Uwaga na suplementy z zielonej herbaty

capsule-1079838_1920-copy

Reklamowane są jako remedium na wiele dolegliwości. Ale niektórym mogą bardzo zaszkodzić. Boleśnie przekonał się o tym pewien Amerykanin, którego uratowała transplantacja wątroby.

Ta historia przydarzyła się Jimowi McCantsowi z Teksasu, a zrelacjonował ją serwis BBC. Amerykanin, w związku ze zbliżającymi się 50-tymi urodzinami, postanowił lepiej zadbać o swoje zdrowie. Poprawił sposób żywienia, regularnie ćwiczył i zaczął przyjmować suplementy diety zawierające ekstrakt z zielonej herbaty. Liczył na to, że te ostatnie, dzięki zawartości silnych antyoksydantów (z grupy katechin) wzmocnią jego organizm, a zwłaszcza układ krążenia.

Po blisko trzech miesiącach przyjmowania tych suplementów żona Jima któregoś dnia zauważyła, że ma on mocno pożółkłą twarz i oczy. Po badaniach lekarskich okazało się, że mężczyzna ma poważnie uszkodzoną wątrobę i od rychłej śmierci uratować go może tylko przeszczepienie tego organu.

Jim miał szczęście, bo szybko znaleziono dawcę. Cały czas boryka się jednak z różnymi przewlekłymi powikłaniami, takimi jak chroniczne bóle brzucha czy przewlekła choroba nerek. Pozostaje więc pod stałą opieką hepatologa i nefrologa.

Lekarze Jima, szukając przyczyn problemu stwierdzili, po wyeliminowaniu wszystkich innych możliwości, że za uszkodzenie jego wątroby odpowiadają suplementy z zielonej herbaty.

Kiedy suplementy z zielonej herbaty są groźne

Zapewne tysiące ludzi przyjmują suplementy z zielonej herbaty, a mimo to nie lądują na stole chirurgicznym transplantologów. Jednak warto wiedzieć, że historia Jima McCantsa nie jest wcale odosobniona. Na świecie stwierdzono już co najmniej 80 podobnych przypadków. Ale oczywiście nie oznacza to, że należy pożegnać się z zielonkawym, herbacianym naparem.

Zielona herbata jest spożywana przez ludzi w formie naparu już od tysięcy lat i dotąd kojarzona była głównie z dzialaniem prozdrowotnym. W tej kwestii nic się nie zmienia. Wspomniane wcześniej kontrowersje i problemy dotyczą tylko suplementów diety, które zawierają jej ekstrakt.

Przypomnijmy, że Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) w tym roku opublikował stanowisko w tej sprawie, w reakcji na pojawiające się w Europie przypadki uszkodzenia wątroby, spowodowane przez suplementy zawierające ekstrakt z zielonej herbaty. Eksperci z EFSA, po wnikliwej analizie dostępnych danych naukowych orzekli, że katechiny z zielonej herbaty (konkretnie wskazali na związek o nazwie galusan epigalokatechiny – EGCG), mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia, jeśli są przyjmowane w postaci suplementów diety, w dawce zawierającej 800 mg lub więcej EGCG na dobę.

W tym kontekście nasuwa się pytanie, czy istnieje całkowicie bezpieczna dla zdrowia dawka katechin z zielonej herbaty i ile ona wynosi? Tego niestety ekspertom nie udało się jeszcze precyzyjnie ustalić.

Ile można pić zielonej herbaty?

Jednak naukowcy zapewniają, że picie zielonej herbaty w formie tradycyjnej jest „generalnie bezpieczne”. EFSA podaje, że osoby pijące regularnie umiarkowane ilości zielonej herbaty przyjmują wraz z nią średnio od 90 do 300 mg EGCG. Dla porównania, w przypadku suplementów diety dzienna dawka tego związku może sięgać nawet 1000 mg.

W związku ze stwierdzonym ryzykiem zdrowotnym wynikającym z nadużywania suplementów diety z zielonej herbaty EFSA skierowała do Komisji Europejskiej rekomendacje, które proponują zwiększenie obowiązkowego zakresu informacji podawanych na ich opakowaniach w UE (odnośnie zawartości katechin oraz ryzyka związanego z ich nadmiernym spożyciem).

Tego samego, tyle że od konkretnego producenta suplementów, domaga się wspomniany wcześniej Jim McCants, który walczy o to na drodze sądowej.

Dlaczego suplementy z zielonej herbaty mogą być groźne

Są one bardzo popularne w wielu krajach świata, w tym również w Polsce. I nic dziwnego, bo reklamuje się je jako remedium na wiele powszechnie występujących dolegliwości. Ich producenci sugerują, że pomagają m.in. zwalczać otyłość, zbijać zły cholesterol, „wymiatać” wolne rodniki, wzmacniać odporność i koncentrację, zmniejszać ryzyko nowotworów czy udarów. Najczęściej jednak ekstrakt z zielonej herbaty jest składnikiem suplementów mających wspomagać odchudzanie.

Choć większość ludzi zażywa te suplementy bez uszczerbku dla zdrowia, a być może nawet z korzyścią, to jednak nie sposób zaprzeczyć, że niektórym osobom one szkodzą. Dlaczego tak się dzieje? Tego naukowcy niestety wciąż nie są do końca pewni i postulują prowadzenie dalszych badań nad tą kwestią. Podejrzewają, że wpływ na to, czy suplementy szkodzą komuś, czy nie, mają zarówno czynniki wewnętrzne (np. genetyczne), jak i zewnętrzne (np. sposób korzystania z suplementów).

Jedno jest pewne. Podwyższone ryzyko uszkodzenia wątroby występuje u osób, które przyjmują zieloną herbatę w formie najbardziej skoncentrowanych ekstraktów – podkreśla prof. Herbert Bonkovsky, badacz chorób wątroby z amerykańskiej Wake Forest University School of Medicine, który analizuje uszkodzenia związane z suplementami z zielonej herbaty już od blisko 20 lat.

Specjalista zwraca uwagę na jeszcze jeden możliwy mechanizm zwiększający ryzyko toksycznego działania EGCG.

– Zazwyczaj ludzie biorą ekstrakt z zielonej herbaty próbując zrzucić zbędne kilogramy, co wiąże się z tym, że często też mało wtedy jedzą (powstrzymują się od jedzenia). A z badań na zwierzętach wiemy, że wyposzczone osobniki wchłaniają znacznie większą ilość katechin aniżeli zwierzęta opasłe – mówi prof. Herbert Bonkovsky.

Podsumowując, również w odniesieniu do zielonej herbaty można przywołać liczącą setki lat sentencję autorstwa Paracelsusa: Omnia sunt venena, nihil est sine veneno. Sola dosis facit venenum, czyli: „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni truciznę”. Przyjmując jakiekolwiek suplementy diety, także te z zielonej herbaty, warto więc zachować zdrowy rozsądek i umiar, a najlepiej przed zaordynowaniem sobie takich specyfików skonsultować się z lekarzem.

Źródło: Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Suplementy na serce tylko pod okiem specjalisty

tablets-1001224_1920-copy

 

Chore serce? Zażywanie przepisanych leków to elementarna konieczność, podobnie jak odpowiednia dieta i dawka ruchu. Z suplementów zaś tylko te wskazane przez lekarza.

Takie priorytety – czyli dobry styl życia jako podstawa, oraz stosowanie się do zaleceń lekarskich w sprawie leków i suplementów, zwiększają skuteczność leczenia.

Stosowanie suplementów w kardiologii, jak w każdej innej dziedzinie budzi kontrowersje. Panuje w tej kwestii spore zamieszanie, gdyż zdarza się, że te same substancje (chociaż w innych dawkach) klasyfikowane mogą być jako suplementy diety lub trzeba je rejestrować jako leki.

Przykładem jest chociażby koenzym Q10, który w dużych dawkach zarejestrowany jest w kilku krajach jako lek na receptę.

– Jak najbardziej należy zgodzić się z taką „ewolucją rejestracyjną” tej substancji, bowiem niedawno w badaniu Q-SYMBIO wykazano, że dawki 3 x 100 mg dziennie, przedłużają życie pacjentom z niewydolnością serca – mówi prof. Krzysztof J. Filipiak z I Katedry i Kliniki Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Czym różni się suplement diety od leku

Lek – leczy, zaś suplement jest dodatkiem do żywności. Inna jest procedura rejestracyjna. W przypadku leku jego producent musi przedstawić rezultaty wiarygodnych badań klinicznych na hodowlach komórkowych, zwierzętach i ludziach sprawdzających sposób działania substancji, jej skuteczność i bezpieczeństwo stosowania. Takiego obowiązku nie ma przy rejestracji suplementu diety. Skład, wygląd, ewentualnie konsystencja leku jest ściśle określona i wszelkie odstępstwa w tej mierze skutkują najczęściej wycofaniem danej partii leku z rynku. Takich obostrzeń nie ma co do suplementów diety.

Wyjaśnia, że wysokość zalecanej dawki zależy od danych rejestracyjnych w danym kraju. Podaje przykład kwasów omega-3 – innej substancji funkcjonującej na rynku bądź jako suplement diety (małe dawki np. 200-300 mg ) lub jako lek (duże dawki – 1000 mg).

Jak obniżyć poziom cholesterolu i zapobiec powstawaniu skrzeplin

Towarzystwa naukowe starają się porządkować wskazania dla stosowania nowych preparatów sięgając do opinii specjalistów.

– W piramidzie modyfikującej lipidogram podstawą są działania niefarmakologiczne związane ze zmianą stylu życia – zaleca się więc pacjentowi więcej ruchu, próbę zmniejszenia masy ciała, stosowanie prawidłowej diety, dołączenie żywności funkcjonalnej, czyli np. szeroko reklamowane w środkach masowego przekazu margaryny obniżające stężenie cholesterolu. Kolejnym krokiem jest zalecenie preparatu sprzedawanego w aptece bez recepty jako suplement diety, ale wpływającego na stężenie cholesterolu – monakoliny, która jest produktem naturalnym pozyskiwanym z czerwonego ryżu drożdżowego czy wyciągu z bergamoty – rodzaju dzikiej pomarańczy bogatej w polifenole – wyjaśnia prof. Filipiak.

Jak tłumaczy, monakolinę – w sensie mechanizmu działania – można ją uznać za naturalną statynę.

– Efekty jej stosowania potwierdza Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, który określił optymalną dawkę jej stosowania – 10 mg na dobę. Dopiero następny szczebel piramidy to statyny – czyli leki przepisywane przez lekarza – dodaje kardiolog.

1

– W piramidzie metod wpływu na agregację, czyli zlepianie płytek krwi, które może prowadzić do powstawania niebezpiecznego skrzepu blokującego przepływ krwi w naczyniach, również zaczynamy od metod niefarmakologicznych, takich jak ruch i dieta, wspominamy o korzystnym wpływie niektórych produktów żywnościowych, szczególnie tych zawierających witaminę E (oleje roślinne: słonecznikowy, sojowy, rzepakowy, kukurydziany, kiełki pszenicy, produkty pełnoziarniste, migdały, orzechy laskowe, jajka, mleko, warzywa zielone takie jak brukselka, kapusta, czy szpinak). Zanim dotrzemy na szczyt piramidy, gdzie znajduje się kwas acetylosalicylowy zwany popularnie aspiryną i inne leki przeciwpłytkowe, wymieniamy pierwszy zarejestrowany produkt – suplement diety – preparat wyciągu aktywnych substancji z pomidora” – wyjaśnia dalej prof. Filipiak.

2

Ostrożnie z potasem i magnezem

Spośród wszystkich witamin, szczególną atencją kardiologów darzona jest witamina D. Praktycznie tylko dla tej witaminy dostępne są meta-analizy badań sugerujące jej korzystny wpływ u chorych z chorobami krążenia – jej stosowanie wydaje się zmniejszać śmiertelność sercowo-naczyniową.

– Ostrożny byłbym z suplementami diety uzupełniającymi potas, gdyż wiele współczesnych leków kardiologicznych spiętrza jego stężenie w organizmie. Stąd jego uzupełnianie nie jest już tak istotne jak dawniej – ostrzega kardiolog.

Specjaliści pozostają również sceptyczni co do uzupełniania magnezu.

– Wbrew temu, że jest to chyba najczęściej reklamowany obecnie suplement diety, brak jest przekonywujących danych naukowych, które potwierdzałyby, że jego uzupełnianie poprawia rokowanie w chorobach sercowo-naczyniowych czy pomaga w prewencji zawału serca. Wiele przed nami badań, aby odpowiedzieć na te pytania – wyjaśnia.

Trzeba też pamiętać, że prawidłowo zbilansowana dieta dostarcza odpowiednich i wystarczających ilości magnezu. Problem może pojawić się w przebiegu niektórych chorób, np. jelit, kiedy nie tylko magnez, ale i inne składniki mogą nie wchłaniać się z przewodu pokarmowego. Wówczas jednak nie należy na własną rękę brać suplementów, ale udać się do lekarza i leczyć przyczynę zjawiska. Zwłaszcza, że także suplementy, przyjmowane niepotrzebnie, mogą skutkować działaniami niepożądanymi. Np. zbyt dużo magnezu to ryzyko biegunki.

 

Monika Wysocka (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

 

 

 

 

 

Polska jedynym krajem w UE z obowiązkiem szczepień?

vaccination-2722937_1920-copy

To MIT! Obowiązek szczepień mają m.in. Francja i Włochy, zaś w krajach, w których takiego obowiązku nie ma, istnieje szereg zachęt oraz nieprzyjemnych konsekwencji, jeśli dziecka nie poddaje się szczepieniom.

We Włoszech jeszcze dwa lata temu nie było obowiązku szczepień, ale po wzroście zachorowań na choroby, które wcześniej dzięki szczepieniom zostały niemal wyeliminowane, wprowadzono dekret o obowiązku szczepień dzieci przeciwko 10 chorobom. Wzrost zachorowań na choroby zakaźne we Włoszech związany był przede wszystkim ze wzrastającą popularnością ruchów antyszczepionkowych i spadkiem wysokiej wcześniej wyszczepialności.

Jarosław Pinkas, krajowy konsultant ds. zdrowia publicznego, w trakcie debaty sejmowej nad obywatelskim projektem ustawy zmierzającym do zniesienia obowiązku szczepień ochronnych w Polsce wskazał, że we Francji, w której obowiązkowe były szczepienia jedynie przeciw trzem chorobom zakaźnym (poliomyelitis oraz błonicy i tężcowi), od 2018 roku obowiązkowe stały się szczepienia przeciw jedenastu chorobom zakaźnym.

Taka decyzja władz Francji była podyktowana niebezpiecznym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, przed którymi chronią szczepienia – przede wszystkim na odrę.

Pinkas zwrócił uwagę, że w wielu krajach świata nie przewiduje się wprawdzie obowiązku szczepień, jednak szczepionki są w pełni refundowane dla osób ubezpieczonych, a ponadto istnieje wiele  mechanizmów zwiększających nacisk na to, by dzieci były szczepione. Jeden z popularniejszych to odmowa przyjęcie dziecka nieszczepionego do szkoły lub przedszkola.

Specjalista przypomniał, że np. w Niemczech rodzice pod groźbą kary finansowej są zobowiązani do odbywania spotkań z lekarzem i rozmów na temat szczepień. Podobny obowiązek istnieje w Stanach Zjednoczonych, Australii czy Francji. Ponadto, w Stanach Zjednoczonych, Francji, Australii czy Kanadzie dzieci nieszczepione mogą zostać nieprzyjęte do szkoły. Ale na tym nie koniec. Na przykład w Australii, w ramach programu o nazwie „Nie kłujesz, nie płacimy”, obniża się zasiłek rodzinny, wtedy gdy dziecko nie jest szczepione.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Głód na zdrowie?

eat-healthy-2943187_1920-copy-2

Krótkie głodówki zyskują popularność jako sposób na schudnięcie, obniżenie ciśnienia czy regenerację organizmu. Choć można znaleźć doniesienia naukowe wspierające takie działanie, to okazuje się, że bardziej korzystne może być jednak racjonalne, zdrowe odżywianie.

Badacze z University of Surrey na 10 tygodni podzielili uczestników swojego eksperymentu na dwie grupy – część opóźniała śniadanie o 90 min i jadła ostatni posiłek o 90 min wcześniej, a część odżywiała się według wcześniejszych zwyczajów. Ochotnicy, którzy zmienili swój rytm odżywiania, nie tylko mieli w ciągu dnia mniej okazji do jedzenia, ale też zmniejszył się ich apetyt. W efekcie, w czasie trwania eksperymentu wyraźnie spadła u nich ilość tkanki tłuszczowej.

Korzyści z okresowego głodu

Podobnych eksperymentów było więcej. W projekcie badawczym zespołu z University of Illinois w Chicago, 23 otyłe osoby w wieku średnio 45 lat mogły spożywać posiłki tylko między godziną 10. a 18. W tym czasie uczestnicy mogli jeść wszystko, co tylko chcieli, lecz w pozostałych godzinach wolno im było tylko pić bezkaloryczne napoje. Po 12 tygodniach naukowcy zauważyli wyraźne zmiany – masa ciała ochotników spadła przeciętnie o 3 proc., a skurczowe ciśnienie krwi o 7 mm Hg. Podobnie może działać system nazywany 5:2. Polega on na normalnym odżywianiu przez 5 dni i znacznym ograniczeniu jedzenia przez kolejne dwa dni. W jednym z badań sprawdzających takie podejście naukowcy z University of Surrey poprosili część ochotników z nadwagą, aby przez 5 dni w tygodniu odżywiali się normalnie, a przez 2 dni spożywali tylko 600 kalorii. Druga grupa natomiast po prostu przyjmowała codziennie 600 kalorii mniej niż zwykle. Okresowy, częściowy post poskutkował lepszymi wynikami. Organizmy osób z tej grupy szybciej usuwały trójglicerydy z krwi po posiłku i musiały produkować mniej insuliny. Naukowcy zaobserwowali też u nich większy spadek ciśnienia krwi.

– U osób jedzących przez długi okres żywność wysoko przetworzoną o niskiej wartości odżywczej lecz wysokiej kaloryczności, najczęściej można zaobserwować niekorzystne zmiany profilu lipidowego, wzrostu glukozy we krwi, otyłość, nadciśnienie, wysypki, problemy z wypróżnianiem i wiele innych objawów. Często właśnie takie osoby decydują się na okresowe posty. Organizm dostaje mniej energii, mniej składników mineralnych, w tym sodu wpływającego na wzrost ciśnienia, energię czerpie z zasobów tkanki tłuszczowej, więc osoba chwilowo chudnie oraz spada jej ciśnienie, czy ilość glukozy we krwi – mówi Tomiła Karwowska, dietetyk w poradni mojdietetyk.pl

Głód a nowotwory i komórki jelit

Niektóre obserwowane skutki czasowej rezygnacji z jedzenia mogą wręcz zadziwiać. Badacze z University of California w San Diego przeanalizowali dane na temat prawie 2,5 tys. kobiet z rakiem piersi wykrytym na wczesnym etapie, w wieku od 27 do 70 lat w momencie diagnozy. Uwzględniające kilka lat życia pacjentek informacje pokazały, że nocna rezygnacja z jedzenia trwająca mniej niż 13 godzin wiązała się z większym o 36 proc. ryzykiem nawrotu choroby w porównaniu do ryzyka u kobiet, które w okresie nocnym powstrzymywały się od jedzenia przez co najmniej 13 godzin.

Kobiety, które dłużej powstrzymywały się od spożywania posiłków także dłużej spały i miały niższe stężenie glikowanej hemoglobiny, która zależy od poziomu glukozy we krwi. Badacze podejrzewają więc, że u tych kobiet mniejsze było też ryzyko wystąpienia cukrzycy i chorób układu krążenia, a nawet innych niż rak piersi nowotworów. Z drugiej jednak strony u stosujących mini-głodówki kobiet nie spadło ryzyko zgonu wywołane rakiem piersi, ani ogólne ryzyko śmierci.

Naukowcy coraz lepiej poznają też skutki ograniczania dostępu do jedzenia, jakie zachodzą na poziomie komórek. Zespół z Massachusetts Institute of Technology w eksperymentach na myszach odkrył na przykład, że już trwający 24 godziny post znacząco poprawiał zdolność do regeneracji komórek macierzystych jelita zarówno u młodych, jak i u starych zwierząt. Komórki te są niezbędne do ciągłego odnawiania się jelitowego nabłonka. Zmiana była spowodowana tym, że komórki zaczęły w większym stopniu wykorzystywać kwasy tłuszczowe zamiast glukozy.

Niedawno grupa badaczy z Georgia State University doniosła natomiast o odkryciu cząsteczki wydzielanej w trakcie ograniczenia dostępu organizmu do kalorii, a która ochrania układ krwionośny przed skutkami starzenia. Substancja należąca do tzw. ciał ketonowych wytwarzana jest w wątrobie i spowalnia starzenie komórek nabłonka wyściełającego naczynia krwionośne oraz limfatyczne.

– Warto powiedzieć, że ograniczenie dostarczania energii jest jedynym jak dotąd udowodnionym sposobem wydłużania życia. Ważne jest jednak, aby nie zmniejszać liczby kalorii zbyt mocno, bo wtedy organizm będzie miał energii za mało, co jest szkodliwe. Trzeba też zadbać o dostarczenie odpowiedniej ilości wszelkich potrzebnych składników, takich jak białko, kwasy tłuszczowe, witaminy czy minerały” – wyjaśnia dr inż. Jacek Bujko, specjalista w zakresie żywienia człowieka i dietetyki w Zakładzie Dietetyki w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Głodówka niekoniecznie jest najlepsza

Nie wszystkie wyniki badań są jednak korzystne dla głodówek. Zespół z University of Illinois w Chicago na setce otyłych osób sprawdził dwa sposoby żywienia. Część ochotników co drugi dzień przyjmowała tylko 25 proc. typowej dawki kalorii, a w pozostałych dniach 125 proc., natomiast druga grupa codziennie ograniczała liczbę kalorii do 75 proc. typowego spożycia. Okazało się, że naprzemienny post nie spowodował wyraźnie lepszych efektów, jeśli chodzi o spadek wagi i czynników ryzyka chorób serca. Nie okazał się też łatwiejszy w przestrzeganiu.

Co więcej, nie do końca jeszcze wiadomo, czy tego typu głodówki są na pewno bezpieczne.

Naukowy z Uniwersytetu w Sao Paulo sprawdzili wpływ poszczenia co drugi dzień na masę ciała, obecność wolnych rodników i poziom insuliny u dorosłych szczurów. Choć ilość przyjmowanego przez zwierzęta pożywienia i masa ich ciała w ciągu trwającego 3 miesiące doświadczenia spadły, to ilość tkanki tłuszczowej w okolicach brzucha wzrosła. To nie wszystko. Badacze wykryli uszkodzenia w komórkach trzustki produkujących insulinę i obecność podwyższonej ilości szkodliwych wolnych rodników. Wzrosła też oporność szczurów na insulinę.

– Wystarczy popracować trochę w systemie 3 zmianowym i większość osób przyzna mi rację, że rozregulowując swój sen, ciężko się funkcjonuje. Tak samo jest z jedzeniem. Jeżeli organizm nie ma spokoju i harmonii związanego z dostarczaniem pożywienia, będzie się rozregulowywał. Podsumowując, chciałabym namówić wszystkich do zdrowego racjonalnego podejścia do diety. Dieta ma nam służyć, sprawiać przyjemność i wzmacniać zdrowie, a nie powodować jakiegokolwiek rodzaju komplikacje. Uważam, że odczuwanie głodu jest rzeczą naturalną, ale nie powinniśmy odczuwać go zbyt długo. Jeżeli odczuwamy głód, na pewnym etapie możemy sięgnąć  po cokolwiek, byleby zaspokoić tą potrzebę fizjologiczną. Co do osób starszych i kobiet w ciąży, tutaj najbardziej odradzałabym posty. W przypadku osób chorych, wszystko zależy od rodzaju schorzenia (należy pamiętać, że otyłość też jest chorobą), ale uważam, że patrząc przyszłościowo lepiej wybrać racjonalne odżywianie, skupianie się na tym co jemy, w jakiej ilości i jakości, niż wybrać post. Poza tym warto skonsultować to z osobą, która zajmuje się dietetyką na co dzień zamiast robić coś najpierw na własną rękę, czym można sobie zaszkodzić – radzi dietetyk.

Marek Matacz dla zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

E-papierosy uszkadzają DNA komórek ust

man-2634401_1920-copy

W ślinie osób palących e-papierosy znaleziono rakotwórczą akroleinę, która uszkadza komórki i może doprowadzić do pojawienia się nowotworu. To kolejny argument przemawiający za całkowitym rzuceniem palenia.

Obecne na rynku e-papierosy przedstawiane są często jako bezpieczniejsza alternatywa dla tradycyjnych „dymków”. Częściowo ma to swoje uzasadnienie w badaniach, ale systematycznie przybywa dowodów na to, że e-papierosy również są bardzo niebezpieczne.

– Jest jasne, że więcej substancji rakotwórczych pochodzi ze spalania tytoniu w normalnych papierosach niż z palenia e-papierosa. Jednak tak naprawdę nie wiemy, jaki jest rezultat wdychania kombinacji składników produkowanych przez to urządzenie. E-papierosy nie są całkowicie bezpieczne tylko dlatego, że zagrożenie jest inne – mówi dr Silvia Balbo z Masonic Cancer Center University of Minnesota.

Co naukowcy znaleźli w ślinie e-palaczy?

Zespół dr Balbo przeprowadził badania substancji powstających w trakcie w trakcie palenia e-papierosów oraz ich wpływu na DNA komórek w ustach palaczy. W sumie do badania zrekrutowano 20 osób, z których połowa paliła e-papierosy (drugą połowę stanowiły osoby niepalące). Przed i 15 minut po paleniu pobierano od nich próbki śliny, które porównywano z próbkami drugiej, niepalącej dziesiątki. Na celowniku naukowców znalazły się substancje, znane ze swoich rakotwórczych właściwości, związanych ze zdolnością do uszkadzania DNA.

Okazało się, że po paleniu e-papierosa w ślinie palaczy znajdują się: formaldehyd, metyloglioksal i akroleina. Następnie naukowcy sprawdzili w jaki sposób te substancje wpływają na DNA komórek znajdujących się w ustach. Okazało się, że czterech na pięciu palaczy (80 proc.) ma rozległe uszkodzenia DNA związane z obecnością akroleiny w ślinie. Na skutek reakcji tej substancji z materiałem genetycznym, komórki nie są w stanie się naprawiać, co może zaowocować pojawieniem się nowotworu.

Nie ulega wątpliwości, że wprowadzone na rynek kilkanaście lat temu e-papierosy dzięki sprytnemu marketingowi są powszechnie przestawiane jako zdrowsza alternatywna tradycyjnych „dymków”. Stąd ich popularność, zwłaszcza wśród młodzieży. Amerykańskie badanie z 2016 roku pokazuje, że 37,7 proc. licealistów i 35,8 proc. młodych dorosłych (18-24 lata) paliło e-papierosy, w porównaniu do 16,4 proc. osób powyżej 25 roku życia.

 W świetle najnowszych badań ta popularność może więc niepokoić. Teraz zespół dr Balbo planuje powtórzyć swoje eksperymenty na większej grupie osób. Uczeni chcą też porównać ilość i skład substancji rakotwórczych obecnych w ślinie  po paleniu tradycyjnych i e-papierosów.– Porównywanie obydwu tych rzeczy jest jak porównywanie jabłek i pomarańczy. Ryzyka są kompletnie inne. Wciąż nie wiemy dokładnie, w jaki sposób działają te urządzenia i jaki wpływ mogą mieć na  ludzkie zdrowie. Nasze ustalenia dowodzą, że potrzeba bliższego przyjrzenia się temu problemowi jest uzasadniona – podsumowuje dr Silvia Balbo.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Za wysoki „dobry” cholesterol nie taki dobry

pulse-trace-163708-copy

Masz bardzo wysoki poziom tzw. dobrego cholesterolu? Uwaga! Przybywa dowodów na to, że jeśli jego poziom jest zbyt wysoki, może być to szkodliwe dla zdrowia. Zaś zbyt niski może nieść ryzyko nie tylko kłopotów z sercem, ale i raka.

Poziom cholesterolu we krwi stanowi jeden z najważniejszych wskaźników diagnostycznych w medycynie. Cholesterol ma dwie frakcje – LDL (od ang. „low density lipoprotein”) i HDL (ang. „high density lipoprotein”). Ta pierwsza jest uważana za „zły” cholesterol, odpowiadający za budowanie w naczyniach krwionośnych blaszki miażdżycowej. Ta druga – za „dobry”, ponieważ działa ochronnie na ściany naczyń i chroni przez rozwojem miażdżycy.

W badaniach laboratoryjnych z krwi określa się poziom obu frakcji osobno oraz poziom cholesterolu całkowitego. Zbyt wysoki poziom cholesterolu całkowitego, ale przede wszystkim „złego” LDL-u, mogą świadczyć o chorobie i znacząco zwiększają ryzyko wielu groźnych wydarzeń, w tym zawału i udaru.

Przez lata uważano, że z uwagi na dobroczynne właściwości HDL, im jego poziom wyższy, tym lepiej. Okazuje się, że może być jednak wręcz odwrotnie.

Co za dużo, to niezdrowo

Zbyt wysoki poziom HDL może wręcz zwiększać ryzyko zawału, a także śmierci. Dowody na tę tezę pokazał zespół dr Marca Allard-Raticka z Emory University School of Medicine podczas sierpniowego kongresu Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

–  Być może już czas na zmianę sposobu postrzegania cholesterolu HDL. Tradycyjnie lekarze mówili swoim pacjentom, że im wyższy „dobry” cholesterol, tym lepiej. Jednakże wyniki naszych badań, a także innych badaczy sugerują, że może nie być to prawda – mówi dr Allard-Ratick.

Jaki HDL jest bezpieczny?

Hipotezę, że HDL nie zawsze przynosi korzyści zdrowotne, w 2012 roku sformułował polski kardiolog, prof. Maciej Banach.

– Pisaliśmy wtedy o dysfunkcjonalnym HDL-u. W wielu sytuacjach klinicznych, kiedy pojawia się stan zapalny, stres oksydacyjny, cholesterol HDL przestaje pełnić swoją funkcję przeciwmiażdżycową. Może dziać się wręcz przeciwnie – może być promiażdżycowy – mówi prof. Banach, dyrektor Instytutu Matki Polki w Łodzi.

Zespół dr Allard-Raticka analizował zależności między poziomem cholesterolu HDL a ryzykiem śmierci z powodu chorób sercowo-naczyniowych i zawału serca. Badania objęły swoim zasięgiem blisko 6 tysięcy osób, których średnia wieku wynosiła 63 lata, 35 proc. z nich stanowiły kobiety, większość uczestników cierpiała z powodu rozmaitych chorób serca.

Ochotnicy ci  zostali podzieleni na 5 grup pod względem zawartości cholesterolu HDL krwi:

  • mniej niż 30 mg/dl,
  • 31-40 mg/dl,
  • 41-50 mg/dl,
  • 51-60 mg/dl
  • więcej niż 60 mg/dl.

W ciągu czterech lat obserwacji 769 (13 proc.) uczestników badań doznało zawału lub umarło z powodu przyczyn sercowo-naczyniowych.  Okazało się przy tym, że:

  • w przypadku osób z HDL-em na poziomie 41-60 mg/dl ryzyko śmierci czy zawału było najniższe;
  • podwyższone ryzyko zawału lub zgonu zaobserwowano u osób z HDL-em zarówno równym lub mniejszym niż 40 mg/dl jak i większym niż 60 mg/dl.

Niski HDL – co to oznacza?

Wniosek płynący z tych badań jest taki, że zarówno zbyt niski, jak i zbyt wysoki HDL nie są korzystne dla serca i naczyń. Ale to niejedyne badania na temat HDL-u. Ciekawe wnioski płyną z pracy zespołu prof. Banacha opublikowanej na początku sierpnia w czasopiśmie Cardiovascular Research . Pokazują pewną zależność pomiędzy niskim HDL a ryzykiem… nowotworu. Badania sugerują, że HDL poniżej 30 mg/dl zwiększa u kobiet ryzyko nowotworu ponad 2,3 raza.

–   Pytanie, czy ten niski HDL bierze udział w samym procesie nowotworzenia, czy nie. Wydaje się, że nie, że jest raczej wtórnym biomarkerem, czyli wskaźnikiem ryzyka nowotworu. Innymi słowy, że jeśli dochodzi do procesu nowotworzenia, to niski HDL może wskazywać, że ten problem już jest i powinniśmy go dalej możliwie jak najszybciej diagnozować – mówi prof. Banach.

Zdaniem profesora, analizując profil lipidowy, czyli cholesterol całkowity z podziałem na poszczególne jego frakcje, warto patrzeć głównie na poziom LDL-u czyli „złego” cholesterolu.

– Co do niego nie mamy już praktycznie żadnych wątpliwości, że im niżej, szczególnie u chorych z rozpoznaną chorobą sercowo-naczyniową, tym lepiej. Tym mniejsze ryzyko zgonu chociażby – mówi prof. Banach.

Jakie są bezpieczne i niebezpieczne poziomy LDL

To zależy od stanu zdrowia danej osoby.

  • Zdrowa osoba – poniżej 115 mg/dl
  • Osoba z ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych (np. z nadwagą, otyłością, z historią rodzinną miażdżycy) – poniżej 100  mg/dl
  • Osoba ze zdiagnozowaną chorobą sercowo-naczyniową – poniżej 70 mg/dl.

Jak podwyższyć HDL i obniżyć LDL?

Skuteczne sposoby to aktywność fizyczna (30 minut dziennie pływania, jazdy na rowerze, szybkiego marszu czy innego wysiłku tlenowego) i prawidłowa dieta (mało żywności przetworzonej, rezygnacja lub niewielki udział cukrów w diecie – najlepiej z owoców, przewaga warzyw i pełnoziarnistych produktów w każdym posiłku, abstynencja tytoniowa i alkoholowa).

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Uwaga, nadchodzi grypa!

girl-2171052_1920-copy

Z roku na rok coraz więcej ludzi w Polsce zapada na grypę. Niestety z tą zakaźną chorobą wiąże się nie tylko gorączka i kaszel. Grypa i jej powikłania mogą zabić. Mogą też spowodować trwałe inwalidztwo. Dowiedz się, jak licznymi konsekwencjami grozi zachorowanie na grypę oraz jak uchronić przed nimi siebie i bliskich.

Wraz z pierwszymi jesiennymi chłodami, czyli około połowy września zaczyna się w Polsce sezon grypowy, który kończy się dopiero w połowie kwietnia. Szczytu zachorowań, jak co roku, można się spodziewać między styczniem a marcem. Już teraz jednak, w związku z nadejściem nowego sezonu grypowego, lekarze ostrzegają, aby nie lekceważyć tej podstępnej choroby i apelują, żeby zawczasu przygotować się do jej odparcia.

Okazuje się, że lubiące chłód wirusy grypy mają się w naszym kraju coraz lepiej. W ubiegłym sezonie spowodowały rekordową liczbę ponad 5 mln zachorowań, co oznacza wzrost o 12 proc. w porównaniu do poprzedniego sezonu. Ale to nie koniec złych wieści. W minionym sezonie zwiększyła się również o 10 proc., do niemal 20 tysięcy, liczba związanych z grypą hospitalizacji. Ponadto, każdego roku, co najmniej kilkaset zachorowań kończy się śmiercią. Eksperci biją więc na alarm, zwłaszcza, że liczba zachorowań, hospitalizacji i zgonów spowodowanych grypą lub jej powikłaniami rośnie w Polsce systematycznie już od kilku lat.

Dlaczego grypa jest groźna: lista powikłań

– Grypa sześciokrotnie zwiększa ryzyko zawału serca, w pierwszym tygodniu choroby, a jeśli jest to grypa typu B, to ryzyko może być nawet dziesięciokrotnie większe. Wiąże się z nią również znacznie podwyższone ryzyko udaru mózgu – ostrzega prof. Adam Antczak, pulmonolog z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi i przewodniczący rady naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy.

Dlaczego pospolita grypa może wywołać aż tak drastyczne konsekwencje? Ekspert wyjaśnia, że dzieje się tak m.in. dlatego, że w czasie infekcji dochodzi do osłabienia naczyń krwionośnych i destabilizacji znajdujących się w nich blaszek miażdżycowych, co w efekcie może doprowadzić do zawału albo udaru.

Ale na tym nie koniec. Lista możliwych powikłań grypy, w tym również takich, które grożą trwałym inwalidztwem lub śmiercią, jest znacznie dłuższa.

– Najczęstszym powikłaniem grypy jest zapalenie płuc. Ciężkie wirusowe zapalenie płuc może przebiegać z niewydolnością oddechową i w efekcie doprowadzić do zgonu. Ale nierzadko rozwija się też wtórne do zakażenia wirusowego nadkażenie bakteryjne, które może wywołać sepsę i doprowadzić do śmierci pacjenta w efekcie uszkodzenia wielonarządowego lub niewydolności krążeniowo-oddechowej – ostrzega dr Barbara Joanna Bałan z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Poza wspomnianymi wyżej przykładami, na liście możliwych skutków grypy znajduje się jeszcze wiele innych, mniej lub bardziej poważnych powikłań, w tym m.in.:

  • zapalenie mięśnia sercowego,
  • zapalenie osierdzia,
  • kardiomiopatia rozstrzeniowa,
  • zapalenie krtani,
  • zapalenie oskrzeli,
  • zapalenie zatok,
  • nieodwracalne następstwa neurologiczne (np. utrata wzroku lub słuchu),
  • choroby autoimmunologiczne (np. Hashimoto),
  • zaostrzenie przebiegu różnych chorób przewlekłych (m.in. choroby wieńcowej, astmy czy POCHP).

Eksperci zwracają również uwagę na fakt, że grypa może przebiegać bezobjawowo lub skąpo-objawowo, co wcale jednak nie oznacza, że nie niesie ze sobą ryzyka powikłań, które w dodatku mogą się objawić z pewnym opóźnieniem. Dlatego, w sezonie jesienno-zimowym trzeba być bardzo czujnym i w razie jakichkolwiek wątpliwości konsultować się z lekarzem.

Jak się roznosi wirus grypy

Jedno kichnięcie osoby chorej na grypę rozsiewa wkoło 3 tys. kropelek zawierających wirusa. Roznosi się on wtedy z piorunującą prędkością 167 km na godzinę. Chore dzieci zarażają grypą aż przez 10 dni, podczas gdy dorośli tylko przez 5. Wirusa można spotkać m.in. na klamkach, blatach, poręczach, klawiszach komputera, no i oczywiście także na rękach. Wirus najdłużej utrzymuje się na powierzchniach gładkich (do 24 h), podczas gdy na ubraniach tylko 15 minut, a na dłoniach 8 minut. W temperaturze 4 stopni Celsjusza może jednak przeżyć nawet 48 godzin, a w lodzie wiele lat.

Jak uchronić się przed zachorowaniem na grypę?

– Wszyscy, bez względu na stan odporności, jesteśmy narażeni na zakażenie wirusem grypy. Odporne na grypę są jedynie osoby, które się przeciwko niej zaszczepią – mówi dr Barbara Joanna Bałan.

Eksperci podkreślają, że coroczne szczepienie na grypę wzmacnia odporność, znacząco redukuje ryzyko zachorowania, lecz przede wszystkim zabezpiecza przed groźnymi powikłaniami (np. zmniejsza ryzyko zawału serca o 67 proc., a udaru mózgu o 55 proc.).

W tym kontekście warto wiedzieć, że człowieka atakują dwa typy wirusów grypy: A lub B. Niestety, wirusy te ciągle się zmieniają, przez co każdego roku mamy do czynienia z nowymi ich wariantami. W efekcie, tak naprawdę nigdy nie wiadomo, który konkretnie typ i wariant wirusa będzie dominował w danym sezonie grypowym.

– Wirus grypy jest podstępny, nieprzewidywalny, ponieważ ciągle mutuje i ewoluuje. Pod tym względem ma nad nami pewną przewagę. Dlatego szczepionki na grypę zawierają więcej niż jeden typ wirusa i stale wzbogaca się ich skład. Każdego roku wytwarzana jest nowa szczepionka, która ma za zadanie chronić nas podczas najbliższego sezonu grypowego – wyjaśnia prof. Adam Antczak.

Eksperci podkreślają, że w bieżącym sezonie grypowym, w polskich aptekach i placówkach służby zdrowia dostępne są rekomendowane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), bardzo skuteczne szczepionki czterowalentne, a więc w praktyce składające się z czterech różnych szczepionek (przeciwko różnym wariantom wirusów grypy, zarówno typu A jak i B).

– W tym roku została wprowadzona 50-procentowa refundacja szczepień przeciw grypie dla osób powyżej 65 roku życia. To bardzo dobra decyzja Ministerstwa Zdrowia, bo najwięcej powikłań dotyka właśnie osoby w wieku podeszłym i to one płacą najwyższą cenę za nieszczepienie się przeciw grypie – mówi prof. Adam Antczak.

Szacuje się, że nawet do 80 proc. zgonów z powodu grypy i jej powikłań dotyczy właśnie seniorów.

Innymi grupami podwyższonego ryzyka, którym eksperci szczególnie rekomendują profilaktyczne szczepienia na grypę (z uwagi na możliwość wystąpienia groźnych dla zdrowia lub życia powikłań), są:

  • kobiety w ciąży,
  • dzieci w wieku poniżej 5 lat,
  • osoby z otyłością znacznego stopnia (BMI ponad 40),
  • osoby z chorobami przewlekłymi płuc, serca, nerek, wątroby, układu krwiotwórczego,
  • osoby z chorobami reumatologicznymi.

Eksperci podkreślają, że szczepić przeciwko grypie powinny się również osoby chore na nowotwory, bo mają one obniżoną odporność i są przez to bardzo narażone na infekcje i ich groźne powikłania.

Kiedy zaszczepić się przeciw grypie?

Wiele osób zastanawia się, kiedy jest najlepszy moment na zaszczepienie się przeciwko grypie. Eksperci podpowiadają, że najlepiej wykonać je w okresie od września do grudnia. Warto też wiedzieć, że maksymalna ochrona przed wirusem występuje po 4 tygodniach od szczepienia. Nie warto więc zwlekać ze szczepieniem na ostatnią chwilę, tuż przed szczytem zachorowań.

Na temat tych szczepień krąży niestety wiele mitów i półprawd. Niektórzy twierdzą np., że zaszczepili się na grypę, a mimo to na nią zachorowali. W rzeczywistości jednak mogli oni pomylić grypę z inną chorobą.

– Szczepienie na grypę chroni nas przed zachorowaniem na grypę. A trzeba pamiętać, że jest jeszcze wiele innych wirusów wywołujących infekcje dróg oddechowych, czyli tzw. przeziębienia – tłumaczy dr Barbara Joanna Bałan.

Jeśli jednak ktoś faktycznie, pomimo szczepienia, zachorował na grypę, może to wynikać m.in. z faktu, że jego szczepionka była niedoszacowana. Co to znaczy? Chodzi o to, że np. taka osoba zaszczepiła się szczepionką trójwalentną, a więc dającą mniejszy zakres ochrony niż mocniejsze szczepionki (czterowalentne). Dlatego zawsze warto sięgać po najlepsze, dostępne w danym momencie szczepionki, rekomendowane przez specjalistów.

Eksperci podważają też mity na temat rzekomej, powszechnej szkodliwości szczepionek, np. możliwości doznania wstrząsu anafilaktycznego wskutek szczepienia. Profesor Antczak przekonuje, że coś takiego zdarza się niezwykle rzadko – raz na 1,5 mln przypadków. Według niego, wielokrotnie większe ryzyko takiego wstrząsu wiąże się z zażyciem powszechnie stosowanej aspiryny.

Ale ruchy antyszczepionkowe w Polsce wciąż trzymają się mocno, co z pewnością przekłada się na wciąż sporą niechęć Polaków do wykonywania dobrowolnych szczepień ochronnych, w tym także na grypę.

Z danych przedstawionych przez ekspertów Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy wynika, że poziom wyszczepialności przeciwko grypie w Polsce osiągnął w zeszłym roku poziom niespełna 3,7 proc. ogólnej populacji. To zdecydowanie za mało, aby powstrzymać dalszą ekspansję grypy i wywoływanych przez nią problemów.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Promieniowanie UV niebezpieczne dla oczu. Jak mądrze chronić wzrok przed słońcem?

people-2559572_1920

Ponad połowa – bo aż 56% Polaków – nie przywiązuje dostatecznej wagi do ochrony oczu przed niebezpiecznym promieniowaniem ultrafioletowym, a jedynie 6% pamięta o odpowiednim ich zabezpieczeniu przed UV niezależnie od pogody.* Na działanie promieniowania ultrafioletowego jesteśmy narażeni codziennie, przez cały rok. Jednak to okres letni i zimowy jest czasem szczególnie wzmożonej ekspozycji na słońce. Chociaż światło jest niezbędne w procesie widzenia, jego nadmiar może w dużej mierze zaszkodzić oczom. Jak zatem prawidłowo zadbać o wzrok latem?

Nie jest tajemnicą, że nasze oczy przed promieniowaniem powinniśmy chronić cały czas, o każdej porze dnia i roku. Pod jego wpływem powstają wolne rodniki, które poważnie szkodzą naszej skórze i oczom. Ochrona w postaci ronda kapelusza, daszka czy parasola nie wystarczy. Mimo że słońce jest nam niezaprzeczalnie potrzebne do życia – poprawia nastrój, dostarcza niezbędnej dla prawidłowego rozwoju i utrzymania organizmu w dobrej kondycji witaminy D – jego nadmiar i niewystarczająca przed nim ochrona wiąże się z wieloma zagrożeniami i może pociągać za sobą nieodwracalne, negatywne skutki dla naszego zdrowia.

Dlaczego promienie UV są groźne dla naszego wzroku?

Słońce emituje promienie ultrafioletowe w trzech zakresach: UVA, UVB oraz UVC – tylko dwa pierwsze docierają do Ziemi. Oczy niestety bardzo „chętnie” absorbują promieniowanie UV. Brak ich odpowiedniej ochrony może prowadzić do uciążliwych dolegliwości, a w konsekwencji – groźnych schorzeń. W momencie absorbcji promieniowania (rogówka absorbuje głównie UVB, soczewka zaś UVA) dochodzi do przekazania tkance oka całej energii. W tym samym momencie – jeśli nie jest ono dostatecznie chronione – może dojść do poważnych uszkodzeń w obrębie jego struktury, nie tylko na powierzchni, ale i wewnątrz. Zbyt duża dawka UV zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia katarakty. Soczewka oka nie ma naturalnych zdolności regeneracyjnych, dlatego wszelkie negatywne zmiany są nieodwracalne i prowadzą do późniejszych chorób. Nawet jeśli na drodze ewolucji wypracowaliśmy mechanizmy obronne, mające chronić nas przed promieniowaniem UV (mrużenie oczu, zmniejszenie źrenicy w reakcji na światło, obecność w komorze przedniej oka kwasu askorbinowego), to niestety nie są one wystarczająco skuteczne.

Skutki nadmiernej ekspozycji oczu na UV

Szczyt ekspozycji oczu na promieniowanie UV latem nie przypada – wbrew powszechnemu przekonaniu – w samo południe (wówczas bowiem, kiedy słońce znajduje się wysoko nad głową, barierę ochronną oczu stanowią łuki brwiowe), a o godzinie 9.00 rano oraz między 14.00 a 15.00. Zimą natomiast ekspozycja na UV może być nawet 100 razy większa niż latem, ponieważ promienie słoneczne odbijają się od śniegu. Pierwszym sygnałem ostrzegawczym, na który powinniśmy zwrócić uwagę, jest zapalenie spojówek i nadwrażliwość na światło. Towarzyszy temu zazwyczaj pieczenie, łzawienie, zaczerwienienie i uczucie piasku w oczach. Natomiast przewlekła ekspozycja oczu na promieniowanie UV może skutkować już przyspieszonym rozwojem schorzeń soczewki – na przykład zaćmy.

Jak powinna wyglądać odpowiednia ochrona?

Wystarczy zastosować się do kilku prostych zasad, by odpowiednio uchronić oczy przed negatywnymi skutkami działania promieniowania UV.
  1. Latem i zimą zaopatrz się w okulary przeciwsłoneczne z wysokiej klasy filtrem UV i upewnij się, że posiadają stosowny certyfikat producenta. Wybieraj te, które blokują 99 – 100 proc. promieniowania UVA i UVB.
  2. Idealnie dobrane okulary przeciwsłoneczne są szerokie na tyle, by chroniły całe oczy, a nie tylko ich część.
  3. Latem pamiętaj o kapeluszu z szerokim rondem lub czapce z daszkiem – będą stanowić dodatkową ochronę przed promieniami słonecznymi.
  4. Nawet jeśli nosisz soczewki kontaktowe, które zapewniają częściową ochroną przed UV, nie rezygnuj z okularów przeciwsłonecznych.
  5. Nie zapominaj o diecie bogatej w luteinę – to naturalny filtr siatkówki oka, chroniący przed UV. Wprowadź do swojego jadłospisu zielone warzywa, jak: szpinak, brokuły, sałatę, natkę pietruszki oraz pamiętaj o żółtych, czerwonych i pomarańczowych warzywach i owocach – to doskonałe źródło przeciwutleniaczy, chroniących przed działaniem wolnych rodników.

Szkła Transitions® – inteligentna alternatywa dla okularów przeciwsłonecznych

Świetne rozwiązanie dla osób, które zmuszone są często zmieniać okulary w ciągu dnia. Szkła Transitions® mają zdolność zmiany swojego zabarwienia pod wpływem działania promieniowania UV. W momencie ekspozycji na światło zaczynają zmieniać swoją strukturę, powodując ciemnienie soczewek – czyli w pomieszczeniach pozostają przejrzyste i zachowują się jak zwykłe okulary korekcyjne, a na zewnątrz automatycznie się zaciemniają i chronią oczy przed rażącym słońcem.

Teraz również dla prezbiopów

Prezbiopia jest efektem naturalnych zmian narządu wzroku, zachodzących z wiekiem. Dotyczy niemal każdej osoby po 40. roku życia i objawia się trudnościami z wyraźnym widzeniem z bliska, zwłaszcza przy słabym oświetleniu – tzw. „starcza ślepota”. Nie da się jej zatrzymać (jest to postępujący, pogłębiający się proces), natomiast są sposoby, by złagodzić jej skutki. Odkąd stworzono szkła progresywne, które umożliwiają ostre widzenie zarówno bliży, jak i dali, prezbiopia nie jest już problemem. Przekonuje do tego również kampania Czas na Wzrok 40+, której celem jest edukacja w tym zakresie ludzi po 40. roku życia. Szkła Transitions® dedykowane są również prezbiopom. Zapewniają komfort widzenia bliży i dali, o każdej porze dnia i roku, bez konieczności wymiany okularów na przeciwsłoneczne. Dla osób prowadzących pojazdy zaleca się natomiast stosowanie szkieł EyeDrive w wersji Transitions® Xtractive – zaciemniają się umiarkowanie za szybą samochodu, co oznacza, że w słoneczny dzień zapewnią komfort jazdy każdemu kierowcy.
Więcej na temat prezbiopii oraz kampanii CZAS NA WZROK 40+ na stronie www.czasnawzrok.pl.

Źródło cytowanych danych statystycznych: badanie opinii, postaw, zwyczajów i wiedzy na temat dbania o wzrok, przeprowadzone na zlecenie Grupy Essilor przez PBS Sp. z o.o. w styczniu 2018 r, na reprezentatywnej grupie Polaków n=602 w wieku 40-55 lat.

Źródło: materiał prasowy

Fot. www.pixabay.com

Czy witamina C chroni przed rakiem?

background-1239436_1920-copy

Wbrew wielu obiegowym opiniom i medialnym doniesieniom, nie ma wciąż wystarczających dowodów naukowych na to, że witamina C, selen lub czosnek zmniejszają ryzyko raka.

Niemal każdego dnia jesteśmy bombardowani przez media i znajomych kolejnymi, huraoptymistycznymi informacjami o prozdrowotnych działaniach różnego rodzaju witamin, produktów spożywczych albo diet. I choć tego typu rewelacje z reguły dodają nam otuchy i poprawiają nastrój, to jednak bardzo często okazują się być nieprawdziwe, w części lub też całości.

– Jakiś czas temu przeanalizowaliśmy blisko 500 artykułów dotyczących prawidłowego żywienia, opublikowanych w poczytnych gazetach i czasopismach. Okazało się, że prawie połowa informacji zawierała fałszywe treści, a kilkanaście procent stanowiły poważne błędy – ostrzega prof. Wojciech Roszkowski z Katedry Żywienia Człowieka Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie (SGGW).

Ponieważ nieprawdziwe lub niepełne informacje na temat zdrowia mogą wyrządzić ludziom wiele szkody, prof. Roszkowski apeluje o bardzo krytyczne podejście do przekazów medialnych na temat związków między żywnością i żywieniem a zdrowiem. Dotyczy to również przekazów powołujących się na badania naukowe.

Czy można wierzyć badaniom naukowym?

– Podstawą do formułowania wniosków z badań o wpływie żywienia na zdrowie jest analiza przyczynowości. Ale wnioskowanie takie jest zazwyczaj przypuszczeniem, więc choć poparte dostępnymi dowodami, to zawsze pozostawia cień niepewności. O wynikach takich badań powinno się więc mówić ostrożnie, nie traktując ich jako 100-procentową prawdę. Tylko pseudonaukowcy podają wnioski z badań autorytatywnie jako pewne, często powołując się przy tym na tradycję, naturalność czy natychmiastowe efekty – mówi prof. Wojciech Roszkowski.

Jak zwykły człowiek może odnaleźć się w tym chaosie i skąd ma wiedzieć, którym informacjom można wierzyć?

Ekspert podpowiada, że Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) i inne poważne instytucje zajmujące się zdrowiem publicznym różnicują dowody naukowe na co najmniej cztery kategorie: przekonujące, prawdopodobne, możliwe i niewystarczające (biorąc pod uwagę siłę tych dowodów).

Dzięki publikowanym przez WHO i inne instytucje raportom, oceniającym siłę aktualnych dowodów naukowych na temat wpływu różnego rodzaju czynników (np. żywieniowych) na ludzkie zdrowie, można zweryfikować prawdziwość wielu krążących wokół sensacyjnych informacji.

Dieta antyrakowa: co o niej wiemy?

Na przykład, na podstawie przekazów medialnych, wiele osób w ostatnich latach uwierzyło w to, że witamina C, E, cynk, selen, kwasy tłuszczowe omega-3 albo niektóre składniki czosnku, zawarte w produktach spożywczych bądź suplementach diety, mogą skutecznie chronić ludzi przed zachorowaniem na raka. Tymczasem, prof. Wojciech Roszkowski informuje, powołując się na dane WHO, że dowody naukowe na to, iż wymienione wyżej składniki diety zmniejszają ryzyko chorób nowotworowych są wciąż niewystarczające.

Nieco więcej dowodów na ochronne, przeciwnowotworowe działanie nauka ma już w odniesieniu do błonnika pokarmowego. Ale i tak siła dowodów w tej sprawie zaliczana jest tylko do kategorii „możliwe”.

Co zatem należy jeść, żeby skutecznie zapobiegać chorobom nowotworowym?

Eksperci uznają za prawdopodobne dowody naukowe na to, że ryzyko raka zmniejsza spożywanie warzyw i owoców. Dotyczy to w szczególności raka jamy ustnej, przełyku, żołądka i jelita grubego.

Ale jako najskuteczniejszy czynnik chroniący przed nowotworami eksperci uznają jednak aktywność fizyczną. Dowody naukowe na to są uznawane przez ekspertów jako przekonujące, choć dotyczy to przede wszystkim raka jelita grubego.

Dużo więcej wiadomo jednak na temat czynników zwiększających ryzyko raka. Nauka dysponuje już przekonującymi dowodami na to, że ryzyko to zwiększają: nadwaga i otyłość, alkohol, nadmierne spożycie mięsa przetworzonego i aflatoksyny (toksyny wytwarzane przez grzyby pleśniowe).

Czy mięso jest zdrowe?

– Niestety, w nauce często bardzo trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy coś jest zdrowe czy nie – mówi prof. Wojciech Roszkowski.

Ekspert podkreśla, że w zależności od dawki wszystko może być trucizną albo i nie. Jako przykład podaje mięso i jego przetwory, które są bogatym źródłem białka o wysokiej wartości odżywczej, zawierają dużo żelaza hemowego o wysokiej biodostępności, dużo cynku i miedzi czy też witamin z grupy B.

– Można je więc uznać za produkty o wysokiej wartości odżywczej. Ale eksperci z Międzynarodowej Agencji ds. Badań nad Rakiem (IARC), na podstawie analizy 800 wysokiej jakości publikacji naukowych z okresu 20 lat, zaklasyfikowali nadmierne spożycie mięsa przetworzonego jako przekonująco kancerogenne dla człowieka, a mięso czerwone jako prawdopodobnie kancerogenne – mówi prof. Roszkowski.

Fakty są takie, że niezbędne dla zdrowia żelazo (zawarte w mięsie, zwłaszcza czerwonym) w nadmiarze może być szkodliwe i uszkadzać cząsteczki naszego DNA.

Nie powinno zatem nikogo dziwić, że eksperci Instytutu Żywności i Żywienia (IŻŻ) w aktualnych zaleceniach dla dorosłej populacji Polski radzą ograniczyć spożycie mięsa (zwłaszcza czerwonego) i przetworzonych produktów mięsnych do zaledwie 0,5 kg / tydzień.

Mity i półprawdy o żywności i żywieniu

Prof. Roszkowski podkreśla, że lista rozpowszechnianych przez media mitów i fikcji na temat żywności i żywienia jest bardzo długa. I podaje kilka przykładów: ser biały jest najlepszym źródłem wapnia, można schudnąć bez żadnej diety i wyczerpujących ćwiczeń fizycznych tylko dzięki suplementom diety, powinniśmy jeść jak najwięcej ryb, seniorzy nie powinni pić mleka.

Ekspert do osobnej kategorii zalicza półprawdy. Należą do nich np. takie tezy: mleko szkodzi zdrowiu, produkty bez konserwantów są zdrowsze i smaczniejsze, etc.

Skąd jego zdaniem bierze się tak wiele mitów i półprawd w mediach?

Do najważniejszych tego przyczyn prof. Roszkowski zalicza: powierzchowność i pośpiech w pracy dziennikarzy, chęć wywołania sensacji, działalność celebrytów, pogoń za sławą i rozgłosem w nauce, a także komercyjne wpływy producentów żywności i lobbystów.

Gdzie szukać wiarygodnych informacji o zdrowiu?

Na koniec warto przypomnieć, że od niedawna Polacy dysponują już nowoczesnym, rzetelnym i do tego bezpłatnym źródłem informacji o żywności i żywieniu, dostępnym przez internet. Jest nim Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej, prowadzone przez ekspertów Instytutu Żywności i Żywienia.

W kontekście wiarygodności informacji na temat zdrowia i jego uwarunkowań warto też wiedzieć co dokładnie oznacza, zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem, określenie „aktualny stan wiedzy medycznej”. Otóż, aby uznać, że działanie lekarza jest zgodne z aktualną wiedzą medyczną, stosowane przez niego metody (diagnostyczne, profilaktyczne i lecznicze) muszą znajdować odzwierciedlenie w najnowszych:

  • wydaniach podręczników dla studentów medycyny,
  • wytycznych, rekomendacjach czy opiniach zespołów ekspertów wydawanych przez medyczne towarzystwa naukowe,
  • tzw. przeglądach systematycznych i metaanalizach dotyczących danej dziedziny (rodzaje badań naukowych).

W szczególnie ważnych i nurtujących nas kwestiach warto więc samemu sięgnąć do źródła informacji, a więc do oryginalnych publikacji naukowych zawierających wyniki konkretnych badań, pamiętając aby koniecznie przeczytać znajdujące się na końcu takich publikacji uwagi o ograniczeniach badania. Dopiero te informacje pozwalają na właściwą interpretację wyników danego badania.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Gdzie w Polsce się nie szczepi dzieci?

vaccination-2722937_1920-copy

Najwięcej odmów szczepień jest w Polsce w województwie pomorskim – 8,3 na tysiąc mieszkańców. I choć według raportu Najwyższej Izby Kontroli ogólny wzrost liczby odmów jest niepokojący, specjaliści uspokajają, że nie jest (jeszcze?) tragicznie.

W najnowszym raporcie Najwyższej Izby Kontroli poświęconym opiece zdrowotnej nad dziećmi i młodzieżą w wieku szkolnym w Polsce znalazł się również fragment dotyczący szczepień. Wynika z niego, że z roku na rok  zwiększa się  liczba rodziców uchylających się od obowiązku szczepień swoich dzieci. W 2017 r. było ich ponad 30 tys., czyli o 30 proc. więcej niż w 2016 r. Od 2013 r. do 2017 r. ich liczba wzrosła o ponad 305 proc.

Regiony, w których jest najwięcej i najmniej odmów szczepień

Na terenie Polski istnieją duże różnice, jeśli chodzi o wskaźnik odmów szczepień na tysiąc mieszkańców. Najwięcej odmów przypada na województwo pomorskie – 8,3, najmniej zaś na podkarpackie – 0,8.

Co ciekawe, badania socjologiczne nie wykazują w tym przypadku prostych zależności między stosunkiem do szczepień a wykształceniem, statusem społecznym czy liczbą posiadanych dzieci. Nie jest na przykład tak, że osoba bogatsza jest zwolennikiem szczepień.

– Moim zdaniem należy to wiązać ze zjawiskami kulturowymi. Tematyka szczepień może być czasem metaforą poglądów szerszych niż samo podejście do szczepionek i niekoniecznie jest związana jedynie z medycyną. Z forów przeciwników szczepień, które czytam, często wynika, że ludzie ci niekiedy w ogóle kwestionują medycynę lub są przekonani na przykład o spisku lekarzy. Odwołują się też do kwestii praw obywatelskich, twierdząc, że nie powinno być obowiązku szczepień, co jest problemem obecnym w poglądach przeciwników szczepień od czasów Jennera– mówi dr Karolina Zioło-Pużuk z kampanii „Zaszczep się wiedzą” i Wydziału Nauk Humanistycznych UKSW w Warszawie.

Według ekspertki niektórzy przeciwnicy szczepień tylko pozornie szukają prawdy, zadają pytania. Ich celem nie jest bowiem uzyskanie odpowiedzi, tylko złapanie kogoś na nieścisłości lub niewiedzy. A jeśli znajdą coś bardzo sprzecznego z ich poglądami, odwołują się do argumentu ostatecznego: „To jest spisek, nigdy nie powiedzą ci prawdy”.

– Prowadzona przez nich dyskusja na temat szczepień nie jest dyskusją medyczną, bo nie jest prowadzona przez medyków, nie jest prowadzona w czasopismach medycznych. Jest prowadzona z użyciem wybranych terminów medycznych, ale jest rozmową o czymś tak naprawdę innym, na przykład o prawach obywatelskich, lęku rodzica o dziecko, czy też potrzebie powrotu do „natury” – dodaje dr  Zioło-Pużuk.

Infografika PAP/Serwis Zdrowie

10-krotne różnice w liczbie odmów w województwach Polski zastanawiają także dr hab. Ernesta Kuchara z Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

–  Na pewno jest to związane z zaufaniem do medycyny i szczepień ochronnych w ogóle. Szczepienia to interwencje medyczne, które wykonujemy na zdrowych. By się nim poddać, musimy być przekonani, że nie zaszkodzą. Zaufanie społeczne jest w niektórych województwach wyższe. W tym przypadku Polska wschodnia wypada lepiej. Dlaczego? Mamy tam większe zaufanie do lekarzy – mówi dr hab. Kuchar.

Według niego ważny jest również wpływ lokalnych mediów. – W rejonie kaliskim jest gazeta, która od lat lansuje pogląd, że szczepienia są bardzo szkodliwe. I w województwie wielkopolskim dzieci nie szczepi 6 rodziców na 1000. Łatwiej jest podważyć zaufanie niż je zyskać – dodaje dr hab. Kuchar.

Kościół popiera szczepienia

Zarówno on, jak i dr Karolina Zioło-Pużuk zwracają uwagę, jak bardzo istotne było włączenie się  Kościoła w kampanię proszczepionkową. Ostatnimi czasy etycy katoliccy wypowiedzieli się zdecydowanie za tą formą zapobiegania chorobom zakaźnym.

W raporcie poświęconym opiece zdrowotnej nad dziećmi i młodzieżą w wieku szkolnym, Najwyższa Izba Kontroli zwraca jednak uwagę, że istniejąca tendencja wzrostowa w liczbie odmów szczepień może, w przyszłości, skutkować zagrożeniem epidemiologicznym i odrodzeniem się chorób dziś uważanych za „wymarłe”.

Tak jest  w przypadku krztuśca, czyli kokluszu, którego systematyczny wzrost zachorowań jest już obserwowany. W 2016 r. liczba chorych powiększyła się o ponad 224 proc. w stosunku do 2014 r. Więcej jest także zachorowań na odrę.  W 2016 r.  ich liczba wzrosła o ponad 177 proc. w porównaniu do 2015 r.

Jednak na razie jesteśmy generalnie bezpieczni. Odporność populacyjna nie spadła jeszcze poniżej bezpiecznego poziomu około 97 proc. zaszczepionych Polaków.

– Mamy pojedyncze przypadki na tysiąc mieszkańców, wciąż poniżej jednego procenta populacji – uspokaja dr hab. Kuchar.

Nie zwalnia to jednak rodziców od dbania o swoje dzieci. Warto je szczepić by nie chorowały i nie zarażały dzieci i dorosłych, które z różnych względów nie mogą zostać zaszczepione lub biorą leki niwelujące działanie szczepionek.

Jest projekt obywatelski ustawy, którego celem jest dobrowolność szczepień. Stanowczo sprzeciwia się takiemu rozwiązaniu Ministerstwo Zdrowia. Nie ma dowodów na to, że dobrowolność szczepień wpływa pozytywnie na populację – argumentuje minister zdrowia Łukasz Szumowski.

Co więcej, są kraje, w których rezygnuje się z dobrowolności szczepień z uwagi na rosnące ryzyko epidemiologiczne.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com