Szczupli też mogą mieć wysoki cholesterol

young-woman-2699780_1920-copy

Nie tylko osoby otyłe, odżywiające się niewłaściwie i mało aktywne fizycznie mogą mieć wysoki poziom cholesterolu. Takie wyniki badań mogą być również wynikiem choroby genetycznej.

Życie pisze przedziwne scenariusze. Wyobraźmy sobie młodą, niespełna 20-letnią szczupłą dziewczynę, którą ni stąd, ni zowąd zaczynają boleć ścięgna Achillesa. Ból – największy rano – staje się z czasem nie do zniesienia, nie pomagają silne leki z grupy opioidów. Ścięgna są twarde, napięte, mało elastyczne. W końcu dziewczyna przestaje chodzić.

Pacjentką opiekują się ortopedzi, którzy podejrzewając ostry stan zapalny ścięgien, zakładają jej kolejne blokady sterydowe. Bez skutku. W końcu decydują się na operacyjne otwarcie  ścięgna, żeby zobaczyć co się tam dzieje. I okazuje się, że odkładają się w nim złogi cholesterolu.

Po tym zabiegu dziewczyna dostaje skierowanie do internisty. Badania ujawniają, że poziom cholesterolu całkowitego wynosi u niej 279 (norma wynosi 190). Dostaje leki, które pomagają, ale po pewnym czasie zarzuca ich branie.

Ból ścięgna Achillesa powraca po kilkunastu latach. Tym razem cholesterol całkowity wynosi 360. Pacjentka trafia pod opiekę specjalisty, który przepisuje statyny obniżające poziom cholesterolu.

Diabeł tkwi w szczegółach

– Im jakoś szczegół jest bardziej błahy i śmieszny, tym bardziej zasługuje na zbadanie. To samo wydarzenie, które na pozór tylko komplikuje sprawę, rozważone i umiejętnie wykorzystane, najprawdopodobniej posłuży do jej wyjaśnienia – mówi prof. Marlena Broncel z Kliniki Chorób Wewnętrznych i Farmakologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, która opiekuje się opisaną powyżej pacjentką. – Tak było w przypadku bolących ścięgien Achillesa, które były jedynym objawem większego schorzenia.

Wywiad rodzinny przeprowadzony z pacjentką ujawnił, że jej ojciec zmarł tuż po 40-tce na zawał serca, a matka także cierpi z powodu podwyższonego cholesterolu. Te dane, jak i wyniki badań plus objawy odnotowane u kobiety, sugerowały, że może ona cierpieć na hipercholesterolemię rodzinną. To najczęstsza choroba genetyczna występująca w Polsce. Ocenia się, że może na nią cierpieć nawet 200 tys. osób, a zdiagnozowanych jest około 1 procenta. Zwiększa ona 20-krotnie ryzyko wystąpienia chorób  sercowo-naczyniowych, w tym miażdżycy czy choroby niedokrwiennej serca.

– W tym przypadku wszystko wskazywało na to, że mamy do czynienia z hipercholesterolemią rodziną. Należało ją potwierdzić badaniami genetycznymi, ponieważ pacjentka miała dwójkę małych dzieci, które też mogły być chore, zwłaszcza, że u obydwu odnotowaliśmy wysoki poziom cholesterolu – mówi prof. Broncel.

Badania DNA wykazało u pacjentki najczęściej spotykaną w Polsce zmianę genetyczną związaną z hipercholesterolemią rodzinną –  mutację genu receptora cholesterolu LDL. (Są jeszcze znane dwie  – apolipoproteiny B i konwertazy proproteinowej subtiliziny/kexyny typ 9. Taką samą mutację znaleziono u dzieci.

Obniżyć cholesterol za wszelka cenę

Jak zatem leczyć schorzenie uwarunkowane genetyczne i zapobiec chorobom układu krążenia? – Staramy się farmakologicznie obniżyć cholesterolu LDL poniżej 100. Warto też dopilnować właściwej diety i zdrowego trybu życia: cukrzyca, nadciśnienie i palenie papierosów znacznie zwiększają ryzyko sercowo-naczyniowe – mówi prof. Broncel.

W przypadku dzieci, szybkie i właściwe rozpoznanie hipercholesterolemii rodzinnej także jest ważne, bo są leki, które umożliwiają leczenie już od 6 roku życia. Chodzi o to, żeby nie doszło u nich do rozwoju miażdżycy. Hipercholesterolemia rodzinna jest bowiem bardzo poważną chorobą, która może zabić, a leczona skutecznie, staje się mniej groźna i w miarę łatwa do opanowania.

Jeśli więc w naszej rodzinie występowały przypadki przedwczesnych śmierci z powodu chorób serca, wysoki cholesterol, warto zbadać poziom cholesterolu u siebie. Jeśli jest on wysoki, a przyczyną tego stanu rzeczy nie jest nieodpowiednia dieta czy niewłaściwy tryb życia (nadmierne spożywanie alkoholu, palenie papierosów, brak ruchu) należy przeprowadzić badania genetyczne potwierdzające lub wykluczające hipercholesterolemię rodzinną.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Kiedy można wykonać farmakologiczne znieczulenie bólu porodowego?

birth-2747055_1920-copy

Nie u każdej rodzącej może być wykonane znieczulenie bólu porodowego, powszechnie nazywane znieczuleniem zewnątrzoponowym. Jest to metoda uznawana za bezpieczną zarówno dla matki, jak i dziecka, ale jak każda procedura medyczna – niesie za sobą pewne ryzyko.

Lekarze określają ją mianem „analgezji regionalnej”. Rozróżniane są jej trzy typy:

– znieczulenie zewnątrzoponowe

– znieczulenie podpajęczynówkowe

– połączone znieczulenie zewnątrzoponowe i podpajęczynówkowe.

Wykonać je może wyłącznie lekarz anestezjolog, a w ośrodku powinna być możliwość przeniesienia kobiety i noworodka na oddział intensywnej terapii.

Idealną sytuacją jest, gdy kobieta ciężarna wstępną kwalifikację do (ewentualnego) znieczulenia przejdzie jeszcze w czasie ciąży. Istotne jest bowiem wczesne określenie wskazań i przeciwskazań do tych zabiegów. Daje to też czas na zadanie przez kobietę pytań i wyjaśnienie wszelkich wątpliwości.

Kolejną kwalifikację anestezjolog przeprowadza już na sali porodowej w porozumieniu z prowadzącym poród specjalistą ginekologiem-położnikiem. Jak z każdą procedurą medyczną, do jej przeprowadzenia wymagana jest świadoma zgoda rodzącej.

Niektóre wskazania do znieczulenia:

– nietolerancja bólu;

– niektóre choroby układu krążenia, np. nadciśnienie tętnicze, zaburzenia rytmu serca, choroba wieńcowa, niewydolność serca;

– niektóre choroby układu oddechowego i płuc, np. mukowiscydoza, astma oskrzelowa;

– niektóre choroby neurologiczne, np. padaczka;

– choroby układu dokrewnego, np. cukrzyca insulinozależna, choroby nadnerczy;

– niewydolność wątroby;

– niektóre choroby oczu;

– stan po transplantacji narządu(ów)

-cukrzyca ciążowa leczona insuliną;

– nadciśnienie indukowane ciążą

– ciąża mnoga.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

E-papierosy też są rakotwórcze

beauty-2843930-copy

Nikotyna zawarta w e-papierosach zwiększa ryzyko raka płuca i pęcherza moczowego. Wszystko dlatego, że uszkadza DNA i zmniejsza możliwość samonaprawy komórek.

Kwestia szkodliwości e-papierosów to obecnie jeden z najbardziej kontrowersyjnych tematów zdrowotnych, szeroko dyskutowanych zarówno w świecie mediów, jak i nauki.

Przypominające flamaster smukłe urządzenia, w różnych kolorach i wzorach, są  często przedstawiane jako zdrowsza alternatywa dla tradycyjnych papierosów, które nie tylko trują nikotyną, ale też dziesiątkami innych substancji powstających w trakcie spalania tytoniu. Stąd, po tego typu gadżety często sięgają młode, dbające o zdrowie osoby lub te, które pragną rzucić palenie. Istnieje bowiem, raczej nie potwierdzona przez naukowców opinia, że e-papierosy pomagają wyjść z nałogu.

Prowadzone do tej pory badania dowodzą, że pomimo, iż tego typu urządzenia rzeczywiście emitują znacznie mniej trujących substancji, to wciąż szkodzą, bo dostarczają nikotynę. A to ona stanowi główny problem. Najnowsze doniesienia związane z tą substancją są wysoce niepokojące, wynika z nich bowiem, że nikotyna zawarta w „dymku” z e-papierosa ma poważne działanie rakotwórcze.

Uwaga na nitrozoaminy

Zespół prof. Moon-shong Tanga z Departamentu Medycyny Środowiskowej New York University postanowił sprawdzić, jak wyziewy z e-papierosów wpływają na tkanki płuc, serca i pęcherza. Badania przeprowadzono na myszach, ponieważ podobny eksperyment na ludziach uznano by za nieetyczny.

W trakcie trwającego trzy miesiące eksperymentu dziesięć myszy trzy godzinny dziennie, przez pięć dni w tygodniu, przebywało w pomieszczeniach wypełnionych wyziewami z e-papierosów. Zawartość nikotyny odpowiadała ilości, którą wdychają ludzie, w trakcie normalnego „popalania”.

Grupa kontrolna myszy (także 10 osobników) przez trzy miesiące wdychała czyste filtrowane powietrze.

Po tym czasie zbadano tkanki wszystkich zwierząt i okazało się, że w płucach, sercach i pęcherzach  moczowych myszy wdychających wyziewy z e-papierosów istnieją poważne uszkodzenia spowodowane przez nitrozoaminy. Te rakotwórcze substancje są produktem przemian nikotyny w organizmie.  U tych myszy zaobserwowano również upośledzenie naturalnych mechanizmów naprawczych DNA w płucach.

W kolejnym etapie badań sprawdzono na ile nikotyna i jej metabolity wpływają na funkcjonowanie ludzkich komórek płuc i pęcherza. Ten etap przeprowadzono na kulturach komórkowych. Okazało się, że zwiększają one ryzyko mutacji i pojawienia się nowotworu w obydwu tych przypadkach.

Najlepiej nie palić w ogóle

Na tej podstawie, zespół prof. Tanga stwierdził, że palenie e-papierosów może być rakotwórcze w przypadku płuc i pęcherza oraz szkodliwe dla działania serca.

I choć poziom metabolitów nikotyny powstających w naszym organizmie za sprawą palenia e-papierosów jest niższy niż wtedy, gdy korzystamy z tradycyjnych papierosów, to są one wciąż obecne w naszych tkankach. Oznacza to, że zagrożenie dla ludzkiego zdrowia wciąż istnieje, a ryzyko wstąpienia raka płuc (którego palenie jest główną przyczyna) i chorób serca jest na tyle duże, iż warto zastanowić się nad całkowitym rzuceniem tego nałogu.

W Polsce liczba użytkowników e-papierosów wynosi ok. 1,5-1,7 miliona osób. W większości są to ludzie, którzy wcześniej raczyli się bardziej tradycyjnymi „dymkami”. Wielu z nich wierzy, że wybrali zdrowszą opcję nałogu. Ale coraz więcej wskazuje na to, iż w tym przypadku pojęcie „mniejszej szkodliwości” jest złudne. Złudne na tyle, iż wręcz śmiertelnie niebezpieczne.

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl )

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Dlaczego nie mogę schudnąć?

slimming-2728331_1920-copy

Takie pytanie zadaje sobie coraz więcej osób. Niestety, możliwych przyczyn jest bardzo wiele. Wśród nich, eksperci wymieniają m.in. zaburzenia metaboliczne i hormonalne oraz uzależnienie od słodkiej i tłustej żywności.

Statystyki są alarmujące. Już ponad połowa dorosłych i co ósme dziecko w Polsce mają nadwagę lub otyłość. Niestety, eksperci prognozują, że w kolejnych latach będzie jeszcze gorzej.

Dlaczego, pomimo szerzącej się mody na zdrowy styl życia, epidemia nadwagi i otyłości w naszym społeczeństwie ciągle narasta? I dlaczego tak wiele osób przegrywa swą osobistą walkę z otyłością, podejmując nieskuteczne próby odchudzania? Te pytania zadają sobie nie tylko zwykli ludzie, zmagający się z nadmierną masą ciała, ale także naukowcy, specjaliści od zdrowia publicznego, przedstawiciele rynku spożywczego i politycy.

Współczesna żywność jak narkotyk

Niestety odpowiedź na te pytania jest skomplikowana i niejednoznaczna. Część ekspertów, w tym m.in. prof. Manfred Spitzer (znany niemiecki psychiatra i neurobiolog), wskazuje jako główną przyczynę epidemii otyłości na świecie bardzo łatwe uzależnianie się ludzi od żywności bogatej w cukier i tłuszcz, która w dodatku jest intensywnie reklamowana przez firmy spożywcze, w celu zwiększania sprzedaży i zysków.

Większość lekarzy i dietetyków twierdzi jednak, że za ekspansją otyłości oraz trudnościami w jej zwalczaniu kryje się znacznie więcej istotnych i często mało znanych przyczyn.

– Część ekspertów jako powód wskazuje siedzący tryb życia (brak ruchu). Inni jako winowajców wskazują słodkie i tłuste przekąski, które najczęściej zawierają też nadmiar soli i bardzo szkodliwe tłuszcze trans. Kolejnym z czynników sprzyjających powstawaniu otyłości jest niedobór snu, podobnie zresztą jak i jego nadmiar (otyli z reguły śpią krócej niż 7 godzin na dobę lub znacznie więcej niż 7 godzin) – mówi dr Magdalena Białkowska, ekspertka Instytutu Żywności i Żywienia w zakresie leczenia otyłości, która wiele lat pracowała w Poradni Chorób Metabolicznych IŻŻ w Warszawie.

Na tym oczywiście nie koniec. Możliwych powodów oraz mechanizmów rozwoju otyłości jest znacznie więcej.

Otyłość niejedno ma imię

– Inną przyczyną może być nadmierny lub wręcz niepohamowany apetyt, tzw. żarłoczność, który niestety występuje u bardzo wielu osób. Wzmożony apetyt może dotyczyć konkretnej grupy produktów, np. słodyczy. Najczęściej jest on skutkiem różnego rodzaju zaburzeń metabolicznych – mówi dr Magdalena Białkowska.

Ekspertka wyjaśnia, na przykład, że apetyt na słodycze jest często spowodowany hiperinsulinemią, czyli nadmiernym wydzielaniem insuliny przez trzustkę.

– U części osób to zaburzenie ma podłoże genetyczne, lecz u większości jest nabyte. Hiperinsulinemia prowadzi do nadmiernych spadków stężenia glukozy we krwi, a jak wiadomo, jego szybkie i duże spadki (prowadzące do stanu hipoglikemii) są dla ludzi przykre i trudne do zniesienia. Dlatego, aby podnieść poziom cukru we krwi i poczuć przypływ energii ludzie sięgają po słodycze – tłumaczy dr Białkowska.

Specjalistka dodaje, że ten mechanizm występuje często u ludzi otyłych, u których z uwagi na duże komórki tłuszczowe (adipocyty), organizm musi wytwarzać duże ilości insuliny, aby móc te komórki dobrze obsłużyć (wprowadzając glukozę do ich wnętrza). Jest to więc trochę błędne koło, z którego trudno się wyrwać.

– Nic dziwnego, że wielu moich pacjentów przyznaje wprost, iż są uzależnieni od słodyczy. Niestety, jeśli to trwa dłuższy czas, w końcu trzustka się wyczerpuje i tak rodzi się cukrzyca typu 2 – kontynuuje dr Białkowska.

Dlatego, ekspertka potępia fakt, że w naszej kulturze słodycze są obecne i mocno promowane nie tylko w świecie dorosłych, ale także i dzieci, od najmłodszych lat naszego życia.

– Wielkim błędem jest nagradzanie dzieci słodyczami czy też stosowanie ich w roli pocieszyciela. Naraża to dużą część społeczeństwa na wytworzenie się niezdrowych nawyków żywieniowych, które w dorosłym życiu prowadzą do otyłości i innych chorób – ostrzega dr Białkowska.

Ale wzmożony apetyt na słodycze mogą też wywoływać inne czynniki, takie jak: niedobór serotoniny w mózgu, niedobór chromu, wysoki poziom progesteronu (np. u kobiet przed miesiączką) czy też wysoki poziom tzw. neuropeptydu Y (substancja mająca udział w funkcjonowaniu układu nerwowego i hormonalnego).

Skrajnym przykładem zaburzeń metabolicznych i hormonalnych prowadzących do nadmiernego objadania się i otyłości jest rzadko występująca choroba o podłożu genetycznym: tzw. choroba wiecznego głodu (Zespół Pradera-Williego).

Dlaczego tyjemy: kulinarne pokusy

Kolejnym winowajcą, którego nie można pominąć w analizowaniu przyczyn nadwagi i otyłości jest oczywiście tłuszcz, dodający potrawom smaku oraz sytości.

– Wielu otyłych mężczyzn twierdzi, że są uzależnieni od jedzenia bogatego w tłuszcz. Może to być skutek nadmiernego wydzielania się w ich organizmach neuropeptydu zwanego galaniną, który nasila apetyt na produkty obfitujące w tłuszcz. Tego rodzaju skłonność również często ma podłoże genetyczne – mówi dr Białkowska.

Wspomniana wyżej galanina jest jednak współwinna również występowania innego rodzaju zaburzeń odżywiania, jakim jest tzw. zespół nocnego jedzenia (chory budzi się w nocy i objada).

– Zespół nocnego jedzenia także ma podłoże metaboliczne i hormonalne. Wywołuje go bowiem nadmierne wydzielanie galaniny, kortyzolu, insuliny, przy jednoczesnym niedostatku melatoniny w organizmie. W przypadku tej choroby, w związku z towarzyszącymi jej zaburzeniami snu i wyczerpaniem, poza interwencją endokrynologa i dietetyka, wskazana jest też pomoc psychiatry – podpowiada dr Białkowska.

Emocjonalne podłoże rozwoju otyłości

Wraz z rozwojem wiedzy naukowej w zakresie medycyny i psychologii coraz częściej mówi się też o emocjonalnych przyczynach rozwoju otyłości.

– U wielu osób silny, chroniczny stres, zaburzenia nastroju lub innego rodzaju zaburzenia psychiczne mogą sprzyjać wystąpieniu otyłości. Wiele osób mówi wprost: że „zajadają” swój stres albo chandrę. W ich przypadku jedzenie może stanowić formę kompensacji życiowych niepowodzeń czy negatywnych przeżyć, łatwo dostępną formę pocieszenia. Ale to sprawa bardzo indywidualna. Na przykład w depresji część osób przybiera na wadze, wskutek objadania się, podczas gdy inne chudną, bo tracą apetyt – mówi dr Białkowska.

Niestety, na tym lista czynników ryzyka rozwoju otyłości się jeszcze nie kończy.

– Mogą jej również sprzyjać niektóre leki, jak np. sterydy, przyjmowane przez chorych na astmę czy w chorobach autoimmunologicznych, a także szereg leków stosowanych w leczeniu chorób psychicznych – dodaje ekspertka.

Jak widać, otyłość niejedno ma imię i naprawdę trudno jest w tym przypadku generalizować, aby wskazać jakąś jedną, najważniejszą jej przyczynę.

– Upraszczając, można oczywiście powiedzieć, że część przypadków otyłości jest spowodowana uzależnieniem od smakowitej, wysokokalorycznej żywności. Ale nie można pomijać faktu, że spora część przypadków jest efektem różnego rodzaju zaburzeń metabolicznych i hormonalnych – konkluduje dr Magdalena Białkowska.

Gdzie otyłe osoby powinny szukać fachowej pomocy

To właśnie z powodu współwystępowania i wzajemnej interakcji wielu różnorodnych czynników ryzyka, tak trudno jest walczyć z otyłością.

Gdzie zatem osoby zmagające się z problemem nadwagi lub otyłości powinny szukać profesjonalnej pomocy?

– Na początek należy się udać do lekarza pierwszego kontaktu. Na podstawie wydanego przez niego skierowania chory powinien następnie udać się do poradni leczenia otyłości. Takie poradnie działają we wszystkich większych miastach w Polsce. Czasem funkcjonują jako poradnie leczenia chorób metabolicznych – radzi dr Białkowska.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Jakie badania robią Polacy?

laboratory-2815641_1920-copy

Zniechęca nas oczekiwanie na termin wizyty, brak skierowania, boimy się albo mamy nadzieję, że objawy same ustąpią – takie przyczyny podali ankietowani Polacy, tłumacząc dlaczego nie zgłosili się na badania diagnostyczne. To wyniki z raportu Głównego Urzędu Statystycznego dotyczącego ochrony zdrowia.

 

GUS opublikował raport ”Zdrowie i ochrona zdrowia w 2016 r.”. Znajdują się w nim m.in.: wyniki badania „Ochrona zdrowia w gospodarstwach domowych w 2016 r.”, w którym zapytano Polaków z jakich badań laboratoryjnych korzystali w przychodniach w ciągu 2016 r.

Z raportu wynika, że 46 proc. ankietowanych w ciągu 2016 r. miało wykonane przynajmniej jedno badanie laboratoryjne. Najczęściej wskazywanym była morfologia (42 proc.), a następnie badanie ogólne moczu (ok. 36 proc.).

Morfologia to najprostsze badanie diagnostyczne. Zalecane jest, by je robić raz w roku. Na jego podstawie lekarz może ocenić, czy nie należy włączyć bardziej rozszerzonej diagnostyki w celu wykluczenia np. białaczki, chłoniaka, czy innych poważnych schorzeń, także nienowotworowych. W wielu nowotworach stwierdza się anemię, spadek lub wzrost liczby krwinek białych.

Cytologię miało 18,2 proc. ankietowanych kobiet, a badanie PSA (badanie krwi pozwalające zmierzyć stężenie antygenu specyficznego dla prostaty, co ułatwia wykrycie raka tego gruczołu) – 5,6 proc. mężczyzn.

– Cytologia jest zalecana u pań w wieku od 25-59 lat – mówi Marta Mańczuk, kierownik Pracowni Prewencji Pierwotnej Nowotworów w Zakładzie Epidemiologii Centrum Onkologii. – Co trzy lata powinny ją zrobić panie, u których poprzedni wynik był prawidłowy. Jeśli był nieprawidłowy, badanie trzeba powtarzać częściej.

Wykonanie mammografii zadeklarowało 7,3 proc. kobiet. To badanie – profilaktycznie – zalecane jest co dwa lata u pań w wieku od 50 do 69 lat.

USG – najczęściej wykonywane badanie obrazowe

GUS zbadał także jak często Polacy robią badania obrazowe takie jak: tomografia komputerowa (CT), pozytronowa tomografia emisyjna (PET), rezonans magnetyczny (MRI), elektrokardiogram (EKG), badanie Holtera, echokardiogram (echo serca), USG, RTG, spirometria, urografia, mammografia, biopsja, gastroskopia i kolonoskopia.

Wykonanie w 2016 r. przynajmniej jednego z tych badań zadeklarowało 31 proc. osób badanych. Częściej kobiety niż mężczyźni (37 proc. wobec ok. 25 proc.) oraz mieszkańcy miast niż wsi (35,5 proc. wobec 25 proc.).

Najczęściej respondenci deklarowali, że w 2016 r. w opiece ambulatoryjnej mieli przeprowadzone badania: USG (13,5 proc.), EKG (13 proc. i RTG (10 proc.). Z USG zdecydowanie częściej korzystały kobiety (18,5 proc.) niż mężczyźni (8 proc.). EKG wykonało 14 proc. kobiet i 12 proc. mężczyzn, natomiast RTG – 10 proc. kobiet i prawie tyle samo mężczyzn.

Jakie badania robili Polacy w 2016 r.?

Rzadziej przeprowadzanymi badaniami były: echokardiogram (4,8 proc.), tomografia komputerowa (3,8 proc.), rezonans magnetyczny (2,3 proc.), spirometria (2,2 proc.), badanie Holtera (2 proc.), gastroskopia (1,4 proc.), kolonoskopia (1,1 proc.) i biopsja (1 proc.). Badanie PET, wykorzystujące pierwiastki promieniotwórcze emitujące pozytony i mające zastosowanie głównie w onkologii, kardiologii i neurologii, wykonane było u 0,1 proc. respondentów.

Raport GUS podaje, że osoby, które oceniały swój stan zdrowia jako bardzo dobry, trzykrotnie rzadziej korzystały z badań laboratoryjnych (23 proc.) niż oceniający je jako zły (ok. 74 proc.) czy bardzo zły (ok. 68 proc.).

Za jakie badania płacą Polacy z własnej kieszeni?

Biorąc po uwagę ostatnio wykonane w 2016 r. badanie laboratoryjne, większość była sfinansowana ze środków Narodowego Funduszu Zdrowia lub programów profilaktycznych. 82 proc. badań poziomu PSA było sfinansowane przez NFZ.

Za ok. 7 proc. morfologii i badań moczu pacjenci zapłacili sami. W przypadku cytologii – 25 proc. pacjentek zapłaciło za nią z prywatnych pieniędzy. Według danych NFZ cytologię w ramach programu profilaktycznego raka szyjki macicy wykonało niecałe 19 proc. kobiet w tzw. wieku skryningowym, czyli 25-59 lat.

– Wiele kobiet korzysta z opieki w prywatnych gabinetach ginekologicznych –mówi Mańczuk. – W takich gabinetach lekarz najczęściej pobiera cytologię raz w roku i koszt badania jest już zawarty w koszcie wizyty. Pacjentka ta nie trafia wtedy do systemu NFZ, który gromadzi informacje o cytologiach wykonanych w ramach programu profilaktycznego .

Nieco inaczej sytuacja wygląda w przypadku mammografii, z której w ramach programu wczesnego wykrywania raka piersi korzysta niemal 40 proc. kobiet w wieku 50-69 lat. – Badanie to jest dużo droższe od cytologii, a ponadto wymaga specjalistycznego sprzętu i tu kobiety chętniej korzystają z badania finansowego przez NFZ – podkreśla Mańczuk. – Niestety ten odsetek jest również daleki od zadowalającego, aby można było mówić o skutecznej profilaktyce. W krajach skandynawskich, które często stawiane są za wzór jeśli chodzi o prewencję nowotworów, z badań profilaktycznych korzysta ponad 90 proc. uprawnionych do tego kobiet.

Zapłaciliśmy sami za wiele badań genetycznych

Z budżetów domowych zostało sfinansowanych nawet 40 proc. badań genetycznych.

– NFZ przeznacza na jednego pacjenta ok. 1 tys. zł na wszystkie badania i poradę u genetyka na cały rok – tłumaczy dr Katarzyna Wertheim-Tysarowska, kierownik Pracowni Badań Chorób Dziedzicznych Zakładu Genetyki Medycznej Instytutu Matki i Dziecka. – Jednak lekarze, by postawić diagnozę, coraz częściej potrzebują bardziej skomplikowanych i przez to droższych badań, których koszt przekracza ten limit i wtedy pacjent wykonuje je prywatnie.

Dr Wertheim-Tysarowska dodaje, że często rodzice wolą zapłacić za badania genetyczne niż czekać kilka miesięcy do roku na to, by dostać się do poradni genetycznej w ramach NFZ.

Najczęściej – ponad 20 proc. – pacjenci prywatnie płacili za badanie USG. Płacimy z własnej kieszeni także za badania rezonansu magnetycznego (ok. 19 proc.), biopsji czy za echo serca (po ponad 14 proc.). W ramach medycyny pracy realizowane były tylko niektóre badania. W największym stopniu finansowanie badań z tego źródła dotyczyło spirometrii i badań RTG (po prawie 9 proc.) lub EKG (ponad 5 proc.).

Częściej w miastach nie robili badań

Z badań diagnostycznych nie skorzystało w 2016 r., mimo istnienia takiej potrzeby, 2,1 proc. osób (1,9 proc. mężczyzn i 2,3 proc. kobiet). Częściej nie realizowały tego typu badań osoby starsze – w grupie wieku 60-69 lat (odsetek ten stanowił 3,4 proc). Z wykonania koniecznych badań diagnostycznych rezygnowało więcej mieszkańców miast (2,6 proc.) niż wsi (1,4 proc.).

Dlaczego nie robimy badań?

Do trzech najczęściej podawanych przyczyn niekorzystania z badań wśród mężczyźni należały:

  • długi czas oczekiwania na termin wizyty (ponad 25 proc.),
  • strach (ponad 21 proc.)
  • brak skierowania (ponad 14 proc.)

Kobiety nie robiły badań:

  • bo nie miały skierowania (prawie 23 proc.)
  • ze względu na długi czas oczekiwania na termin wizyty (ponad 21 proc.)
  • z powodu braku pieniędzy (ponad 16 proc.).

Przyczyny niekorzystania z badań diagnostycznych różniły się również ze względu na miejsce zamieszkania. Mieszkańcy miast wśród trzech, najważniejszych powodów wymienili: długi czas oczekiwania na termin wizyty (ok. 24 proc.), brak skierowania (ok. 23 proc.) i strach przed badaniem (ok. 17 proc.). Natomiast mieszkańcy wsi wskazali: brak pieniędzy (ok. 29 proc.), długi czas oczekiwania na termin wizyty (prawie 22 proc.) i oczekiwanie na ustąpienie objawów (ponad 16 proc.).

Odsetek osób, które miały wykonane badanie laboratoryjne, rósł też wraz ze wzrostem poziomu miesięcznego dochodu na jedną osobę w gospodarstwie domowym– od prawie 29 proc. w grupie badanych z dochodem do 800 zł do prawie 56 proc. wśród osób z dochodem powyżej 1600 zł.

Agnieszka Pochrzęst-Motyczyńska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Smaruj powieki na stoku

skis-1785285_1920-copy

Narty to świetny sposób na zimowy wypoczynek. Ale badania wykazują, że miłośnicy białego szaleństwa niedostatecznie dbają o skórę twarzy, zwłaszcza w okolicach oczu.

Badania przeprowadzone kilka lat temu przez CBOS sugerują, że na jednej czy dwóch deskach może jeździć nawet 2 miliony Polaków.

Bezpieczeństwo na stoku, to nie tylko dobry, sprawdzony sprzęt, lecz także właściwy strój oraz krem z filtrem, którym smarujemy odsłonięte części ciała. Badania przeprowadzone przez brytyjskich naukowców dowodzą jednak, że narciarze i snowboardziści niewłaściwie aplikują takie specyfiki.

Narciarzu, zadbaj o swoją twarz!

W eksperymencie przeprowadzonym przez zespół z Liverpoolu udział wzięło 57 ochotników obojga płci. W pierwszej jego fazie, uczestników poproszono o nałożenie kremu z filtrem, tak jak to robią zazwyczaj. Przed i po tej czynności zrobiono im zdjęcia specjalną kamerą, pozwalającą na ujawnienie miejsc, na których nie ma kremu.

Dwa tygodnie po pierwszej wizycie, ochotnicy ponownie odwiedzili laboratorium badawcze. Tym razem przed posmarowaniem dostawali do przeczytania ulotkę z następującym tekstem: „Nowotwory skóry najczęściej występują na obszarach ciała, które mają kontakt ze światłem słonecznym. Większość nowotworów skóry występuje na twarzy, a 10 proc. wszystkich nowotworów skóry dotyka obszaru okolic powiek, gdzie skóra jest cieńsza i przez to bardziej wrażliwa na słońce. Używanie blokerów zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwór.”

Podobnie, jak za pierwszym razem i teraz ochotnikom dwukrotnie zrobiono zdjęcia tą samą kamerą. Wszystkie fotografie zostały poddane drobiazgowej analizie przez specjalny program, który miał ocenić, jak za każdym razem dana osoba poradziła sobie z pokryciem twarzy kremem.

Okazało się, że za pierwszym razem w trakcie smarowania, ludzie średnio omijali 9,5 procenta całej twarzy. Najczęściej nieposmarowane były powieki (13,5 proc. przypadków) oraz obszar znajdujący się nad nosem (77 proc. przypadków).

I choć w drugiej fazie eksperymentu ochotnicy otrzymali informacje o wrażliwości okolic powiek na promienie słoneczne poprawa w pokryciu twarzy kremem nie była zbyt duża. Ludzie nadal omijali średnio 7,7 proc. obszaru twarzy, w tym około 10 proc. nie smarowało dostatecznie powiek!

Smarowanie kontra rak

– Oczy oraz skóra wokół nich są wyjątkowo podatne na promieniowanie UV i nowotwory. Narciarze oraz snowboardziści są na nie bardzo narażeni. Powinni naprawdę uważać – mówi dr Kevin Hamill z University of Liverpool, członek zespołu prowadzącego badania.

W artykule opublikowanym na łamach „Plos ONE”, uczeni ci zwracają uwagę na to, że najczęstszym nowotworem głowy i szyi (90 proc. przypadków) jest rak podstawnokomórkowy skóry. Choć daje się go dość łatwo leczyć, jak wszystkie nowotwory złośliwe, może być niebezpieczny.

Stąd, dr Hamill apeluje do wszystkich miłośników białego szaleństwa: – Starannie zaaplikowany krem o faktorze minimum 30 wystarcza tylko na początek. Trzeba zabrać tubkę ze sobą i smarować się regularnie w trakcie przerw w jeździe. Należy również używać gogli albo okularów przeciwsłonecznych – mówi dr Hamill.

Powodzenia na stoku!

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Fakty o witaminach: A, E, D i K

capsule-1079838_1920-copy

„Witamina to substancja, która czyni cię chorym, jeśli jej nie zjesz” – zdefiniował kiedyś noblista Albert Szent-Gyorgyi, odkrywca witamin C i P. Ale nadmiar witamin też uczynić może chorym. Łatwiej o to przy zażywaniu witamin rozpuszczalnych w tłuszczach: A, D, E i K .

Ponieważ nie rozpuszczają się w wodzie, ich nadmiar nie jest usuwany z moczem i potem – są magazynowane w wątrobie oraz tkance tłuszczowej.

Ich przyswajanie utrudnia miedzy innymi:

  • niedobór żółci (dzięki której możemy wchłaniać tłuszcze),
  • stosowanie środków odchudzających, które ograniczają wchłanianie tłuszczów;
  • płynna parafina, przyjmowana przy zaparciach.

Magazynowanie tych witamin to z jednej strony dobra cecha – łatwiej uniknąć niedoboru którejś z nich. Z drugiej – gdy przyjmowane są w bardzo dużych ilościach, może dojść do niebezpiecznego przedawkowania.

Najłatwiej przedawkować zbyt entuzjastycznie przyjmując suplementy.

Witamina A

Występuje pod dwiema postaciami. Produkty pochodzenia zwierzęcego – jaja, mleko, masło, wątróbka – zawierają retinol. Natomiast źródłem prowitaminy A (beta – karotenu) są warzywa o zielonych liściach oraz warzywa i owoce o żółte pomarańczowej i czerwonej barwie. Dzienne zapotrzebowanie człowieka dorosłego na retinol wynosi około 500 mikrogramów.

„Kurzą ślepotę” (niedowidzenie po zmierzchu), klasyczny objaw niedoboru witaminy A, znali już starożytni. Nadal jednak jest problemem – według danych WHO witaminy tej brakuje aż 250 milionom dzieci, zaś w przypadku co najmniej 250 000 z nich dochodzi do utraty wzroku, a często nawet do zgonu. Inne problemy niedoboru tej witaminy to obniżona odporność, osłabienie rozwoju kości, słabe zęby, sucha i szorstka skóra, bezsenność i zmęczenie.

Co ciekawe, sucha skóra to objaw także przedawkowania witaminy A (podobnie jak mało charakterystyczne nudności i bóle brzucha). Jednak jej nadmiar jest najgroźniejszy dla rozwijającego się płodu – może powodować wady wrodzone. Zdarza się to przy przedawkowaniu suplementów retinolu. Jeśli pijemy za dużo soku z marchewki, od beta-karotenu – to tzw. prowitamina witaminy A, czyli związek, z którego ona powstaje – skóra może się stać żółtopomarańczowa, ale organizm nie wytworzy nadmiaru gotowej witaminy.

Ponieważ witamina A wykazuje działanie przeciwnowotworowe, przez pewien czas jej suplementy zalecano palaczom dla ochrony przed rakiem płuc. Skutek jednak okazał się dokładnie odwrotny – podawanie beta karotenu zwiększa ryzyko nowotworów płuc i krtani.

Witamina D

Niedobór witaminy D przejawia się na wiele sposobów, jednak jako pierwsza zwróciła na siebie uwagę krzywica, zwana też chorobą angielską. Angielską, ponieważ zniekształcenia związane ze zbytnią miękkością kości bardzo często obserwowano angielskich dzieci żyjących w miastach. Uboga dieta, zanieczyszczone powietrze, częste zachmurzenie, przebywanie w ciemnych pomieszczeniach – wszystko to ograniczało wytwarzanie witaminy D w skórze pod wpływem promieni słonecznych.

”Gotową” witaminę D zawierają w dużych ilościach ryby i tran, jest też w jajach czy serach. Niemniej jednak organizm ludzki pokrywa jej zapotrzebowanie z pokarmów średnio jedynie w około 10 proc.

Witaminie tej zawdzięczamy:

  • mocne kości i zdrowe zęby,
  • zdrowy układ krążenia,
  • szczupłą sylwetkę,
  • mniejsze ryzyko zachorowania na nowotwory;
  • brak zaburzeń nastroju;
  • zdrowy układ odpornościowy.

Niedawno opublikowana na łamach „British Medical Journal” metaanaliza 25 badań z udziałem ponad 11 000 pacjentów wskazuje, że właściwy poziom tej witaminy osiągnięty dzięki suplementacji może chronić przed przeziębieniami i grypą. Jak obliczył jeden z autorów metaanalizy, prof. Adrian Martineau, powszechna suplementacja witaminy D pozwoliłaby rocznie uniknąć przeziębienia ponad 2 milionom Brytyjczyków.

Dzienną dawkę witaminy D można sobie zapewnić wystawiając skórę na działanie promieni słonecznych – wystarczy kilkunastominutowa ekspozycja około 20 proc. powierzchni ciała.

Kiedyś miały z tym problem angielskie dzieci, teraz miewają mieszkające w północnej Europie ortodoksyjne muzułmanki, których całe ciało osłania tkanina. A zimą, gdy słońce słabo świeci, a ludzie szczelnie się okrywają, problem może dotknąć każdego. Zwłaszcza, jeśli powietrze jest tak zanieczyszczone jak w XIX-wiecznym Londynie…albo współczesnym Krakowie. Paradoksalnie może jej brakować nawet latem, jeśli stosujemy kremy do opalania z mocnym filtrem albo większość czasu spędzamy w pomieszczeniach.

Dlatego specjaliści zalecają przyjmowanie suplementów witaminy D zimą i jesienią w dawce około 1000 jednostek dziennie (na północy Europy). Jednak dokładne wyliczenie dawki zależy od sytuacji.

Na przykład Polskie Towarzystwo Ginekologiczne, zarówno ze względu na zapobieganie osteoporozie, jak i równowagę hormonalną czy ochronę przed rakiem piersi i mięśniakami macicy, zaleca kobietom suplementację w dawce do 2000 jednostek (niedobory dotyczą nawet 90 proc. ich populacji). W grę wchodzi także zmniejszanie napięcia przedmiesiączkowego i zwiększanie płodności – w przypadku zespołu policystycznych jajników szanse na zajście w ciążę rosną nawet o 30 proc. przy właściwym zaspokojeniu potrzeb organizmu kobiety w tę witaminę.

W samej ciąży suplementacja zmniejsza ryzyko powikłań – cukrzycy ciążowej, stanu przedrzucawkowego, przedwczesnego porodu czy niskiej wagi urodzeniowej.

Co więcej, niedobór w czasie ciąży oznacza niedobór również u dziecka, a to rzutuje na jego późniejszy stan zdrowia. Mężczyźni również potrzebują tej witaminy – choćby ze względu na zapobieganie bólom głowy, by nie wspomnieć o nadciśnieniu, zaburzeniach hormonalnych, cukrzycy czy chorobie Alzheimera.

Trzeba jednak zachować rozsądek – choć rzadkie, przedawkowanie witaminy D jest najbardziej niebezpieczne. Może dojść do kamicy nerkowej i zwapnienia tętnic.

Witamina E

Witaminę E (tokoferol) zawierają oleje roślinne, orzechy, migdały, kiełki, warzywa o zielonych liściach – ale także masło, jaja czy ryby. Przedawkowanie witaminy E jest znacznie rzadsze niż w witamin A czy D.

Tokoferol jest silnym przeciwutleniaczem, usuwa również wolne rodniki, od których starzeją się tkanki i działa przeciwzapalnie. Jest też ważny dla płodności, na co wskazuje sama nazwa wywodząca się z greckiego „wydawać na świat młode” (szczury pozbawione witaminy E stawały się bezpłodne).

Wyniki badań niedawno opublikowanych na łamach „New England Journal od Medicine” wskazują również, że witamina E może zapobiegać niealkoholowemu stłuszczeniu wątroby.

Witamina K

Można ją znaleźć w olejach roślinnych (szczególnie z pestek winogron, rzepakowym i sojowym), liściach roślin spokrewnionych z kapustą, sałacie, awokado czy wątróbce.

Jest także produkowana przez naszych dobrych sublokatorów – bakterie jelitowe. Dzięki temu jej niedobór, prowadzący do obniżenia krzepliwości krwi i krwawień jest rzadki – zdarza się na przykład u noworodków czy osób leczonych antybiotykami.

Bardziej można się obawiać związanego z suplementacją nadmiaru, który może prowadzić do niedokrwistości z powodu rozpadu czerwonych krwinek, uszkodzenia wątroby a nawet uszkodzenia mózgu (u niemowląt).

Dziecko, które przypadkowo zjadłoby całe opakowanie witaminy, musi natychmiast trafić do szpitala.

W przypadku noworodków i niemowląt poniżej 3. miesiąca życia niedobór witaminy K może być poważnym problemem, zwłaszcza, jeśli karmione są naturalnie. Mleko matki praktycznie nie zawiera tej witaminy, a flora jelitowa nie jest jeszcze źródłem dostatecznej jej ilości.

To dlatego od lat 60. witamina K jest podawana noworodkom. Jak niemal każde działanie profilaktyczne i to ma swoich przeciwników, według których natura najlepiej wie co robi.

Paweł Wernicki

Infografika PAP

Źródło www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Ergonomia – ważny element stanowiska pracy

student-849825_1920-copy

Wady postawy, bóle kręgosłupa, pleców, szyi oraz problemy ze wzrokiem – to tylko niektóre problemy zdrowotne, do których przyczynia się niewłaściwie urządzone stanowisko pracy. Jak uczynić nasze biura bardziej przyjaznymi dla zdrowia? Sprawdź co w tym temacie radzą eksperci.

Ergonomia, czyli dziedzina wiedzy zajmująca się m.in. dostosowywaniem warunków pracy do możliwości człowieka (anatomicznych, fizjologicznych i psychicznych) jest bardzo ważnym elementem życia zawodowego, nie tylko dlatego, że dzięki niej można zwiększyć bezpieczeństwo i higienę pracy, lecz także pracować wydajniej i popełniać mniej błędów.

Fitness zaczyna się od krzesła i myszy

– Niewłaściwe, nieergonomiczne stanowiska pracy powodują, że mamy do czynienia ze zwiększającą się liczbą wad postawy, bólami kręgosłupa, pleców, szyi i problemami ze wzrokiem – mówi Zbigniew Jóźwiak z Zakładu Fizjologii Pracy i Ergonomii Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi.

Ekspert podkreśla, że wszystkie elementy stanowiska komputerowego są ważne, zarówno monitor, klawiatura, mysz, jak i biurko czy krzesło.

Zbigniew Jóźwiak przypomina, że górna krawędź monitora nie powinna znajdować się wyżej niż oczy użytkownika. Takie są zalecenia ergonomii, zawarte również w rozporządzeniu ministra pracy i polityki społecznej z 1998 r. ws. BHP na stanowiskach z monitorami.

Warto też zauważyć, że zgodnie z rozporządzeniem, pomiędzy przednią krawędzią klawiatury a przednią krawędzią blatu biurka, na której jest ustawiona, powinno być co najmniej 10 cm wolnej przestrzeni. Zaleca się ponadto, żeby klawiatura znajdowała się nieco poniżej poziomu łokci. Na tej samej wysokości powinna znajdować się mysz komputerowa.

– Bardzo niewskazane są sytuacje, kiedy klawiatura stoi na specjalnej półce pod blatem, natomiast mysz już się tam nie mieści i leży na samym blacie, jakieś 5-10 cm wyżej. To są sytuacje, które powodują znaczące obciążenie kończyny górnej, którą posługujemy się myszą, a potem dolegliwości całej kończyny począwszy od nadgarstka, a skończywszy na barkach – dodaje Zbigniew Jóźwiak.

Oświetlenie stanowiska komputerowego nie powinno wywoływać odblasków i olśnień, czyli nie mogą tworzyć go lampy świecące prosto w ekran, sprawiające, że musimy mrużyć oczy. To samo dotyczy lamp sufitowych, a także okien.

Przyjmuje się, że sztuczne oświetlenie w pomieszczeniu z komputerem powinno być nie mniejsze niż 500 luksów.

– Wieczorem powinniśmy korzystać raczej ze światła bardziej ciepłego, takiego żółtawego, aniżeli niebieskiego, bo to ułatwi nam potem zasypianie – zaznacza Zbigniew Jóźwiak.

Jeżeli chodzi o okno, to w zasadzie monitor powinien stać bokiem do okna, tak, żeby nie powstawały na nim odblaski od słońca. Nie może stać również tyłem do okna dlatego, że w dni bardzo słoneczne mamy do czynienia z nadmiernymi kontrastami tego, co jest na ekranie i tego co jest za oknem.

Według eksperta, nie ma recepty na najlepsze siedzisko do pracy przy komputerze. Jak przyznaje, sam doradza każdemu, żeby osobiście wypróbował krzesło, z którego będzie chciał dłużej korzystać przy pracy z komputerem.

Warto zainwestować w podnóżek

– Na pewno krzesło powinno mieć możliwość regulacji wysokości siedziska, tak, żeby dopasować je do swojego wzrostu. Jeżeli użytkownik jest zbyt niski, niezbędne jest zastosowanie podnóżka. Ale podnóżek jako taki jest polecany wszystkim i rzeczywiście poprawia on komfort użytkowania krzesła oraz całego stanowiska komputerowego – przekonuje ekspert.

Oparcie krzesła czy fotela powinno podpierać w szczególności odcinek lędźwiowy kręgosłupa, a zatem powinna być możliwość regulacji jego wysokości. Ważna jest także możliwość zmiany kąta nachylenia oparcia.

W Polsce praca przy komputerze na ogół odbywa się na siedząco. Ale – zdaniem eksperta od ergonomii – warto też rozważyć możliwość wstawania razem z tym stanowiskiem. Do dyspozycji są bowiem od dawna biurka z regulacją wysokości pozwalające na okresową obsługę komputera w pozycji stojącej. Ponadto, istnieje także możliwość siedzenia w przysiadzie z wykorzystaniem tzw. wspornika pośladków.

Cennym elementem w pracy mogą też być podłokietniki. Można na nich podpierać przedramiona korzystając z klawiatury i myszy, aby zmniejszyć obciążenie rąk. Można też korzystać z nich jedynie podczas przyjmowania odchylonej do tyłu relaksującej pozycji ciała.

Ale ergonomia to nie tylko kwestia sprzętu. To także odpowiednia higiena pracy, czy też jak kto woli – higiena psychiczna. O co chodzi?

– Wszystko zależy od tego, jak jesteśmy zmęczeni. W każdym razie nie należy sobie pozwalać na to, aby praca czy rozrywka tak bardzo nas wciągnęła, że pracujemy 3-4 godziny bez przerwy, bo to na pewno odbije się niekorzystnie na naszym układzie mięśniowo-szkieletowym – podsumowuje Zbigniew Jóźwiak.

Na koniec, przypomnijmy, że zgodnie z polskim prawem, po każdej godzinie pracy przy komputerze należy robić 5 minut przerwy, a w przypadku kobiet w ciąży powinno być to 10 minut odpoczynku.

Kamil Szubański (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

To mit, że witamina C zapobiega przeziębieniu

background-1239436_1920-copy

 Witamina C nie jest panaceum na przeziębienia i grypę. Badania pokazały, że ani nie leczy grypy, ani nie jest lekiem, który możemy stosować prewencyjnie, żeby jej zapobiec – mówi prof. Andrzej Stańczak, kierownik Zakładu Farmacji Szpitalnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Prof. Andrzej Stańczak przypomniał, że całą akcję medialną wokół witaminy C spowodował jeszcze w latach 70. laureat Nagrody Nobla Linus Pauling, który napisał trzy książki na ten temat, a pierwsza dotyczyła zastosowania witaminy C w grypie.

– On uważał, że duże dawki witaminy C mogą zredukować zachorowalność nawet do 45 proc. Sam brał wyjątkowo duże dawki, aż dziwne, że się nie zatruł. Ale spowodowało to powstanie szeregu badań stricte naukowych, w których wykazano jednak, że witamina C nie jest ani lekiem, który leczy grypę, ani który możemy stosować prewencyjnie, żeby jej zapobiec – wyjaśnił prof. Andrzej Stańczak.

Witamina C – jak ją dawkować?

Witamina C jest witaminą niezbędną dla człowieka bowiem m.in. bierze udział w produkcji kolagenu, ale również wielu innych transmiterów. Jest niezbędna do dobrego wchłaniania żelaza i w wielu innych procesach biochemicznych.

– Prawidłowe dawki były ustalone pierwotnie w leczeniu szkorbutu i wahają się od 60 do 100 mg dziennie. Wszystko też zależy od wieku i masy ciała. Troszkę inne zapotrzebowanie jest u kobiet w ciąży, inne u sportowców, ale wszystko jednak mieści się w tych granicach – dodał prof. Stańczak.

Według eksperta, jeżeli dostarczamy do organizmu zbyt duże dawki witaminy C, to ona przestaje się wchłaniać. Jeżeli np. weźmiemy 200 mg, to wchłania się 70-90 proc, ale już 1 g witaminy C wchłania się w 50 proc.

Witamina C w nowotworach nie jest skuteczna

Wśród różnych zastosowań witaminy C próbowano też wykorzystać ją w leczeniu nowotworów.

– Zauważono, że w przypadku nowotworów zanika kolagen, a ponieważ witamina C bierze udział w jego syntezie, więc był pomysł, żeby stosować ją w przypadku nowotworów. Najczęściej w tym przypadku była ona stosowana w iniekcjach, w olbrzymich dawkach – wyjaśnił.

Przyznał, że w tym przypadku badania są bardzo rozbieżne, choć w większości przypadków okazało się, że nie jest ona skuteczna i nie jest skutecznym lekiem.

– Jedyny pozytywny efekt, jaki można było zauważyć, to było zmniejszenie objawów ubocznych związanych ze stosowaniem chemioterapeutyków. Poza tym czasami był przedłużony okres progresji, ale to wszystko zależało od rodzaju nowotworu i stopnia zaawansowania. Także to nie jest lek, który można stosować w tym przypadku – ocenił kierownik Zakładu Farmacji Szpitalnej UM w Łodzi.

Dobre źródło witaminy C: żółta papryka i kiwi

Dietetyk medyczny Sandra Ataniel przypomniała, że witamina C jest przez wiele zwierząt wytwarzana w organizmie, ale niestety człowiek w etapie ewolucji utracił tą zdolność. Musimy więc dostarczać ją z pożywienia, a ponieważ jest bardzo dobrze rozpuszczalna w wodzie, nie jesteśmy w stanie jej zmagazynować.

– Ogólnie w polskiej populacji nie występują niedobory witaminy C dlatego, że występuje ona w naprawdę bardzo wielu produktach. Osoby, które są szczególnie narażone na jej niedobory, to osoby, u których występuje chroniczny stres, mające problemy z nadciśnieniem, chorujące na cukrzycę, czy uzależnione od nikotyny i papierosów, ponieważ one znacząco zmniejszają wchłanianie witaminy C – wyjaśniła dietetyk.

Główne źródła witaminy C to produkty roślinne, szczególnie zielone i pomarańczowe. – Wszystkim nam kojarzy się witamina C z cytryną, choć tak naprawdę nie do końca jest to jedno z najlepszych źródeł. Jednym z najlepszych są: acerola, dzika róża, porzeczka, rokitnik – zaznaczyła dietetyk.

Niestety z praktycznego punktu są to produkty, które bardzo rzadko spożywamy surowe. Biorąc pod uwagę produkty, które można zjeść na surowo lub po bardzo małej obróbce termicznej, to bogate w witaminę C są produkty kapustne: brukselka, brokuły czy kalafior. Dobrym źródłem witaminy C jest też: jarmuż, szpinak, pietruszka, koperek czy szczypiorek. Ale warto jeść także żółtą paprykę.

– Żółta papryka dostarczy nam tyle witaminy C, co sok wyciśnięty z 16 cytryn. A z owoców polecam kiwi, bo 100 g kiwi dostarczy nam dzienną dawkę tej witaminy – podsumowała Sandra Ataniel.

Kamil Szubański (www.zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Chcesz zachować zdrowie, czytaj etykiety!

shelf-shop-707592_1920-copy

Lekarze i dietetycy przekonują, że we współczesnym świecie, zdrowie „zaczyna się” przy sklepowej półce. Od tego co włożymy do koszyka zależy bowiem zdrowie nie tylko nasze, ale i naszych bliskich. Myślisz, że jesteś już świadomym konsumentem i podejmujesz dobre decyzje zakupowe? Zobacz, co radzą w tym temacie eksperci.

Zakupy spożywcze w dzisiejszych czasach, gdy półki supermarketów uginają się od tysięcy podobnych do siebie, konkurencyjnych produktów, to nie kaszka z mlekiem. Aby sprawnie poruszać się w labiryncie sklepowych półek, nie zagubić w gąszczu marketingowych przekazów i dokonywać optymalnych decyzji zakupowych, trzeba mieć nie tylko dużo cierpliwości i silnej woli, lecz także sporo wiedzy.

Chodzi nie tylko o wiedzę na temat marketingowych trików, stosowanych przez producentów i handlowców, ale przede wszystkim o wiedzę na temat zasad zdrowego żywienia i wartości odżywczej produktów. Dopiero uzbrojeni w taką wiedzę stajemy się naprawdę świadomymi konsumentami, których spece od marketingu nazywają dziś „sprytnymi” (smart shoppers).

Dlaczego to takie ważne? Ponieważ, dokonując lepszych wyborów żywieniowych chronimy i wzmacniamy nasze zdrowie. Eksperci szacują, że aż w 50 proc. stan naszego zdrowia zależy od stylu życia, którego kluczowymi elementami są sposób żywienia i poziom aktywności fizycznej.

Mniej soli, cukru i tłuszczu

– Niestety, Polacy nie czytają etykiet. Aż 2/3 Polaków po prostu nie zwraca na to uwagi. Tylko jedna trzecia. I ta jedna trzecia jeśli zwraca uwagę, to przede wszystkim na datę przydatności do spożycia, następnie na skład, i to ten skład „negatywny”. Szukamy po prostu „E”, a dopiero potem zwracamy uwagę na wartość odżywczą – mówi dr n. med. Agnieszka Jarosz, z Instytutu Żywności i Żywienia (IŻŻ).

Tymczasem, wbrew powszechnej opinii, to wcale nie tzw. numery „E” w żywności (pod którymi kryją się różnego rodzaju dodatki, np. przeciwutleniacze, barwniki) są najgroźniejsze dla zdrowia, lecz nadmiar soli, cukru i tłuszczu.

– Czytanie etykiet jest ważne dlatego, że dzięki temu możemy dokonać świadomego, mądrego wyboru. Kiedy na przykład lekarz czy dietetyk zaleci nam: proszę unikać soli, cukru czy tłuszczu, to szczegółowe informacje o zawartości tych składników w produkcie znajdziemy właśnie na etykiecie, w tabeli wartości odżywczej. W związku z tym, możemy wybrać produkt, który dla nas jest zdrowszy – tłumaczy dr Agnieszka Jarosz.

Ekspertka zachęca więc do porównywania podobnych do siebie (z pozoru) produktów, należących do tej samej kategorii, tak by dzięki temu móc świadomie wybrać zdrowszą opcję.

Dotkliwe skutki przekarmienia

Dlaczego nadmiar soli, cukru i tłuszczu w codziennej diecie jest dla nas tak bardzo niebezpieczny i czym konkretnie grozi?

– Dobrze wybierać produkty, które mają: mniej tłuszczu, dlatego, że jego nadmierne spożycie wiąże się z chorobami układu krążenia i nowotworami; mniej cukru, bo towarzyszy on m.in. otyłości, podobnie jak tłuszcz; i mniej soli, ponieważ kojarzy się nie tylko z chorobami układu krążenia (zwłaszcza z nadciśnieniem), ale również z nowotworami żołądka – ostrzega dr Agnieszka Jarosz.

Ekspertka przyznaje, że Polacy żywią się obecnie zdrowiej niż jeszcze 10 lat temu, ale do ideału jest jeszcze bardzo, bardzo daleko. Jakie są zatem nasze największe grzechy żywieniowe?

– Niestety, Polacy nadal jedzą zbyt tłusto, zbyt słono i zbyt słodko. I naprawdę warto na te elementy zwrócić uwagę – konkluduje dr Agnieszka Jarosz.

Skąd mam wiedzieć co i w jakiej ilości należy jeść?

Dla osób, które chciałyby dowiedzieć się więcej, na temat czytania etykiet oraz wartości odżywczej jedzenia, mamy dobrą wiadomość. Instytut Żywności i Żywienia zrealizował niedawno dużą, ogólnopolską kampanię edukacyjną, w ramach której powstało wiele użytecznych, multimedialnych materiałów poradnikowych (m.in. e-book, infografiki, spot i „ściąga” do pobrania na telefon). Można je znaleźć na stronie kampanii www.kupujeto.pl lub też na stronie Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej. Na tej ostatniej można również znaleźć aktualną Piramidę Zdrowego Żywienia i Aktywności Fizycznej IŻŻ, a także zgłębić wiedzę na temat dodatków do żywności (słynnych numerów „E”), które jak podkreślają eksperci, co do zasady są bezpieczne dla zdrowia, pod warunkiem, że nie są spożywane w nadmiarze.

Jeśli ktoś chciałby pójść jeszcze o krok dalej i dowiedzieć się jaką konkretnie ilość poszczególnych składników odżywczych powinien spożywać, aby zachować dobre zdrowie (stosownie m.in. do swojego wieku), powinien sięgnąć po „Normy żywienia dla populacji Polski”. Najnowsza wersja norm, opracowywanych przez ekspertów IŻŻ, dostępna jest za darmo na stronie www.ncez.pl.  A gdyby ktoś miał jeszcze większy głód wiedzy, to może dodatkowo porównać polskie zalecenia żywieniowe do oficjalnych rekomendacji Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), która bardzo konkretnie podpowiada ile soli, cukru i tłuszczu można bezpiecznie spożywać.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com