się u seniorów także ze zmniejszeniem szans na długie życie (1/3 umiera w ciągu 3 lat od wystąpienia zapalenia płuc).

Co mogą zrobić seniorzy, aby uchronić się przed grypą i jej groźnymi konsekwencjami?

– Ryzyko zachorowania na grypę można zmniejszyć np. unikając zatłoczonych miejsc i prowadząc higieniczny tryb życia, na który składają się m.in. zdrowa dieta, wypoczynek, a także częste mycie rąk. To wszystko może jednak nie wystarczyć, aby skutecznie zabezpieczyć się przed infekcją. Dlatego osobom w wieku 65 plus zaleca się profilaktyczne szczepienia ochronne przed sezonem grypowym – mówi Marek Posobkiewicz.

Jak łatwo się domyślić, w Polsce szczyt profilaktycznych szczepień na grypę przypada na wrzesień i październik. Ale fakty są takie, że w naszym kraju szczepi się bardzo mało osób.

– Odsetek osób zaszczepionych na grypę w minionym roku nie przekroczył w Polsce 4 proc. Nieco lepiej przedstawia się sytuacja w grupie wiekowej 65 plus, w której zaszczepiło się kilkanaście proc. osób. Ale i tak jest to poziom niewystarczający – mówi dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor NIZP-PZH.

Jako wzór do naśladowania podaje Wielką Brytanię i kraje Beneluksu, gdzie na grypę szczepi się ponad 50 proc. populacji.

Lekarze i eksperci ds. zdrowia publicznego uważają, że sytuację w Polsce mogłoby radykalnie poprawić wprowadzenie refundacji dla szczepionek przeciwko grypie – jeśli nie dla całej populacji, to przynajmniej dla seniorów. Obecnie tego typu szczepienia trzeba sobie samemu sfinansować lub też skorzystać z oferty bezpłatnych szczepień oferowanych przez niektórych pracodawców czy samorządy.

Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta uważa, że poza wprowadzeniem refundacji szczepionek, w Polsce potrzebna jest też szeroka edukacja na temat grypy, jej powikłań i sposobów zapobiegania, która powinna być skierowana zarówno do pacjentów, jak i do całego środowiska medycznego (zwłaszcza do lekarzy pierwszego kontaktu).

Warto uświadamiać także młodych ludzi, którzy grypę często lekceważą. Tymczasem, jak podkreślają eksperci, również u młodych osób wskutek grypy zdarzają się groźne powikłania, m.in. kardiologiczne, takie jak np. zapalenie mięśnia sercowego. Takie powikłania mogą nie tylko skrócić życie człowieka, ale też znacząco obniżyć jego jakość.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Chore nerki w dzieciństwie? Badaj się, kiedy dorośniesz

child-2455740_1920-copy

Choroby nerek to częste problemy w dzieciństwie. Zwykle mają podłoże zapalne, wywołane patogenami. Po ich przechorowaniu najczęściej zapominamy o problemie. Niesłusznie.

Choroba nerek w dzieciństwie może bowiem skutkować poważnymi problemami z tymi organami w dorosłości. A ponieważ problemy te na początku nie dają wyraźnych objawów, trzeba raz w miesiącu mierzyć ciśnienie tętnicze i raz na rok badać mocz. Podwyższone ciśnienie to częsty objaw zaczynającej się właśnie niewydolności nerek. Podobnie jak krew w moczu czy białkomocz.

Niedawno NEJM opublikował pracę izraelskich naukowców, którzy zbadali, jak przechorowanie w dzieciństwie choroby nerek ma się do późniejszej wydolności tych narządów dorosłym życiu. Okazało się, że związek istnieje, i to także wtedy, kiedy w wieku dojrzewania i młodości nerki nie sprawiały jakichkolwiek problemów. Co więcej, osoby chorujące na nerki w dzieciństwie wcześniej niż reszta populacji doświadczają niewydolności tych narządów. Niewydolność nerek jest chorobą przewlekłą i nieuleczalną, ale można opóźnić jej wystąpienie i spowolnić przebieg. Kluczowe jest jej wczesne wykrycie, a jest trudne, bo na początku nie daje objawów.

Naukowcy z Izraela stwierdzili zależność między chorobami nerek w dzieciństwie a schyłkową niewydolnością nerek w dorosłości na podstawie badań ponad 1,5 mln Izraelczyków – poborowych do wojska, których dane analizowano na przestrzeni 30 lat.

Uczonych interesowało, czy poborowi w dzieciństwie cierpieli na choroby kłębuszków nerkowych, odmiedniczkowe zapalenie nerek, mieli wrodzone wady tych narządów lub przewodów moczowych.

Stosunkowo częstą dziecięcą chorobą nerek jest odmiedniczkowe zapalenie nerek.

Co to jest odmiedniczkowe zapalenie nerek?

To zapalna choroba nerek, wywołana najczęściej przez bakterie. Dotyka przede wszystkim dzieci. Zwykle jest bolesna, przebiega z wysoką gorączką i konieczne jest przyjmowanie antybiotyków.

– Ostre zapalenie odmiedniczkowe zapalenie nerek jest najcięższą formą zakażenia nerek przez bakterie. Bakterie dostają się do nerek, powodują w nich stan zapalny, który szczególnie u dzieci może powodować odległe konsekwencje w postaci tzw. blizn w nerkach – tłumaczy dr Michał Maternik, nefrolog dziecięcy z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Polega to na tym, że zamiast prawidłowego miąższu nerki, dzięki któremu nerki mogą oczyszczać nasz organizm, pojawiają się w nich miejsca, w których filtracja szwankuje.

– Jeśli jest dużo takich blizn, powodują one zaburzenie funkcji nerek, a te zdrowe, pozostałe części narządów, muszą ciężej pracować. Jeśli ciężej pracują przez kolejne lata, siłą rzeczy dochodzi do ich uszkodzenia i rozwija się najpierw przewlekła choroba nerek, czyli stadium, kiedy nie trzeba leczenia nerkozastępczego, a u części pacjentów dochodzi do schyłkowej niewydolności nerek – dodaje.

Co to jest niewydolność nerek?

Z tą poważną przewlekłą chorobą boryka się wielu Polaków – szacuje się, że jest ich około 4,5 miliona. Rozwija się ona podstępnie i latami, a na początku w ogóle nie ma sygnałów, że dzieje się coś niedobrego. Takie sygnały można wykryć wyłącznie dzięki regularnym badaniom profilaktycznym.

Osoby, które:

  • Chorowały w dzieciństwie na choroby nerek
  • Otyłe
  • Z cukrzycą
  • Chorobami serca

dla własnego dobra przynajmniej raz w miesiącu powinny mierzyć ciśnienie tętnicze oraz raz do roku badać mocz, zlecając badanie ogólne oraz sprawdzać obecność niewielkich ilości albuminy (białkomocz).

W razie nieprawidłowości należy zgłosić się do lekarza.

Planujące ciążę kobiety, które mają historię choroby nerek w dzieciństwie, powinny o tym poinformować lekarza prowadzącego, bo są w grupie ryzyka problemów nerek w czasie ciąży.

W razie stwierdzenia niewydolności nerek, trzeba zmienić dietę, ograniczając znacznie spożycie soli oraz zadbać o wypijanie właściwej ilości płynów (ok. 1,5-2 litrów na dobę). Zmniejszenie objętości przyjmowanych płynów grozi bowiem zaostrzeniem choroby.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Nie daj się nabrać na badanie „żywej kropli krwi”

blood-1813410_1920-copy

Nie badanie żywej kropli krwi, a morfologia krwi obwodowej pokazuje, czy z naszym zdrowiem nie dzieje się coś złego. Do corocznej morfologii oraz badania ogólnego moczu zachęcają lekarze.

Jak przekonuje krajowy konsultant w dziedzinie hematologii prof. Wiesław Jędrzejczak, takie badania warto wykonać raz w roku, nawet na własny koszt (to ok. 10 zł), także wtedy, gdy czujemy się doskonale.

Dlaczego?

– Krew jest zwierciadłem tego, co dzieje się w naszym organizmie. Zaburzenia między krwinkami czy samych krwinek mogą być objawem szeregu chorób, nie tylko hematologicznych. Oczywiście, morfologia krwi nie pokaże wszystkich problemów zdrowotnych, ale dzięki niej można wyłapać sporą ich część – podkreśla hematolog.

Kiedy morfologia krwi była w Polsce obowiązkowym badaniem w ramach medycyny pracy (od 1996 roku jest taki obowiązek tylko wobec grup pracowników narażonych na czynniki mogące wywołać choroby krwi, np. lekarzy i pielęgniarek mających kontakt z lekami cytostatycznymi), 20 proc. białaczek było wykrywanych właśnie dzięki okresowym badaniom pracowniczym.

W taki sposób o swojej chorobie – białaczce – dowiedziała się Urszula Jaworska. Dzięki temu, że wykonała morfologię, można było szybko wdrożyć u niej leczenie – w jej przypadku uratowało ją przeszczepienie szpiku od dawcy niespokrewnionego (pierwszy tego rodzaju zabieg w Polsce wykonany przez zespół prof. Hołowieckiego).

W Skandynawii nadal nawet 40 proc. białaczek jest wykrywanych dzięki tego rodzaju badaniom pracowniczym.

Liczy się czas

Morfologia pozwala wykryć bardzo groźną i agresywną chorobę układu krwiotwórczego – ostrą białaczkę szpikową. W jej przypadku, jak w niewielu chorobach, istotny jest czas, bo nieprawidłowych komórek oraz leukocytów może w niej przybywać z godziny na godzinę.

– Wśród hematologów jest złoty standard. Wczoraj badanie, dziś diagnoza i dziś leczenie – podkreśla dr Tomasz Sacha ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Objawami białaczki mogą być zmęczenie, skłonność do powstawania siniaków (wynika to z tzw. małopłytkowości, czyli zaburzenia krzepnięcia krwi), częste infekcje. W razie takich objawów warto wykonać morfologię krwi – w przypadku nieprawidłowości wskazujących na tę chorobę najczęściej samo laboratorium natychmiast informuje pacjenta o konieczności pilnego zgłoszenia się do oddziału hematologicznego.

Dr Sacha na konferencji inaugurującej kampanię „Odpowiedź masz we krwi” zachęcającej do wykonywania morfologii opowiadał o pacjentce, która trafiła do jego oddziału po wizytach u pięciu lekarzy. Skarżyła się przede wszystkim na zmęczenie. Pierwszy lekarz zbadał ją i zmierzył ciśnienie; z kołataniem serca zgłosiła się do szpitalnego oddziału ratunkowego, wykonano u tej 50-letniej kobiety EKG i odesłano ją do domu; lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, do którego zgłosiła się z obrzękiem nogi, skierował ją do chirurga; chirurg nie stwierdził niczego bardzo niepokojącego. Pacjentka sama zgłosiła się na morfologię i okazało się, że ma ostrą białaczkę limfoblastyczną. Wiele wskazuje na to, że tę diagnozę można było postawić cztery-pięć tygodni wcześniej, gdyby wykonano morfologię.

– W przypadku tej choroby wcześniejsza diagnoza znacznie poprawia rokowanie – podkreśla dr Sacha.

Zmęczenie, bladość…

… najczęściej zwiastuje jednak nie białaczkę, a niedokrwistość. To właśnie najczęściej diagnozowana dzięki morfologii krwi choroba. Niedokrwistość może mieć wiele przyczyn – wynikać na przykład z niedoboru składników diety (np. witaminy B12, żelaza), ale też chorób, których jest jednym lub wręcz jedynym objawem (np. celiakia, krwawienie wewnętrzne, niektóre stany zapalne). Niezależnie od przyczyn trzeba ją leczyć, bo wskutek niedokrwistości komórki naszego organizmu dostają mniej tlenu, a to prowadzi do dalszych problemów w każdym układzie człowieka.

Bujda na resorach, czyli „żywa kropla krwi”

Tymczasem, intensywnie reklamowaną obecnie metodą na wykrycie niemal wszystkich chorób jest badanie pod mikroskopem tzw. „żywej kropli krwi”

– Już sama nazwa jest bełkotem. Krew nie jest „żywa” bądź „martwa”, to nie te kategorie – mówi prof. Jędrzejczak. – Można sobie pooglądać zawiesinę krwinek pod mikroskopem, ale niewiele się z tego dowiemy, choćby dlatego, że będą się one na siebie nakładać.

Tzw. naturoterapeuci twierdzą jednak, że dzięki badaniu „żywej kropli krwi” można wykryć wiele patologii.

„W takim badaniu, oprócz fizjologicznych składników krwi, można dostrzec struktury patologiczne różnego rodzaju mikroorganizmów, takich jak bakterie, grzyby, pasożyty, które dostały się do organizmu człowieka z otoczenia zewnętrznego” – czytamy na stronie jednej z firm oferujących owo badanie.

– To bujda – kwituje prof. Jędrzejczak.

Eksperci podkreślają, że faktycznie, jest możliwe, iż w wyniku badania krwi wykryta zostanie na przykład grzybica, ale dotyczy to pacjentów, np. po przeszczepieniu narządów lub tkanek, u których doszło do powikłań i mają uogólnioną, rozsianą grzybicę (stan zagrażający życiu). Ci pacjenci jednak są tak ciężko chorzy, że z pewnością nie są w stanie o własnych siłach dotrzeć do gabinetu tzw. naturoterapeuty na badanie „żywej kropli krwi”.

W innych wypadkach niektóre rodzaje grzybicy można wykryć za pomocą specjalnych odczynników w surowicy krwi. W tym wypadku, odnosząc się do terminologii naturoterapeutów, nie ma jednak mowy o „żywej kropli krwi”. Surowicę bowiem uzyskuje się poprzez odwirowanie skrzepłej krwi. To w surowicy, a zatem części składowej osocza, a nie krwinkach, znajdują się przeciwciała, m.in. skierowane przeciwko grzybom, co pozwala na stwierdzenie ich obecności w organizmie.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Tłuszcze trans: sprawdź gdzie się kryją

potato-166840_1920-copy

Producenci żywności nie podają na etykietach swoich produktów informacji o zawartości groźnych dla zdrowia tłuszczów trans. Ale konsumenci zyskali właśnie narzędzie, dzięki któremu mogą to sprawdzić.

Narzędziem tym jest bezpłatna, dostępna dla każdego przez internet, baza danych o zawartości tłuszczów trans (a mówiąc bardziej precyzyjnie: izomerów trans kwasów tłuszczowych), w różnego rodzaju produktach spożywczych. To pierwsza tego typu, powszechnie dostępna, interaktywna e-Baza w Polsce. Opracowali ją eksperci Instytutu Żywności i Żywienia (IŻŻ), w ramach Narodowego Programu Zdrowia na lata 2016-2020.

Dlaczego warto z niej skorzystać? Zacznijmy od tego, że obowiązujące obecnie przepisy prawne nie zobowiązują producentów żywności do podawania na etykietach produktów ilości zawartych w nich tłuszczów trans (w miejscu gdzie znajdują się obowiązkowe informacje o wartości odżywczej). O ich obecności w produkcie można dowiedzieć się jedynie pośrednio, przez wypatrzenie w składzie produktu informacji o tym, że zawiera on częściowo utwardzone lub częściowo uwodornione tłuszcze.

Z perspektywy konsumentów i zdrowia publicznego jest to sytuacja trudna do zaakceptowania. Tłuszcze trans są bowiem bardzo szkodliwe dla organizmu człowieka.

Izomery trans to samo zło

– Są one szczególnie groźne dla układu sercowo-naczyniowego, ponieważ zwiększają ryzyko rozwoju miażdżycy, czyli choroby prowadzącej m.in. do zawałów serca i udarów mózgu. Zostało udowodnione, że tłuszcze trans podwyższają stężenie tzw. złego cholesterolu (LDL) we krwi, jednocześnie obniżając poziom „dobrego” cholesterolu (HDL), a także przyczyniają się do rozwoju dysfunkcji śródbłonka naczyń – ostrzega prof. Mirosław Jarosz, dyrektor IŻŻ.

Na tym jednak nie koniec szkodliwego działania tłuszczów trans. Nauka dysponuje dowodami na to, że zaburzają one funkcjonowanie m.in.: układu oddechowego i rozrodczego, a także wielu narządów, w tym mózgu oraz trzustki.

– Tłuszcze trans zaburzają też ekspresję genów, zwiększają ryzyko rozwoju chorób alergicznych, cukrzycy, a nawet depresji. Wiadomo też, że przyczyniają się do powstawania przewlekłego stanu zapalnego o niskim natężeniu, który sprzyja różnego rodzaju chorobom, w tym także nowotworom – mówi prof. Jarosz.

Eksperci IŻŻ zalecają, aby w naszej diecie spożycie tłuszczów trans było możliwie jak najmniejsze, bo w praktyce trudno je zupełnie wyeliminować, choćby ze względu na fakt, że niewielka ich ilość występuje również w niektórych naturalnych, nieprzetworzonych produktach spożywczych (w mięsie i mleku przeżuwaczy).

Według WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) spożycie tłuszczów trans nie powinno przekraczać poziomu 1 proc. ogółu energii przyjmowanej codziennie wraz z pożywieniem. W praktyce jednak, z powodu braku informacji o ilości tłuszczów trans zawartych w produktach, tak naprawdę trudno jest kontrolować nam poziom ich codziennego spożycia.

I właśnie dlatego powstała e-Baza IŻŻ. Dzięki niej świadomi konsumenci mają szansę dowiedzieć się, w których produktach, jak i całych kategoriach produktów, znajduje się największa ilość tłuszczów trans. Eksperci IŻŻ zmierzyli ją w swoim laboratorium, używając zaawansowanych urządzeń pomiarowych.

Gdzie są tłuszcze trans: uważajcie na kebaby!

E-Baza jest łatwa w obsłudze, dzięki wyszukiwarce, która umożliwia szybkie i precyzyjne dotarcie do interesującego nas produktu. Dla ułatwienia, zawartość tłuszczów trans jest tam podana na trzy sposoby: w gramach na 100 gram produktu, w gramach na porcję oraz w gramach na cały produkt. Obecnie w bazie są dane dotyczące 568 produktów z 7 różnych kategorii: koncentraty spożywcze, mleko i przetwory mleczne, produkty typu fast-food, środki spożywcze specjalnego przeznaczenia, tłuszcze roślinne, wyroby cukiernicze i ciastkarskie, produkty zbożowo-mączne.

W przyszłości baza będzie rozbudowywana o nowe produkty i nowe kategorie produktowe, w tym m.in. pączki i drożdżówki.

Czego można się dowiedzieć z tej bazy już teraz, np. o dostępnych na polskim rynku tzw. margarynach miękkich (do smarowania pieczywa), które są coraz częściej zalecane Polakom przez dietetyków i kardiologów? Ano, że zawierają średnio tylko 0,01 g tłuszczów trans na porcję (porcja to 10 g czyli 1 łyżeczka do herbaty). Dużo gorzej pod tym względem wypadają tzw. margaryny twarde kostkowe, używane np. do wypieku ciast – zawierają one średnio 0,15 g tłuszczów trans na porcję.

A co z tak popularnym już dziś w całej Polsce kebabem? Wypada kiepsko: średnia zawartość tłuszczów trans waha się od 0,18 g na porcję w przypadku drobiowego, aż po 0,99 g na porcję w przypadku kebaba z wołowiną i baraniną.

Ale uwaga! Źródłem tłuszczów trans w naszej diecie są nie tylko produkty kupowane w sklepach czy barach szybkiej obsługi. Niestety, często nieświadomie wytwarzamy je sami w swoich domach! A to dlatego, że tłuszcze trans powstają też podczas długotrwałego smażenia potraw, zwłaszcza gdy smażymy coś długo na tym samym, mocno już „przechodzonym” oleju. Warto więc unikać smażenia albo starać się smażyć jak najkrócej.

Na koniec warto dodać, że niektóre kraje świata, m.in. Kanada i USA wprowadziły już u siebie obowiązek znakowania żywności zawartością tłuszczów trans, co ułatwia tamtejszym konsumentom wybór takich produktów, w których jest ona najniższa. Miejmy nadzieję, że już wkrótce decydenci z Unii Europejskiej też pójdą w tej sprawie po rozum do głowy.

Aby skorzystać z e-Bazy wystarczy kliknąć tutaj.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Pięć powodów, by nie wystawiać dziecka na słońce

scout-106459_1920-copy

Minęły czasy, gdy zalecano dzieciom „kąpiele słoneczne”. Teraz naukowcy apelują, by dzieci, zwłaszcza małe, były szczególnie chronione przed słońcem.

Powodów jest kilka:

  • Skóra dzieci jest cienka, w związku z czym promieniowanie słoneczne wnika głębiej.
  • Skóra dzieci ma mniej melaniny. Melanina to brunatny barwnik skóry, który jest produkowany przez specjalne komórki. Dzięki niemu opalamy się, ale też – co najistotniejsze – chroni przed szkodliwym wpływem promieniowania. Im jej mniej, tym skóra jest bardziej narażona na oparzenie i procesy mutagenne w komórkach.
  • W warstwie podstawowej skóry dziecka jest dużo komórek macierzystych, które łatwo ulegają mutacjom pod wpływem promieniowania słonecznego.
  • Dzieci, zwłaszcza małe, łatwiej niż dorośli ulegają oparzeniom słonecznym – oznacza to, że nawet krótkotrwałe przebywanie na słońcu może skutkować takim oparzeniem.
  • Wykazano, że oparzenie słoneczne w dzieciństwie jest jednym z silnych czynników rozwoju czerniaka w dorosłości.

Nie dziwi zatem, że dermatolodzy apelują, by niemowlęta do 6 miesiąca życia nawet przez chwilę nie były wystawiane na słońce (ocenia się, że zdolność do opalenizny człowiek uzyskuje dopiero w drugim miesiącu życia, niemniej jednak wciąż ma bardzo wrażliwą na promieniowanie słoneczne skórę).

Starsze dzieci co do zasady także należy chronić przed słońcem, a dodatkowo te partie ciała, które mogą zostać na nie wystawione, należy smarować kremem ochronnym z filtrami nie mniejszymi niż 30, a jeśli dziecko ma fototyp skóry jasny stosuj krem z filtrem powyżej 50.

Oszacowano, że do 18.–20. roku życia człowiek przyjmuje około połowy łącznej dawki promieniowania ultrafioletowego, które dotrze do niego za pośrednictwem promieniowania słonecznego, w czasie od urodzenia aż do 60. roku życia.

Infografika PAP / Serwis Zdrowie

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com