To trzeba wiedzieć o cytologii

laboratory-2815641_1920-copy

Czy tzw. „dwójka” w cytologii to powód do niepokoju? Jak często wykonywać cytologię? Czy trzeba się na nią specjalnie przygotować? Sprawdź, co na ten temat mówi specjalistka, prof. Ewa Barcz, kierownik Kliniki Oddziału Ginekologiczno-Położniczego w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie.

Zacznijmy od tego, że popularna kiedyś ocena wyniku badania cytologicznego w klasyfikacji Papanicolaou, według której otrzymywało się „dwójkę”, „trójkę” lub „czwórkę” (drugą, trzecią lub czwartą grupę), to dziś już historia medycyny. Obecnie obowiązuje opis wyniku cytologicznego według systemu Bethesdy.

– Wynik badania cytolog przedstawia teraz w formie opisowej – pisze o tym, jak wyglądają komórki nabłonkowe, czy mają one cechy patologiczne, jeśli tak, to jakiego typu, opisuje czynniki infekcyjne, czy w rozmazie pojawiają się bakterie lub grzyby, opisuje elementy i cechy regeneracji, zmiany popromienne – czyli  krótko mówiąc opisuje wszystko to, co tam zauważa – mówi ginekolog prof. Ewa Barcz, kierownik Oddziału Ginekologiczno-Położniczego w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie.

Starego nazewnictwa używa się więc już raczej tylko z przyzwyczajenia. W praktyce wciąż się je spotyka, ale raczej jako dopisek.

– Dostajemy opisy według skali systemu Bethesdy i na końcu jest sformułowanie, np.: „co odpowiada grupie 2 według Papanicolaou”. W środowisku specjalistów nie trzeba tego tłumaczyć. Czasem też pacjentki przyzwyczajone do takiego nazewnictwa dopytują, używając starej nomenklatury: „Pani doktor, czy to znaczy że mam dwójkę?”, ale oficjalnie już się nie stosuje tego nazewnictwa – mówi specjalistka.

Infografika PAP_cytologia/Serwis Zdrowie/A. Zajkowska

Czy tzw. „dwójka” – bez względu na to jak ją będziemy nazywać – jest powodem do niepokoju? Specjalistka odpowiada, że z punktu widzenia badań przesiewowych w kierunku wykrycia nowotworu, „dwójka” to cytologia prawidłowa – w systemie Bethesdy oznacza, że nie stwierdzono nieprawidłowości nabłonkowych, czyli raka ani dysplazji czyli stanu przednowotworowego.

– To z punktu widzenia profilaktyki onkologicznej prawidłowy wynik. Co więcej, niekoniecznie wymaga korygowania. Mogą to być prawidłowe komórki nabłonkowe o odczynie zapalnym, co nie zawsze wymaga leczenia. Odczyn zapalny w rozumieniu cytologicznym to bowiem nie zawsze czynna infekcja. Naturalnie, jeżeli pacjentka ma objawy lub cechy infekcji, konieczne będzie leczenie, ale jeżeli nie ma innych wykładników infekcji, taki wynik jest fizjologiczny – wyjaśnia prof. Ewa Barcz.

Co to jest cytologia?

Badanie cytologiczne to skuteczne, bezbolesne i bezpieczne badanie komórek z szyjki macicy, polegające na założeniu wziernika do pochwy, pobraniu komórek specjalną szczoteczką z tarczy i kanału szyjki macicy, a następnie nałożeniu rozmazu na szkiełko cytologiczne. Pobrany materiał przekazywany jest do oceny mikroskopowej. Cytolog ocenia prawidłowość komórek nabłonkowych. Cytologia pozwala wykryć nieprawidłowości sugerujące stan przednowotworowy lub nowotworowy szyjki macicy, w czasie, kiedy nie ma żadnych objawów. Daje możliwość oceny, czy kobieta znajduje się w grupie ryzyka zachorowania na raka szyjki macicy. Nieprawidłowy wynik nie jest jednoznaczny z diagnozą raka!

Grupa trzecia w starej typologii, czyli „trójka”, która kiedyś była równoznaczna z podejrzeniem dysplazji, czyli podejrzeniem stanu przednowotworowego lub raka, dzisiaj jest opisywana jako nieprawidłowości w komórkach nabłonkowych odpowiadające dysplazji małego, średniego lub dużego stopnia.

– Dysplazja to rozpoznanie patomorfologiczne określające zmiany w komórkach  nabłonkowych, które mogą dotyczyć różnych warstw nabłonka. Nie są to jeszcze komórki rakowe, jednak nieleczone mogą przejść transformację nowotworową – mówi ginekolog.

Kiedy trzeba wykonać kolposkopię?

W przypadku podejrzenia patologii komórek nabłonkowych wykonuje się kolposkopię.

– Jest to badanie szyjki macicy w powiększeniu – kolposkop to rodzaj mikroskopu z powiększeniami do ponad 20x, który wskazuje dokładnie miejsca zmienione chorobowo, a tym samym pozwala pobrać np. wycinki do badania histopatologicznego czyli badania, które ostatecznie rozstrzyga rozpoznanie: dysplazaja, jej brak, lub już rak – wyjaśnia specjalistka.

Jeśli mamy do czynienia z nieprawidłowym wynikiem cytologii, kolposkopii lub nieprawidłowym wynikiem badania histopatologicznego warto wykonać dodatkowo testy na HPV.

– W przypadku HPV istnieją wirusy wysokoonkogenne – niosące ryzyko powstania dysplazji dużego stopnia bądź przemiany nowotworowej oraz niskoonkogenne, przy których transformacja nowotworowa jest bardzo mało prawdopodobna. Postępowanie ustala się w zależności od wyniku: można proponować postępowanie wyczekujące – np. obserwację lub skłaniać się ku bardziej inwazyjnym działaniom np. konizacji szyjki macicy, czyli wycięciu stożka tkanki z części pochwowej szyjki macicy, co pozwala wyeliminować zmiany przedrakowe – mówi prof. Ewa Barcz.

Jak często wykonywać cytologię?

Cytologię powinno wykonywać  się od momentu podjęcia współżycia, ale nie później niż w 21 roku życia. Początkowo powinna być wykonywana co roku, a w przypadku dwóch kolejnych prawidłowych wyników – raz na 3 lata.

Jak się przygotować do badania cytologicznego?

  • Na badanie nie należy zgłaszać się w czasie krwawienia miesiączkowego,
  • Na pobranie cytologii najlepiej zgłosić się nie wcześniej niż 4 dni po ostatnim dniu miesiączki i nie później niż 4 dni przed rozpoczęciem miesiączki,
  • Co najmniej 4 dni przed pobraniem wymazu cytologicznego nie należy stosować żadnych leków dopochwowych,
  • Od ostatniego badania ginekologicznego/USG przezpochwowego powinien upłynąć co najmniej 1 dzień.

Monika Wysocka (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Wlewy witaminowe zamiast prawdziwej terapii? Nie dajcie się nabrać!

chemotherapy-448578_1920-copy

Nie ma cudownego lekarstwa na raka. Leczenie tej choroby to skomplikowany i często długi proces. Nie zastąpi go podawanie dożylne dużych dawek witaminy C.

– Ostatnie badania pokazują wręcz niekorzystny wpływ spowodowany wlewami z witaminy C na proces nowotworowy i na stosowane dotychczas leczenie – ostrzega kierownik Katedry i Kliniki Onkologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, prof. Rodryg Ramlau.

Takie postępowanie może nie tylko spowodować bóle brzucha, nudności, ale i osłabić, a nawet zniweczyć działanie chemioterapii.

Na przykład u pacjentów chorych na ostrą białaczkę szpikową, opornego na leczenie rozsianego raka jelita grubego lub rozsianego czerniaka, leczenie witaminą C podawaną dożylnie w skojarzeniu z innymi lekami powodowało poważne efekty uboczne i postęp choroby.

Lekarze podkreślają, że rezygnacja z leczenia choroby nowotworowej za pomocą uznanych przez medycynę leków i zabiegów na rzecz tzw. metod alternatywnych, to w praktyce zgoda na to, by rak pacjenta zabił.

– Alternatywne metody to jest wielkie utrapienie, żeby nie mówić, że klęska, dla nas, onkologów. Tego typu sposobem postępowania zajmują się nie lekarze (a, tym bardziej: nie onkolodzy), a osoby, które całkowicie nie mają do tego typu postępowania uprawnień. To, co nas najbardziej boli, to że rozmawiają z naszymi chorymi tworząc im pewnego rodzaju wizje nie do zrealizowania – ubolewa prof. Ramlau.

Eksperci apelują, by pacjenci, którzy poddają się akceptowanemu przez medycynę leczeniu nowotworu, informowali też o podejmowanych próbach z tzw. metodami alternatywnymi. Nawet substancje naturalne, takie jak zioła czy witaminy, mogą wchodzić w poważne interakcje z chemioterapią czy zaburzać gojenie ran pooperacyjnych. Stosowanie zaś dużych dawek tego rodzaju substancji u osoby zdrowej może wywołać problemy przy wchłanianiu żelaza czy wydzielaniu hormonów. Jeśli zaś ktoś z chorobą nerek będzie przyjmował duże dawki witaminy C, narazi się na niewydolność tych narządów.

– Niestety, nie ma cudownego leku na raka i musimy sobie wszyscy z tego zdawać sprawę.
Leczenie choroby nowotworowej, to proces bardzo skomplikowany i złożony i na pewno w walce z tym nowotworem nie pomagają metody alternatywne, takie jak wlewy z witaminy C – podkreśla prof. Ramlau.

Gdzie sprawdzić rzetelne informacje o alternatywnych metodach leczenia raka?

Na platformie edukacyjnej ‘”Rak Niekonwencjonalnie” prowadzonej przez Fundację Polska Liga Walki z Rakiem, którą można znaleźć pod linkiem: https://www.ligawalkizrakiem.pl/rak-niekonwencjonalnie. Serwis zawiera aktualne i – co istotne – rzetelne informacje na temat tzw. niekonwencjonalnych metod stosowanych przez chorych na nowotwory i osoby, które chcą się przed rakiem chronić.

Źródło: Justyna Wojteczek, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

 

Cholesterol w naszej diecie – bać się go czy nie?

fried-eggs-456351_1920-copy

Stosowanie odpowiedniej diety jest pierwszym zaleceniem zarówno w profilaktyce, jak i leczeniu chorób sercowo-naczyniowych. Celem leczenia dietetycznego jest obniżenie podwyższonych poziomów cholesterolu całkowitego (TC) oraz cholesterolu LDL, a przez to zmniejszenie zapadalności i umieralności na te choroby.

Od wielu lat cholesterol zawarty w diecie (czyli tzw. cholesterol pokarmowy) oskarżany jest o to, że podwyższa stężenie „złego” cholesterolu (LDL-C) we krwi, a tym samym sprzyja rozwojowi miażdżycy i jej powikłań, czyli chorób sercowo-naczyniowych, w tym m.in.: choroby wieńcowej, zawału serca, udaru mózgu czy miażdżycy kończyn dolnych. W tym kontekście warto podkreślić, że ta właśnie grupa chorób stanowi wciąż najczęstszą przyczynę zgonów w Polsce.

Co to jest miażdżyca i skąd się bierze?

Miażdżyca to choroba, którą powoduje odkładanie się cholesterolu LDL-C w ścianie dużych tętnic, dokąd przenika z krwi (dlatego nazywamy go „złym” cholesterolem):

  • im wyższe jest stężenie cholesterolu LDL-C we krwi, tym większe jest zagrożenie rozwojem miażdżycy
  • im niższy jest poziom cholesterolu LDL, tym mniejsze zagrożenie miażdżycą.

Obniżenie stężenia cholesterolu LDL-C we krwi jest najważniejszą metodą powstrzymywania rozwoju miażdżycy.

Ale czy cholesterol pokarmowy jest głównym „winowajcą” podwyższonego stężenia cholesterolu we krwi? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w stanowiskach medycznych towarzystw naukowych.

Najnowsze wspólne „Wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (ESC) i Europejskiego Towarzystwa Miażdżycowego (EAS) dotyczące leczenia zaburzeń lipidowych w 2016 roku” podają, jaki jest wpływ określonych zmian stylu życia, w tym żywieniowych, na stężenie cholesterolu całkowitego (TC) i „złego” cholesterolu (LDL-C). We wspomnianym opracowaniu eksperci wskazali, że:

Najsilniejszy wpływ (+++) i najwyższy poziom dowodu (A), na obniżenie stężenia cholesterolu całkowitego i cholesterolu LDL, ma:

  • zmniejszenie spożycia nasyconych kwasów tłuszczowych
  • zmniejszenie spożycia izomerów trans nienasyconych kwasów tłuszczowych

Silny wpływ (++) i wysoki poziom dowodu (A) ma:

  • zwiększenie spożycia błonnika pokarmowego
  • spożywanie produktów wzbogaconych w fitosterole, czyli sterole i stanole (żywność funkcjonalna)
  • zmniejszenie nadmiernej masy ciała
  • stosowanie suplementów zawierających czerwony fermentowany ryż

Korzystny wpływ, ale mniejszy (+) i niższy poziom dowodów (B) ma: 

  • zmniejszenie spożycia cholesterolu pokarmowego
  • zwiększenie codziennej aktywności fizycznej

Ile cholesterolu pokarmowego można bezpiecznie zjeść

Pomimo mniejszego wpływu cholesterolu pokarmowego, niż nasyconych kwasów tłuszczowych i izomerów trans na stężenie cholesterolu we krwi, w wytycznych ESC/EAS podkreślono, że „istnieje dodatnia korelacja między spożyciem cholesterolu a umieralnością z powodu choroby wieńcowej, która jest częściowo niezależna od stężenia cholesterolu. W kilku badaniach eksperymentalnych przeprowadzonych u ludzi oceniono wpływ cholesterolu zawartego w pożywieniu na wchłanianie cholesterolu i metabolizm lipidów, stwierdzając znaczną indywidualną zmienność tych parametrów”.

W omawianych wytycznych podano, że spożycie cholesterolu powinno być zmniejszone < 300 mg/dzień, zwłaszcza u osób z dużym jego stężeniem w osoczu.

Również „Wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (ESC) dotyczące prewencji chorób układu sercowo-naczyniowego w praktyce klinicznej w 2016 roku” nie negują wpływu cholesterolu pokarmowego na stężenie cholesterolu w surowicy, ale wskazują, podobnie, jak wytyczne ESC/EAS, że największy wpływ na to stężenie mają nasycone kwasy tłuszczowe i izomery trans.

Europejskie Towarzystwo Kardiologiczne podkreśla, że „w przypadku stosowania się do zaleceń dotyczących zmniejszenia spożycia nasyconych kwasów tłuszczowych zwykle jednocześnie dochodzi również do redukcji spożycia cholesterolu w diecie. Dlatego w niektórych wytycznych (również niniejszych) dotyczących zdrowej diety nie podaje się konkretnych rekomendacji na temat przyjmowania cholesterolu w diecie. W innych dokumentach zaleca się stosowanie ograniczone do < 300 mg/dobę”.

Rekomendacje dotyczące spożycia cholesterolu dla chorych na cukrzycę

Dla osób z cukrzycą, obok zalecenia zmniejszenia spożycia nasyconych kwasów tłuszczowych i izomerów trans, Polskie Towarzystwo Diabetologiczne jednocześnie podaje następujące ograniczenia:

  • zawartość cholesterolu w diecie nie powinna przekraczać 300 mg/dzień
  • u chorych z podwyższonym stężeniem cholesterolu frakcji LDL (≥ 100 mg/dl), zawartość cholesterolu w diecie należy zmniejszyć do < 200 mg/dzień.

Czy wszyscy podobnie reagują na cholesterol pokarmowy?

Z przytoczonych wyżej rekomendacji wynika, że ograniczanie cholesterolu w diecie jest w dalszym ciągu ważne, chociaż największe znaczenie ma ograniczanie nasyconych kwasów tłuszczowych i izomerów trans. Należy jednak podkreślić, że poszczególne osoby w różnym stopniu reagują wzrostem stężenia cholesterolu LDL we krwi na cholesterol w diecie.

U niektórych osób duża zawartość cholesterolu w diecie powoduje duży wzrost stężenia cholesterolu we krwi (osoby te nazywamy hiperrespondentami), a u niektórych osób nie występuje wzrost cholesterolu we krwi nawet przy nadmiernym spożyciu cholesterolu w diecie (są to tak zwani hiporrespondenci). To jak każdy z nas reaguje na cholesterol w diecie jest uwarunkowane genetycznie. Wiadomo, że wpływ na to ma obecność lub nieobecność tak zwanej apolipoproteiny E.

Szacuje się, że tylko 20-25 proc. osób w populacji wykazuje istotny wzrost stężenia cholesterolu w surowicy krwi w odpowiedzi na zwiększone jego spożycie. Ale wciąż nie wiemy, kto z nas jest wśród tych 20-25 proc., a kto wśród pozostałych 75-80 proc. Precyzyjne określenie w jaki sposób każdy z nas reaguje na cholesterol w diecie nie jest na razie możliwe.

Zawartość cholesterolu w różnych produktach spożywczych

Głównymi źródłami cholesterolu w naszej diecie są z reguły te same produkty, które jednocześnie dostarczają dużo nasyconych kwasów tłuszczowych. Cholesterol jest zawarty tylko w produktach pochodzenia zwierzęcego: głównie w tłuszczach zwierzęcych, tłustych produktach mięsnych i tłustych produktach mlecznych. W produktach tego rodzaju zawarte są również duże ilości nasyconych kwasów tłuszczowych. Ale warto wiedzieć, że nie tylko produkty pochodzenia zwierzęcego mogą być istotnym źródłem nasyconych kwasów tłuszczowych w naszej diecie. Zawarte są one także w niektórych produktach roślinnych, np. w oleju palmowym i kokosowym. Produktem, który zawiera wybitnie dużo cholesterolu jest żółtko jaja, można więc nazwać je „bombą” cholesterolową. Dużo cholesterolu w porównaniu z innymi produktami zawierają także podroby.

Infografika PAP / Serwis Zdrowie

Jaja – „bomba” cholesterolowa – jeść, czy nie jeść?

Od wielu lat toczy się dyskusja, ile jaj można jeść. Przez jakiś czas, z powodu obawy przed cholesterolem, ich renoma uległa osłabieniu, mimo, że są bardzo pożywne. W ostatnich latach przeprowadzono wiele badań, na podstawie których można wysnuć następujące wnioski:

  • jaja są źródłem bogatego we wszystkie niezbędne aminokwasy białka o wysokiej jakości, które jest uznawane za białko wzorcowe
  • zawierają witaminy A, D, B12, B1, B2 , kwas foliowy, żelazo, cynk, potas
  • zawierają luteinę i zeaksantynę- karotenoidy, które pomagają chronić oczy przed zwyrodnieniem plamki żółtej, co może prowadzić u seniorów do utraty wzroku,
  • zawierają lecytynę, która poprawia zdolność uczenia się oraz cholinę, która jest składnikiem niezbędnym do rozwoju mózgu,
  • ponadto spożycie jaj wiąże się z poprawą jakości diety i zwiększa uczucie sytości po posiłku.

Obecnie w celu zmniejszenia poziomu cholesterolu LDL kładzie się nacisk głównie na zastępowanie w diecie nasyconych kwasów tłuszczowych (tłuszcze zwierzęce, oleje tropikalne) nienasyconymi kwasami tłuszczowymi (tłuszcze roślinne, tłuste ryby morskie) oraz na niespożywanie przetworzonej żywności zawierającej izomery trans kwasów tłuszczowych (np. gotowe wyroby cukiernicze). Natomiast mniejszą wagę przywiązuje się do cholesterolu pokarmowego.

Ponieważ cholesterol pokarmowy towarzyszy tłuszczom zwierzęcym, ograniczając ich spożycie, ogranicza się także spożycie cholesterolu.

A wracając do jaj: w codziennej diecie osób zdrowych, bez zwiększonego stężenia cholesterolu we krwi, za rozsądne przyjmuje się spożycie do 7 jaj na tydzień.

Kto powinien ograniczać spożywanie całych jaj?

Na obecnym etapie wiedzy uzasadnione jest zalecenie ograniczenia spożywania jaj m.in. przez osoby z cukrzycą, ponieważ wyniki szeregu badań sugerują, że duże spożycie jaj, może nasilać u tych osób wystąpienie chorób sercowo-naczyniowych.

Eksperci sugerują, że u osób z rozpoznaną chorobą sercowo-naczyniową, z podwyższonym stężeniem cholesterolu we krwi, a także z cukrzycą rozsądne jest ograniczanie spożycia jaj do 2 tygodniowo.

Aleksandra Cichocka, dla zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Smog a mieszkania: jak dbać w nich o czyste powietrze

city-3850924_1920-copy

 

Jeśli w obawie przed smogiem powstrzymujesz się od wietrzenia mieszkania albo myślisz o zakupie oczyszczacza powietrza – ten tekst jest dla Ciebie.

W ostatnich latach Polacy zostali uświadomieni, przez organizacje pozarządowe, media oraz lekarzy, że żyjemy w kraju o bardzo niskiej jakości powietrza (przynajmniej na tle krajów Europy Zachodniej). W związku z tym wiele osób zaczyna dziś dzień od sprawdzenia w swoim smartfonie jakie jest aktualne natężenie smogu w okolicy. Jeśli jest ono bardzo wysokie, to w trosce o zdrowie, zakładają maseczki antysmogowe i zamykają szczelnie wszystkie okna w domu. I choć nikt już dziś nie kwestionuje faktu, że smog szkodzi zdrowiu, to jednak w sprawie skutecznych sposobów mających nas przed nim chronić zdania są już mocno podzielone. Spróbujmy zatem rozwiać część wątpliwości w tej kwestii.

O to, czy i jak zamykanie okien wpływa na jakość powietrza w naszych mieszkaniach oraz biurach zapytaliśmy eksperta, z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH).

Spójrz na swoją firankę, ona prawdę ci powie

– Zanieczyszczone powietrze z zewnątrz przenika do pomieszczeń wewnątrz budynków, w czasie ich wietrzenia czy też za sprawą wentylacji. Ale mimo to powietrze w naszych mieszkaniach i biurach jest z reguły znacznie mniej zanieczyszczone niż na zewnątrz. Dzieje się tak dlatego, że duża część napływających z zewnątrz zanieczyszczeń (głównie pyłowych) osadza się na przedmiotach znajdujących  się wewnątrz budynków. Aby się o tym przekonać wystarczy spojrzeć np. na firanki, meble albo na podłogę, na których osadza się wiele różnego rodzaju zanieczyszczeń, w formie brudu czy kurzu – mówi dr Adam Krogulski, mikrobiolog z Zakładu Bezpieczeństwa Zdrowotnego Środowiska NIZP-PZH.

Ekspert podkreśla, że codzienne wietrzenie i wentylowanie naszych mieszkań oraz biur to konieczność, bez względu na warunki panujące na zewnątrz! Dlaczego?

– Gdybyśmy znacząco je ograniczyli, to wtedy zaczęlibyśmy się dusić. Wzrosłoby w nich stężenie dwutlenku węgla (CO2) i innych niepożądanych substancji, a jednocześnie spadłoby stężenie tlenu. Badania naukowe wykazały, że podwyższone stężenie CO2 w szkołach i przedszkolach negatywnie wpływa na rozwój umysłowy dzieci i młodzieży. Pogarsza też ich bieżące zdolności poznawcze, obniża koncentrację, zwiększa senność i zmęczenie – mówi dr Adam Krogulski.

Wspomniane badania sprawiły, że we wszystkich szwedzkich placówkach edukacyjnych wprowadzono wentylację mechaniczną, która nie tylko jest bardzo wydajna, ale też umożliwia oczyszczanie powietrza, dzięki różnego rodzaju filtrom.

– Tymczasem w Polsce, w budynkach starego typu dominuje wciąż klasyczna wentylacja grawitacyjna, której sprawność często niestety pozostawia wiele do życzenia. Dlatego bardzo ważne dla naszego zdrowia jest regularne sprawdzanie drożności przewodów wentylacyjnych przez kominiarzy – mówi Adam Krogulski.

Jak długo powinniśmy wietrzyć swoje mieszkania w czasie smogu?  

Wspomniane wyżej, generalne zalecenie dotyczące regularnego wietrzenia mieszkań i ciągłego ich wentylowania, bez względu na warunki panujące na zewnątrz, nie jest jednak uniwersalne. Ekspert podkreśla, że dotyczy ono ludzi zdrowych.

– Większą ostrożność w tej kwestii powinni zachować jedynie ludzie bardziej wrażliwi na jakość wdychanego powietrza, a więc np. alergicy, astmatycy i osoby z ciężkimi chorobami płuc – wyjaśnia dr Adam Krogulski.

Według specjalisty nie ma też uniwersalnej recepty na dobre wietrzenie.

– Wszystko zależy od wielkości pomieszczenia, liczby ludzi w nim przebywających i innych okoliczności. W dużym uproszczeniu można jednak powiedzieć, że wietrzyć należy zawsze wtedy, gdy w pomieszczeniu robi się duszno. Nie powinniśmy nigdy doprowadzać do takiej sytuacji, ani tym bardziej jej utrzymywać, nawet gdy za oknem jest smog. Ja w domu w ramach dbałości o jakość powietrza zawsze mam lekko rozszczelnione okna. I to razem z wentylacją grawitacyjną najczęściej wystarcza – mówi dr Adam Krogulski.

Smog a oczyszczacze powietrza do pomieszczeń

A co eksperci sądzą o coraz bardziej popularnych dziś w Polsce tzw. oczyszczaczach powietrza, które z troski o zdrowie wstawia się do mieszkań i biur?

– Wbrew temu co można usłyszeć w reklamach, tak naprawdę nie są one w stanie zapewnić nam czystego powietrza. Owszem, oczyszczają powietrze, które przez nie przepływa, ale jak wykazują badania, wydajność popularnych urządzeń tego typu jest zbyt niska, aby oczyścić całe powietrze w danym pomieszczeniu. W rzeczywistości, najczęściej są one w stanie oczyścić tylko nieznaczny ułamek powietrza w mieszkaniu czy biurze. Zbyt mały, aby uczynić istotną różnicę – ocenia dr Adam Krogulski.

Również tzw. jonizatory powietrza i elektrofiltry nie wpływają istotnie na jakość powietrza w pomieszczeniach.

– Ba, jonizatory mogą jeszcze jego jakość pogorszyć. Emitują bowiem oprócz jonów także ozon, który może wchodzić w reakcje z substancjami obecnymi w pomieszczeniach, co może prowadzić do powstawania nowych zanieczyszczeń, w tym silnie szkodliwych. Od dawna wiadomo już, że nadmiar ozonu w powietrzu szkodzi zdrowiu człowieka – ostrzega dr Adam Krogulski.

Czy rośliny poprawiają jakość powietrza w budynkach?

W kontekście poprawy jakości powietrza wewnątrz budynków wiele mówi się też o roli roślin doniczkowych, które rzekomo mogą w tym bardzo pomóc. Co na to naukowcy?

– Ludzie wierzą, że uprawianie roślin w mieszkaniach czy biurach pomaga istotnie poprawić jakość znajdującego się w nich powietrza, zwłaszcza poprzez produkcję tlenu. Badania tego niestety nie potwierdzają. Owszem, rośliny, które mają bardziej postrzępione liście mogą zbierać z powietrza nieco kurzu. Ale już jako źródło tlenu się raczej nie sprawdzają. Trzeba pamiętać, że rośliny wytwarzają tlen tylko w świetle. Przez resztę doby zużywają tlen z otoczenia, aby żyć. Bilans wychodzi więc co najwyżej na zero – mówi dr Adam Krogulski.

Zdaniem eksperta, w praktyce dużo lepiej sprawdzają się w oczyszczaniu powietrza zwykłe firanki, na których zbiera się bardzo wiele zanieczyszczeń, w tym m.in. całkiem sporo osadzonych na cząsteczkach kurzu wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA). Jak widać, nie tylko z powodów estetycznych warto mieć w domu firanki, ale też trzeba je regularnie prać.

Sprawdź, jak twój pracodawca dba o powietrze w biurze

Wietrzenie i wentylowanie mieszkań oraz biur jest koniecznością z bardzo wielu powodów. Jakich?

– Powietrze wewnątrz budynków zanieczyszczają nie tylko przebywający w nich ludzie (m.in. wydychając C02, rozprzestrzeniając bakterie i wirusy), ale także różnego rodzaju przedmioty i urządzenia, począwszy od tapicerowanych mebli i dywanów, poprzez środki chemii gospodarczej, aż po urządzenia elektroniczne, np. komputery czy drukarki (zwłaszcza te starego typu). Generalnie im więcej ludzi oraz wyposażenia w danym pomieszczeniu, tym częściej trzeba je wietrzyć – podpowiada dr Adam Krogulski.

Jego zdaniem, sprawnie działający i właściwie użytkowany system wentylacji mechanicznej lub klimatyzacji rozwiązuje problem czystości powietrza wewnątrz budynków.

– W systemach tych stosowane są filtry, które są w stanie wyłapać z powietrza większą część zanieczyszczeń. Niestety są też budynki, w których z różnych powodów, najczęściej oszczędnościowych, systemy te pracują słabo, przez co nie zapewniają odpowiedniej ilości czystego powietrza. Dzieje się tak np. wtedy, gdy nie są w nich regularnie wymieniane filtry powietrza albo gdy zamiast powietrza z zewnątrz, w zbyt dużej ilości używa się powietrza pochodzącego z recyrkulacji (czyli pochodzącego z wewnątrz). Wtedy w powietrzu nie tylko rośnie stężenie CO2, ale też i chorobotwórczych wirusów – tłumaczy dr Adam Krogulski.

To właśnie dlatego w dobrej klasy biurowcach nadzór nad klimatyzacją i wentylacją powierza się często specjalistycznym firmom zewnętrznym, których wyłącznym zadaniem jest dbać o dobrą jakość powietrza w biurach. Przekłada się to na większą wydajność pracowników i ich lepszy stan zdrowia.

Czy maski antysmogowe chronią przed smogiem  

W kontekście smogu, wiele osób zastanawia się też, czy warto kupować tzw. maski antysmogowe. Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka oczywista, o czym świadczą m.in. wyniki kontroli dostępnych na naszym rynku masek, prowadzonych przez Inspekcję Handlową na zlecenie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Po ostatnich, drobiazgowych badaniach, przeprowadzonych w laboratorium Centralnego Instytutu Ochrony Pracy – Państwowego Instytutu Badawczego w Łodzi, okazało się, że nie wszystkie maski skutecznie chronią ludzi przed toksycznymi pyłami. Szczegółowe informacje na ten temat, a także praktyczny poradnik dla konsumentów odnośnie stosowania i zakupu takich masek, można znaleźć w materiałach informacyjnych opublikowanych na stronie internetowej UOKiK.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Pięć powodów, żeby zrobić test anty-HCV

liver-3026639_1920-copy

Marskość albo rak wątroby grozi nie tylko osobom nadużywającym alkoholu. Może się rozwinąć m.in. wskutek nieświadomego zakażenia się wirusem HCV. Podpowiadamy, gdzie można wykonać bezpłatny test anty-HCV.

Naprawdę warto się pod tym kątem przebadać, bowiem od niedawna istnieje już skuteczne leczenie zakażeń wirusem HCV (hepatitis C virus), który wywołuje przewlekłe wirusowe zapalenie wątroby typu C (WZW-C). Państwowa Inspekcja Sanitarna szacuje, że około 200 tys. osób w Polsce jest zakażonych tym wirusem. Co gorsza, trzy czwarte zainfekowanych osób w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Jak to możliwe?

– Pierwsze objawy tej choroby mogą wystąpić nawet dopiero po 30 latach od zakażenia. Najczęściej wykrywa się ją zupełnie przypadkowo – mówi Izabela Kucharska, zastępca Głównego Inspektora Sanitarnego.

Eksperci ostrzegają, że większość zakażeń HCV, nawet tych ostrych, przez wiele lat może przebiegać zupełnie bezobjawowo. W efekcie, są one zazwyczaj wykrywane dopiero w bardzo zaawansowanej fazie rozwoju, gdy chory zgłosi się do lekarza już z wyraźnymi objawami zmian w wątrobie, np. jej marskości. Czasami też wykrywa się te zakażenia przez przypadek, np. przy okazji diagnozowania lub leczenia innych chorób.

Wirus HCV jest zatem nie tylko podstępny, ale też bardzo groźny dla zdrowia – konkretnie odpowiada on za 20-40 proc. wszystkich przewlekłych chorób wątroby. Spora część tych zachorowań prowadzi niestety do niepełnosprawności lub przedwczesnej śmierci chorego.

Jak można się zakazić HCV

Wirusowym zapaleniem wątroby typu C nie można się zarazić podczas zwykłych kontaktów z osobą chorą. Można więc trzymać się z nią za ręce, całować, pić i jeść z tych samych naczyń, korzystać z tej samej toalety. HCV przenosi się dopiero poprzez kontakt z zakażoną krwią, głównie w czasie nieprawidłowo wykonywanych zabiegów medycznych czy kosmetycznych, takich jak: zastrzyki, pobieranie krwi, leczenie stomatologiczne, akupunktura, wykonywanie tatuaży, przekłuwanie uszu lub innych części ciała, pedicure, manicure. Zakazić można się także poprzez kontakty seksualne (gdy dojdzie do uszkodzenia naskórka lub błony śluzowej).

Jak uchronić swoją wątrobę przed uszkodzeniem

Eksperci podkreślają, że ogromnym problemem jest bardzo niska wykrywalność wirusa HCV w Polsce. W naszym kraju współczynnik wykrywalności wynosi zaledwie 15 proc., podczas gdy np. w krajach skandynawskich przekracza 80 proc. Dlatego pojawia się coraz więcej kampanii społecznych, które nie tylko uświadamiają Polaków na temat zagrożeń ze strony wirusa HCV, lecz także zachęcają do wykonywania profilaktycznych testów anty-HCV. Jedną z najnowszych tego typu kampanii jest projekt edukacyjny „Zdrowa wątroba”, nad którym patronat honorowy objęli: Główny Inspektorat Sanitarny, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny oraz Polskie Towarzystwo Medycyny Pracy.

– Wykrycie i leczenie choroby we wczesnym stadium daje w tej chwili możliwość całkowitego wyleczenia. Osoba, która nie wie o chorobie pozbawia się tej możliwości i naraża na poważne następstwa, jakimi są marskość wątroby, a w późniejszym etapie nawet  nowotwór. Poza tym, osoba która jest zakażona wirusem HCV, ale o tym nie wie, może być zagrożeniem dla swojego otoczenia – podkreśla prof. Anna Piekarska, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, wspierająca merytorycznie projekt „Zdrowa wątroba”.

Specjalistka zaznacza, że każdy z nas może być zakażony i o tym nie wiedzieć.

– Na przykład, zdarza się, że na HCV chorują młodzi dorośli, zupełnie niczego nie podejrzewając, a to dlatego, że zostali zakażeni w szpitalu, jeszcze w okresie noworodkowym. Niestety, pierwsze objawy choroby występują zazwyczaj dopiero w bardzo zaawansowanym stadium rozwoju, a więc już przy marskości, raku lub niewydolności wątroby. Zmiany jakie wywołuje w wątrobie HCV są często nieodwracalne. Dlatego tak bardzo liczy się czas – ostrzega prof. Anna Piekarska.

Dr Karolina Zakrzewska z Zakładu Epidemiologii Chorób Zakaźnych i Nadzoru Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny dodaje, że nie ma szczepionki przeciwko HCV.

– Dlatego musimy być czujni. Trzeba mieć świadomość, że wszystkie sytuacje i zabiegi, w których doszło do przerwania ciągłości tkanek albo przetaczania krwi wiążą się z ryzykiem zakażenia HCV. Aby upewnić się, że wszystko jest z nami w porządku, w ramach profilaktyki, warto potem wykonać test anty-HCV – radzi dr Karolina Zakrzewska.

Hepatolodzy podkreślają, że leczenie wirusowego zapalenia wątroby typu C jest obecnie w Polsce łatwo dostępne (bez kolejek) i w pełni refundowane przez NFZ.

Gdzie można wykonać bezpłatne testy anty-HCV

Jak widać, w przypadku wirusowego zapalenia wątroby typu C, naprawdę warto dmuchać na zimne. Testy anty-HCV można wykonać bezpłatnie m.in. w ramach profilaktycznego projektu „Zdrowa wątroba”. Gdzie? Lista placówek medycznych z różnych regionów kraju, w których można wykonać taki test, w tym i przyszłym roku, jest dostępna na stronie internetowej projektu.

Ponadto, do końca 2018 r. można jeszcze skorzystać z bezpłatnego testu na HCV w ramach ogólnopolskiej akcji profilaktycznej zorganizowanej przez fundację Gwiazda Nadziei, która od lat wspiera pacjentów z różnymi chorobami wątroby. Listę placówek medycznych i laboratoriów, które wykonują testy anty-HCV w ramach tej akcji można znaleźć na stronie internetowej fundacji.

Duża aktywność organizacji pozarządowych na tym polu ma związek z faktem, że obecnie, powszechnie dostępnych, przesiewowych testów anty-HCV nie ma w pakiecie podstawowych świadczeń refundowanych w ramach NFZ (lekarz rodzinny może jednak w tej sprawie skierować pacjenta do specjalistycznej poradni chorób zakaźnych). Dobra wiadomość jest taka, że na bezpłatne testy anty-HCV w ramach NFZ mogą liczyć wszystkie kobiety w ciąży.

Jak interpretować wyniki testu anty-HCV

Specjaliści podkreślają, że test przesiewowy, który służy do wykrywania infekcji HCV jest prosty i szybki. Przypomina popularny i dostępny w każdej aptece test ciążowy. Tyle, że w przypadku testu na HCV oczywiście pobiera się do analizy nie mocz, lecz krew badanej osoby.

Kropla krwi z palca wystarczy, aby przeprowadzić test anty-HCV, który już po 5-15 minutach daje wynik – mówi Tomasz Jan Prycel, dyrektor stowarzyszenia CEESTAHC (Central and Eastern European Society of Technology Assessment in Health Care), które jest głównym organizatorem projektu „Zdrowa wątroba”.

Ale uwaga! Jeśli test stwierdzi obecność przeciwciał HCV we krwi, to nie oznacza wcale automatycznie, że jest się chorym. Trzeba wtedy przeprowadzić badania dodatkowe, które dadzą odpowiedź na pytanie czy zakażenie HCV jest aktualne (aktywne), czy też obecność przeciwciał wskazuje tylko na kontakt z wirusem, który miał miejsce w przeszłości, lecz nie doprowadził do rozwoju choroby.

– W przypadku wyniku pozytywnego lub wątpliwego zalecana jest pogłębiona diagnostyka laboratoryjna, wykonywana w ramach środków NFZ (np. poprzez skierowanie przez lekarza POZ do poradni chorób zakaźnych) lub prywatnie. Należy pamiętać, że jedynie wynik HCV-RNA ostatecznie wyklucza lub potwierdza zakażenie HCV. Nie wszystkie pozytywne wyniki testu przesiewowego oznaczają więc aktywne zakażenie wirusem HCV. Istnieje 20-30 proc. prawdopodobieństwa, że badanie molekularne (HCV-RNA) nie wykaże obecności materiału genetycznego wirusa – wyjaśnia Tomasz Jan Prycel.

Jakie mogą być wczesne objawy zakażenia HCV

– Aby uniknąć najgorszego, nie tylko cierpienia, ale też niepełnosprawności czy konieczności przeszczepu wątroby, trzeba wykryć zakażenie jak najwcześniej. Mogą o nim świadczyć nawet tak nieoczywiste objawy jak przewlekłe zmęczenie, ciągła senność czy rozkojarzenie – podpowiada Barbara Pepke, prezes fundacji Gwiazda Nadziei, która osobiście doświadczyła skutków tej podstępnej choroby.

HCV na celowniku Światowej Organizacji Zdrowia

Na koniec warto dodać, że „kariera” jaką w medycynie zrobił wirus HCV jest naprawdę spektakularna. Mało kto bowiem zdaje sobie sprawę z faktu, że wirus ten został odkryty dopiero w 1989 r. W efekcie, dopiero od 1993 r. krew badana jest pod kątem obecności HCV. W praktyce oznacza to tyle, że wszystkie osoby, które we wcześniejszych latach były leczone w szpitalach, zwłaszcza te, które miały przetaczaną krew, mogą być nieświadomymi nosicielami HCV.

Z tego powodu, nie powinien też nikogo dziwić niski poziom społecznej świadomości na temat tego wirusa – z badań wynika, że aż 25 proc. Polaków nie wie, że zapalenie wątroby typu C jest chorobą zakaźną!

Oznacza to, że w dalszym ciągu bardzo potrzebne są w Polsce projekty edukacyjne mające zwiększać świadomość tego problemu, takie jak projekt „Zapobieganie zakażeniom HCV”, realizowany niedawno przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny, czy też projekt „Zdrowa wątroba”, który stowarzyszenie CEESTAHC realizuje we współpracy z fundacją Gwiazda Nadziei oraz Europejską Fundacją Rozwiązywania Problemów Zdrowotnych.

Na koniec warto dodać, że wirusowe choroby wątroby zostały niedawno uznane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) za poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego. W 2016 r. WHO przyjęła więc strategię, której celem jest eliminacja wirusowych zapaleń wątroby (WZW) do 2030 r., m.in. poprzez zwiększenie wykrywalności zakażeń oraz zapewnienie równego dostępu do profilaktyki i leczenia.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Nie odkładaj ojcostwa na później

baby-22194_1920-copy

 

Dla zdrowia dziecka znaczenie ma wiek i kondycja ojca, a szkodzić może już nawet przewlekły stres. Pod wpływem szkodliwych czynników może dochodzić do mutacji w komórkach rozrodczych, a także zmian epigenetycznych, rzutujących na życie potomka.

Nie tylko wiek, w którym kobieta zachodzi w ciążę ma znaczenie, jeśli chodzi o zdrowie dziecka (od dawna wiadomo, że z wiekiem matki zwiększa się ryzyko rozmaitych wad u jej dzieci). Długo sądzono, że wiek ojca nie ma tu wielkiego znaczenia, ale coraz więcej badań wskazuje, że dzieci starszych ojców są po porodzie bardziej narażone na problemy zdrowotne.

Do grona naukowców, którzy wskazują na tę korelację dołączyli badacze ze Stanford University School of Medicine, którzy poddali analizie informacje o dzieciach urodzonych w –  bagatela! – 40 mln porodów na przestrzeni 10 lat.

– Przy ocenie ryzyka towarzyszącemu porodom, mamy zwyczaj patrzeć na czynniki związane z matką, ale to badanie pokazuje, że urodzenie zdrowego dziecka to gra zespołowa i wiek ojca przyczynia się do zdrowia noworodka – podkreśla prof. Michael Eisenberg, autor pracy opublikowanej na łamach „The BMJ”.

Choć badanie nie wskazywało jasno przyczyn i skutków, to po ok. 35. roku życia ojców pojawiło się zauważalne, podniesione ryzyko dla zdrowia potomstwa. Całkowite zagrożenie problemami nadal nie było bardzo wysokie, ale w porównaniu do potomstwa ojców w wieku 25-34 lat, dzieci panów po 45. roku życia:

  • częściej rodziły się przedwcześnie,
  • częściej konieczne było umieszczenie dziecka na neonatologicznym oddziale intensywnej terapii,
  • wyższe było ryzyko wystąpienia drgawek
  • większe było zagrożenie niską masą urodzeniową.

W przypadku ojców w wieku 50 lat lub więcej – ryzyko umieszczenia dziecka na neonatologicznym oddziale intensywnej terapii podnosiło się aż o 28 proc.

Co ciekawe, przy późnym ojcostwie, z jakiegoś powodu rosło także zagrożenie dla matek, które częściej zapadały na cukrzycę.

– Wiele mówi się o wpływie wieku matki dla zdrowia dziecka, ale istnieją silne dowody naukowe na to, że wiek ojców także ma znaczenie – podkreśla dr hab. Beata S. Lipska-Ziętkiewicz, pediatra, genetyk kliniczny, kierownik Pracowni Genetyki Klinicznej Katedry i Zakładu Biologii i Genetyki Medycznej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Tytoniowy dym i groźne mutacje

Nie dziwi, że naukowe eksperymenty wskazują także na podstawowe znaczenie stylu życia przyszłych rodziców dla zdrowia potomstwa. Specjaliści z Uniwersytetu w Lund przeprowadzili na przykład badanie z udziałem ponad setki mężczyzn w wieku od 17 do 20 lat, sprawdzając wpływ palenia tytoniu przez ich ojców na jakość nasienia. Po uwzględnieniu ekspozycji matki na nikotynę, czynników społeczno-ekonomicznych i używania przez nich tytoniu, okazało się, że mężczyźni, których ojcowie palili, mieli o 41 proc. mniejsze stężenie plemników w nasieniu i ponad 50 proc. mniejszą ogólną liczbę wytwarzanych plemników niż synowie ojców niepalących.

Według naukowców to zależność nawet silniejsza niż obserwowany wcześniej wpływ palenia matek na jakoś nasienia synów! Na temat przyczyn takiej sytuacji badacze na razie tylko spekulują; obwiniają przy tym mutacje. Jak tłumaczą, produkujące plemniki komórki nieustannie się dzielą, a w trakcie tych podziałów może dochodzić do uszkodzeń w genach. Tymczasem wiadomo, że wiele mutagennych związków znajduje się właśnie w dymie tytoniowym.

Pod tym kątem kobiety wydają się być bezpieczniejsze.

– U kobiet komórki jajowe są od urodzenia przechowywane w trakcie zatrzymanego podziału. Czekające na dalszy podział chromosomy są utrzymywane przez tzw. wrzeciono kariokinetyczne. Nie jest to całkowicie bezpieczne rozwiązanie i dlatego w przypadku kobiet obserwuje się zaburzenia chromosomalne. Z kolei u mężczyzn, po osiągnięciu dojrzałości płciowej, komórki rozrodcze nieustannie się dzielą, co z kolei predysponuje je do powstawania w nich mutacji. Im późniejszy wiek ojca, tym więcej podziałów komórek i tym większe ryzyko powstania mutacji – wyjaśnia dr hab. Lipska-Ziętkiewicz.

Stres a aktywność genów

W grę prawdopodobnie wchodzą jednak także inne, dopiero poznawane mechanizmy. Dobrze pokazali to badacze z University of Maryland School of Medicine w eksperymencie na myszach. Ich projekt pokazał również, że przykre konsekwencje dla przyszłych pokoleń może mieć już nawet nadmierny stres ojców.

Naukowcy zauważyli bowiem, że potomstwo samców cierpiących z powodu łagodnego ale chronicznego stresu także gorzej reaguje na stres. Jednocześnie zauważyli, że w plemnikach takich ojców dochodzi do zmian w kompozycji cząsteczek mikro RNA (miRNA). Cząsteczki te uczestniczą tymczasem w regulacji aktywności genów. Badacze wyjaśniają, że kiedy plemniki dojrzewają, przechowujące je najądrza wydzielają wypełnione miRNA pęcherzyki, które łączą się z plemnikami, wpływając na aktywność przechowywanych w nich genów. Jak się tymczasem okazało, stres powodował zmianę zawartości tych pęcherzyków. Przekazana kolejnemu pokoleniu zmiana została więc przeniesiona nie w postaci uszkodzeń samych genów, ale w postaci tzw. modyfikacji epigenetycznych wpływających na aktywność genów.

Dieta ojca a rak piersi u córek

Badania sugerują, że w podobny sposób mogą powstawać różnego typu problemy. Naukowcy z Uniwersytetu w São Paulo uzyskali na przykład wyniki wskazujące, że dieta ojców może wpływać na ryzyko rozwoju raka piersi u córek. Kiedy u samic szczurów naukowcy wywoływali raka sutka, zawartość tłuszczów zwierzęcych i roślinnych w diecie ojców wpływała na  ryzyko pojawienia się choroby, czasu jej rozwoju oraz śmiertelności chorych komórek. Siłą rzeczy tego rodzaju eksperymentu nie można przeprowadzić na ludziach, ale niewykluczone, że taki mechanizm działa też i u nich.

Podobnie może się dziać np. z zaburzeniami metabolicznymi, na co wskazuje eksperyment zespołu z University of Adelaide. Badacze hodowali dwie grupy myszy, przy czym jedna grupa była karmiona normalnie, a druga według niezdrowej, tłustej diety, która prowadziła do otyłości. Samce z dwóch grup miały następnie potomstwo z normalnie karmionymi samicami.

Urodzone w kolejnym pokoleniu także rozmnażały się z partnerkami karmionymi według zdrowej diety. Wpływ żywienia najstarszego pokolenia rozciągał się aż na dwie kolejne generacje! Dzieci oraz wnuki samców karmionych tłustą, niezdrową karmą częściej cierpiały z powodu zaburzeń metabolicznych, w tym cukrzycy.

Potomstwo uzależnionych ojców odporne na kokainę

Wpływ trybu życia ojców na potomstwo może czasami zaskakiwać. Jak wskazuje przeprowadzone na szczurach badanie naukowców z University of Pennsylvania, synowie gryzoni uzależnionych od kokainy są mniej podatni na działanie tego narkotyku. Mózgi tych zwierząt pochodzących od uzależnionych ojców były tak zmienione, że kokaina dawała im mniej przyjemności i w mniejszym stopniu modyfikowała działanie mózgu. W efekcie takie szczury rzadziej sięgały po narkotyk i wolniej się od niego uzależniały. Oczywiście nie znaczy to, że dla dobra potomstwa należy brać kokainę czy korzystać z innych uzależniających substancji.

Autorzy obu projektów badawczych zaobserwowali zmiany epigenetyczne w komórkach zwierząt.

– W przypadku mutacji genetycznych zachodzi zależność zero-jedynkowa, tzn. albo mutacja jest albo jej nie ma. Natomiast przy zmianach epigenetycznych mamy raczej do czynienia z takimi efektami, że różne zmiany kumulują dając końcowy efekt. Niestety, nie ma na razie testów prenatalnych dedykowanych dla zmian epigenetycznych. Również badania w kierunku obecności nowych mutacji powstałych w trakcie spermatogenezy nie są w chwili obecnej wykonywane w ramach rutynowych badań prenatalnych – wyjaśnia ekspertka z Gdańska.

Dzieci w odpowiednim czasie i zdrowy tryb życia

Warto więc, aby planujący potomstwo mężczyźni o siebie dbali. Badanie zespołu z Ohio State University wskazuje, że pomóc może już niewielka, pozytywna interwencja. W serii eksperymentów część myszy była karmiona normalnie, a część według niezdrowej, tłustej diety. Dodatkowo część osobników z każdej grupy miała ograniczoną możliwość ruchu, a inne były w naturalnym stopniu fizycznie aktywne.

Okazało się, że potomstwo ćwiczących ojców miało zdrowszy metabolizm glukozy, mniejszą masę ciała i  tłuszczu. Co więcej, gorzej w tych obszarach wypadało potomstwo źle karmionych ojców, ale ćwiczenia łagodziły negatywny wpływ niezdrowej diety. Dalsze badania pokazały natomiast zmienione działanie genów w plemnikach ruszających się samców.

Naukowcy twierdzą, że możliwe jest, iż podobnie dzieje się u ludzi. Ich zdaniem już miesiąc regularnego sportu przed poczęciem powinno przynieść pozytywne efekty dla zdrowia ich potomstwa. Co więc robić?

– Do wszystkiego należy podchodzić z rozsądkiem. Ze względu na rzeczywistą wartość ryzyka nie powinno się zniechęcać kobiet ani mężczyzn w starszym wieku do rodzenia dzieci, ale najlepszy okres to wiek 20 – 30 lat. Ważny jest też styl życia, to na jak wiele szkodliwych czynników dana osoba naraziła swoje komórki rozrodcze – podkreśla dr hab. Lipska-Ziętkiewicz.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Jak w ciąży dbać o zęby nie szkodząc dziecku

pregnant-2771232_1920-copy

Choroby przyzębia i zębów mają wpływ na przebieg ciąży: mogą przyczynić się do przedwczesnego porodu, niskiej wagi urodzeniowej noworodka czy stanu przedrzucawkowego przyszłej mamy.

Specjaliści zalecają, by przyszła mama na samym początku ciąży, a jeszcze lepiej – przed zajściem w nią, wybrała się na konsultację do dentysty.

Podczas ciąży w organizmie kobiety dochodzi bowiem do wielu fizjologicznych zmian na tle hormonalnym; ich skutek może być także widoczny jamie ustnej. Stąd w tym czasie odnotowuje się u kobiet większą skłonność do zapaleń dziąseł, nawet przy zachowaniu prawidłowej higieny jamy ustnej i odpowiednim usuwaniu płytki nazębnej.

– Podczas ciąży w organizmie wrasta poziom progesteronu i estrogenów co sprzyja większemu ukrwieniu tkanek dziąseł. U niektórych pań stają się one rozpulchnione i bardziej wrażliwe na podrażnienia czy urazy. Dziąsła mogą też ostrzej niż zwykle reagować na kontakt z płytką nazębną, co sprzyja infekcji – wyjaśnia lek. stom. Joanna Oleksiak z gabinetu Stankowscy & Białach Stomatologia w Poznaniu.

W rezultacie aż u ok. 40 proc. ciężarnych może rozwinąć się tzw. ciążowe zapalenie dziąseł. Charakteryzuje się ono zaczerwienieniem, obrzękiem i tkliwością tych tkanek. Częstym zwia-stunem jest tzw. „objaw różowej szczoteczki”, ponieważ dziąsła krwawią nawet przy codziennym szczotkowaniu. Jeśli zaś pacjentka cierpi na choroby dziąseł jeszcze przed ciążą, to najpewniej ulegną one zaostrzeniu.

Warto też pamiętać, że zdrowie jamy ustnej ma wpływ na cały organizm przez całe życie.

Zapalenie dziąseł w ciąży: może mieć wpływ na dziecko?

Ciążowe zapalenie dziąseł zwykle nie powoduje nieodwracalnych zmian w przyzębiu, stosunkowo łatwo je leczyć i zazwyczaj ustępuje kilka miesięcy po porodzie.

Najczęściej też nie ma wpływu na zdrowie rozwijającego się płodu. Jednak u ok. 12-15 proc. kobiet w ciąży dochodzi do zaawansowanej choroby przyzębia i ta już może mieć wpływ na parametry rozwijającego się płodu. Badania wykazują, że zapalenia przyzębia powiązane jest z występowaniem trzech rodzajów powikłań ciążowych: niskiej wagi urodzeniowej, przedwczesnego rozwiązania oraz stanu przedrzucawkowego (rozumiany jako wysokie ciśnienie krwi matki  i znaczący białkomocz lub obecność nadmiernej liczby białek w moczu a także występowaniem cukrzycy ciążowej).

Aż ośmiokrotnie zwiększa się ryzyko urodzenia dziecka przed wyznaczonym terminem i ważącego poniżej 2,5 kg. jeśli u kobiety w ciąży dojdzie do zapalenia przyzębia.

Specjaliści sugerują, że bakterie bytujące w jamie ustnej przenosząc się najprawdopodobniej wraz z krwią kolonizują płód i łożysko. Choć wykazano powiązanie mikroorganizmów charakterystycznych dla zapalenia przyzębia z powikłaniami ciążowymi, niewiele wiadomo o tym, jaką rolę spełniają. Wciąż nie wiadomo też, dlaczego u niektórych kobiet cierpiących na zapalenie przyzębia pojawiają się powikłania ciążowe, a u innych nie.

Nadziąślak: co to jest

Zdarza się, że na powierzchni dziąsła pojawia się mały, miękki i zaczerwieniony guz – to może być nadziąślak ziarnisty zwany również nadziąślakiem ciężarnych. Nie przestrasz się , to  ła-godny guz. Zwykle umiejscawia się w przestrzeniach międzyzębowych, ale czasem może przechodzić na wargi, koniuszek języka lub jego brzegi.

– Wpływ na jego rozwój ma wiele czynników, m.in. miejscowe podrażnienia, urazy oraz zmiany hormonalne. Nie boli i zazwyczaj nie ulega zezłośliwieniu – uspokaja lek. stom. Monika Stachowicz z gabinetu Periodent w Warszawie.

Nadziąślaki najczęściej pojawiają się między drugim a piątym miesiącem ciąży. Jeśli nie powodują problemów  w codziennym funkcjonowaniu lub nie mają wpływu na wygląd, nie powinno się ich usuwać podczas trwania ciąży. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zmiany te ustąpią samoistnie po porodzie.

Leczenie próchnicy w czasie ciąży…

…jest koniecznością. Specjaliści przekonują, że obecnie stosowane wypełnienia są całkowicie bezpieczne dla płodu, ze względu na to, że nie przenikają poza strukturę zęba. Dostępne są również specjalne rodzaje środków znieczulających, które są całkowicie bezpieczne dla matki i płodu. – Stres związany z infekcją zęba i możliwe powikłania przy braku leczenia, mogą być groźniejsze dla pacjentki niż samo jego podjęcie  – podkreśla dentystka.

Czy badanie RTG zęba u kobiety w ciąży jest bezpieczne?

Choć pojedyncze badanie zęba z pewnością nie zaszkodzi dziecku, powinno się je wykony-wać tylko wtedy, gdy to konieczne; najlepiej unikać tego rodzaju diagnostyki w 1. trymestrze ciąży, gdy płód jest najbardziej wrażliwy na promieniowanie RTG.

– Obecnie ten typ diagnostyki wykonuje się nowoczesną i w pełni bezpieczną metodą radiowi-zjografii, gdzie dawka promieniowania jest minimalna, a jama ustna mocno oddalona od maci-cy. Również tradycyjne RTG wykonywane jest z należytymi środkami bezpieczeństwa, to znaczy brzuch i tarczyca pacjentki osłaniane są specjalnym ołowianym fartuchem, który stanowi ochronę dla płodu” – wyjaśnia dr Joanna Oleksiak z Poznania.

Jakich zabiegów stomatologicznych unikać w czasie ciąży?

Podczas ciąży nie powinno się korzystać z zabiegów wybielających zęby w gabinecie. Tym bardziej nie powinno stosować samemu preparatów dostępnych w sklepach – ich wpływ na ciążę i płód nie jest do końca zbadany. Mogą one także powodować nadwrażliwość dziąseł. W trakcie ciąży lepiej także unikać zabiegów protetycznych, rekonstrukcyjnych, chirurgicz-nych czy leczenia ortodontycznego.

Higiena jamy ustnej mamy z korzyścią dla dziecka

Specjaliści z Polskiego Towarzystwa Periodontologicznego zwracają uwagę na to, że bakterie odpowiedzialne za rozwój próchnicy, nie tylko wywołują zakażenia jamy ustnej u kobiet w ciąży, ale są też przyczyną próchnicy zębów u ich dzieci.

– Minimalizując obecność tych bakterii w jamie ustnej mamy, zapobiega się więc również ich namnażaniu w jamie ustnej jej dziecka” – uważa specjalista prof. Tomasz Konopka kierownik Katedry i Zakładu Periodontologii Wrocławskiego Uniwersytetu Medycznego, wiceprezes PTP.

Jak wykazał w swoich badaniach amerykański periodontolog Steven Offenbacher objęcie kobiet w ciąży opieką periodontologiczną mogłoby zmniejszyć aż o 15 proc. liczbę wszystkich przedwczesnych porodów.  Polskie Towarzystwo Periodontologiczne uznając zdrowie jamy ustnej kobiet w ciąży za poważny problem przyłączyło się do programu edukacyjnego realizowanego przez Europejską Federację Periodontologiczną.

Podczas spotkania panelowego w kwietniu tego roku w Warszawie, w którym uczestniczyli polscy eksperci z dziedziny periodontologii, perinatologii oraz ginekologii i położnictwa opracowano wytyczne w sprawie opieki stomatologicznej nad kobietą ciężarną.

Monika Wysocka (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

NIK o ochronie przed promieniowaniem elektromagnetycznym

rays-231631_1920

Od kilkunastu lat następuje dynamiczny rozwój telefonii komórkowej. Rośnie ruch w sieci, rosną oczekiwania użytkowników co do jakości i szybkości usług telekomunikacyjnych, wdrażane są coraz bardziej zaawansowane technologie. To wszystko związane jest z promieniowaniem elektromagnetycznym, na które narażeni są wszyscy. Wiele środowisk zgłasza obawy o niekorzystny wpływ na zdrowie obywateli. Jak państwo kontroluje poziom promieniowania? Lubelska Delegatura NIK, która koordynowała kontrolę tego problemu poprosiła ekspertów z wyższych uczelni oraz instytucji zajmujących się badaniami pół elektromagnetycznych, które pomogą przy opracowaniu szczegółowych wniosków służących udoskonalaniu skutecznej ochrony osób narażonych na oddziaływanie takich pól.

Najdynamiczniej rozwija się przesył danych z wykorzystaniem internetu mobilnego. Prognozuje się, że w Polsce ruch ten wzrośnie do 2030 roku około 24-krotnie. Tempo będzie zbliżone do innych krajów europejskich. Z rozwojem internetu nierozerwalnie związana jest rozbudowa i zagęszczenie infrastruktury telekomunikacyjnej. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego liczba stacji bazowych telefonii komórkowej wzrosła w Polsce z ponad 13 tys. w 2003 r. do ok. 40 tys. w 2017 r. (nie licząc liczby anten w ramach poszczególnych systemów nadawczych). Oznacza to, że ludzie poddawani są coraz większemu oddziaływaniu sztucznie wytwarzanych pól elektromagnetycznych.  Taka sytuacja powoduje nieufność i konflikty między mieszkańcami, operatorami sieci komórkowych i organami administracji publicznej. Jednak obawy te mogą być przesadzone.

Uczestnicy panelu wskazywali, że w czasie kontroli muszą być obecni przedstawiciele operatorów telefonii komórkowej a to budzi nieufność  mieszkańców o wiarygodność wyników. Anteny nadawcze często instalowane są na dachach budynków mieszkalnych, wieżach kościelnych, wieżowcach. W wielu sprawozdaniach brakuje informacji o wynikach pomiarów wewnątrz  mieszkań. Znajduje się natomiast zdania mówiące, że ” w żadnym punkcie wokół obiektu i w miejscu przebywania ludzi nie zostały przekroczone wartości dopuszczalne” – co zdaniem wielu jest po prostu poświadczeniem nieprawdy, bo wewnątrz budynku przecież przebywają ludzie. Metody pomiarowe są drogie i trudno wymagać, by zostały zbadane wszystkie anteny, których liczba  idzie już w setki tysięcy. Dlatego potrzebne są nowe przepisy dotyczące pomiarów. Z punktu widzenia inspekcji państwowych i operatorów najważniejsze jest trafne indentyfikowanie i ukierunkowanie pomiarów na miejsca, w których istnieje potencjalnie najwyższe ryzyko przekroczenia limitu promieniowania. Ważne jest przy tym dostosowanie procedur pomiarowych do błyskawicznie rozwijających się technik nadawczych telefonii komórkowej.

NIK zajmowała się już telefonią komórkową. W  kontroli Izba zbadała działalność administracji związaną z budową i funkcjonowaniem stacji bazowych. Okazało się, że brak jest przejrzystych przepisów normujących powstawanie takich stacji, które zapewniałyby już na tym etapie miarodajną ocenę narażenia na zwiększone promieniowanie elektromagnetyczne. Brak przepisów w połączeniu z uproszczonym modelem oceny oddziaływania stacji bazowych na środowisko nie gwarantuje, że nowe i modernizowane bazy nie spowodują przekroczenia w ich otoczeniu dopuszczalnego limitu promieniowania.

Nasza cywilizacja stoi przed nowym wyzwaniem. Jeszcze nie korzystamy z wszystkich możliwości, które daje nam sieć 4 G a już mówi się o powstaniu sieci 5 G. Naukowcy przypuszczają, że w technologii 5 G przesył danych będzie miał prędkość nawet do 100 gigabitów na sekundę. Dziś urządzenia pozwalają na prędkość do 300 megabitów na sekundę. Do tego na rynek wkracza internet rzeczy.  To sieć, w której nie ludzie a rzeczy będą porozumiewały się ze sobą. Na przykład lodówka w inteligentnym domu sama uzna, że brakuje jakiegoś produktu i zamówi go w internetowej hurtowni. To wszystko sprawi, że liczba stacji bazowych może wzrosnąć do poziomu w tej chwili niewyobrażalnego.

Wydaje się, że koniecznym jest dialog społeczny i powszechna edukacja a także transparentne procedury związane z powstawaniem nowej infrastruktury.

Źródło www.nik.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Barwa języka sygnałem różnych chorób

man-540500_1920-copy

Język powinien być jasnoróżowy. Jeśli ma inny odcień albo jest pokryty nalotem, może to sygnalizować poważne choroby – nie tylko w obrębie jamy ustnej. Lekarz może więc powiedzieć: „Pokaż mi swój język, a powiem, co ci dolega”.

Język, który jest zbudowany z mięśni, jest nam potrzebny m.in. do mówienia, jedzenia czy odczuwania smaku. Ale jego wygląd może też wiele powiedzieć o stanie naszego zdrowia.

– Zdrowy język jest jasnoróżowy, gładki i ma wilgotną śluzówkę pokrytą licznymi guzkami, zwanymi brodawkami językowymi. Jeśli jego wygląd odbiega od tego opisu i zauważamy niepokojące naloty czy zmianę zabarwienia, warto skonsultować się z lekarzem. Zmiany w wyglądzie języka mogą mieć swoje źródło w jamie ustnej, ale równie dobrze mogą świadczyć o problemach z trawieniem, układem krążenia czy obniżonej odporności – mówi dentysta Marcin Kopeć, z gabinetu Stankowscy & Białach Stomatologia w Poznaniu.

Ekspert podpowiada, jakie konkretne choroby i zaburzenia może sygnalizować kolor języka:

  • odcień biały (biały nalot, białe guzki lub plamki na powierzchni języka): może oznaczać pleśniawki (rodzaj infekcji grzybiczej wywołanej przez drożdżaki Candida albicans), które są szczególnie częste u osób chorujących na cukrzycę lub o osłabionej odporności, np. w przebiegu HIV/AIDS. Ale to nie wszystko. Biały odcień języka może też wiązać się z leukoplakią (inaczej rogowacenie białe), występującą najczęściej u osób palących papierosy czy nadużywających alkoholu. Nie można bagatelizować tego symptomu, bo leukoplakia zalicza się do stanów przednowotworowych i może prowadzić do raka błon śluzowych jamy ustnej.
  • odcień blady: może występować przy wadach wrodzonych serca u dorosłych, niedoborze żelaza, anemii, odwodnieniu, a także chorobach takich jak liszaj płaski, rak jamy ustnej czy kiła.
  • odcień ciemnoczerwony (a także malinowy czy truskawkowy): może wskazywać m.in. na zapalenie języka, niedobory witamin z grupy B (np. B12), a także płonicę (ostra choroba zakaźna wieku dziecięcego wywołana przez paciorkowce), chorobę Kawasaki (występującą najczęściej u małych dzieci). Zaczerwienienie języka może być również reakcją alergiczną na gluten lub też świadczyć o podwyższonej temperaturze. Co ciekawe, purpurowe zabarwienie samej końcówki języka, może być też oznaką silnego stresu.
  • odcień czarny (lub brunatny): to zazwyczaj symptom dolegliwości zwanej „włochatym językiem” (dochodzi wtedy do nadmiernego rogowacenia i wydłużenia brodawek nitkowatych, co sprawia, że język jest bardziej szorstki i wygląda jakby był „włochaty”). Do rozwoju tego zaburzenia przyczyniać się mogą m.in.: palenie papierosów, cukrzyca, nadmierne spożywanie alkoholu, mocnych herbat, kawy, przewlekła antybiotykoterapia, radioterapia szyi i głowy, suchość w jamie ustnej lub niedostateczna higiena jamy ustnej. Dolegliwość ta nie jest groźna dla zdrowa, ale wpływa na estetykę.
  • odcień brązowy: często spowodowany jest nadmiernym spożywaniem kawy i nałogowym paleniem. Brązowy nalot może też sygnalizować gromadzenie się w organizmie toksyn, czyli tzw. toksemię albo kwasicę.
  • żółty nalot: najczęściej jest skutkiem niedostatecznej higieny (m.in. braku oczyszczania języka), ale jeśli zmiana nawyków higienicznych nie pomaga to warto udać się na konsultację do gastrologa lub urologa. Gruby, żółty nalot często bowiem zdradza problemy z trawieniem i nieprawidłową pracę jelit lub też zakażenia układu moczowego. Może być również objawem żółtaczki, choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy, problemów z wątrobą lub pęcherzykiem żółciowym. Ale uwaga, żółty nalot może być też niegroźnym skutkiem jedzenia intensywnie barwiących przypraw takich jak kurkuma czy curry.
  • odcień niebieski (lub sinawy): może wskazywać na problemy z układem krążenia, np. na fakt, że serce nie pompuje prawidłowo krwi i w efekcie następuje niedotlenienie organizmu.

Innych możliwych powiązań między wyglądem języka a stanem zdrowia jest znacznie więcej, podobnie jak czynników wpływających na jego zabarwienie (np. ciąża, leki onkologiczne czy antybiotykoterapia).

Nic dziwnego, że eksperci radzą bacznie go obserwować i regularnie dbać o jego higienę (m.in. oczyszczać z nalotów specjalnym skrobakiem), obok obowiązkowego szczotkowania i nitkowania zębów.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Aerozol z e-papierosów szkodzi płucom?

beauty-2843930-copy

To FAKT! E-papierosy są reklamowane jako mniej szkodliwe, ponieważ nie ma procesu spalania i palacz nie wdycha dymu z tysiącami substancji przyczyniających się do rozwoju chorób, zwłaszcza płuc. Jednak e-papierosy także mogą szkodzić układowi oddechowemu.

Wątpliwości wokół e-papierosów jest coraz więcej. Są stosunkowo nowym produktem i w związku z tym nie jest możliwe poznanie ich długofalowego oddziaływania na organizm. Jednak wciąż powstają kolejne badania sprawdzające, jak wdychanie aerozolu z e-papierosów wpływa na zdrowie.

Rok temu ukazała się w „American Journal of Physiology – Lung Cellular and Molecular Physiology” praca grupy naukowców, która dokonała systematycznego przeglądu badań sprawdzających wpływ e-papierosów na układ oddechowy. Uwzględnili publikacje z badań przeprowadzonych na komórkach, zwierzętach i z udziałem ludzi. „Podsumowując, rośnie liczba dowodów z badań in vitro, na modelach zwierzęcych i na ludziach, które sugerują, że używanie e-papierosów ma istotnie toksyczny wpływ na układ oddechowy” – ogłosili w konkluzji swojej pracy.

Dwanaście miesięcy później to samo czasopismo opublikowało pracę z badań przeprowadzonych na myszach, z których wynika, iż wdychanie zawartych w aerozolu e-papierosów substancji, zwłaszcza zapachowych, powoduje rozwój stanów zapalnych w płucach i zaburza ich czynność.

Co zawiera aerozol w e-papierosach?

Do cieczy w e-papierosach, z której po podgrzaniu powstaje aerozol, dodawane są (poza nikotyną) m.in. glikol propylenowy i często różne związki zapachowe. Glikol propylenowy to bezbarwna i bezwonna substancja, która jest stosowana w żywności i lekach. Eksperci są zdania, że w takich ilościach, w jakich znajduje się w żywności czy lekach i podany drogą pokarmową, glikol propylenowy nie powoduje szkód. Jednocześnie uważają, że ten sam związek chemiczny, gdy przedostaje się drogą oddechową, może mieć szkodliwy wpływ na organizm.

Jak na wdychanie aerozolu z e-papierosów reaguje układ oddechowy?

Naukowcy z Uniwersytetu w Atenach w Grecji prowadzili badania na czterech grupach myszy, które przez krótszy (trzy dni) lub dłuższy (cztery tygodnie) czas – były narażone na działanie różnych substancji chemicznych w powietrzu.

Jedna grupa gryzoni była narażona na wdychanie dymu papierosowego, a kolejne na wdychanie aerozolu z e-papierosów, który zawierał:

  • glikol propylenowy i glicerynę pochodzenia roślinnego (z której glikol propylenowy powstaje);
  • glikol propylenowy i glicerynę roślinną wraz z nikotyną;
  • glikol propylenowy i glicerynę roślinną wraz z nikotyną i substancją zapachową.

Grupa kontrolna oddychała powietrzem niczym niezanieczyszczonym.

Okazało się, że już po trzech dniach wdychania składników aerozolu z e-papierosów, zwłaszcza tych z nikotyną i substancjami zapachowymi, nasilił się stan zapalny w płucach i oskrzelach myszy (na podstawie badania płynu oskrzelowo-pęcherzykowego – BASF). Ponadto doszło do nadprodukcji śluzu i wzrostu natężenia tzw. stresu oksydacyjnego (nadmiar wolnych rodników uszkadzających ważne składniki komórek) na poziomie zbliżonym, a nieraz nawet większym niż u myszy narażonych na dym papierosowy.

Po trzech dniach u wszystkich myszy wdychających glikol propylenowy obserwowano zmianę elastyczności tkanek w płucach oraz większy opór dróg oddechowych, który przekłada się na zmniejszenie przepływu powietrza. Jednak po czterech tygodniach zmiany mechaniki płuc dotyczyły już tylko myszy wdychających dym papierosowy.

Jak oceniają autorzy pracy, wyniki tego badania wskazują, że ekspozycja na opary z e-papierosów może pobudzać procesy zapalne w układzie oddechowym i negatywnie wpływać na mechaniczną czynność płuc. W wielu przypadkach dodatek substancji zapachowej w e-papierosach nasila te szkodliwe efekty.

Ich zdaniem dowodzi to, że zarówno stosowanie e-papierosów, jak i palenie papierosów konwencjonalnych szkodzi płucom.

Co wiemy o wpływie e-papierosów na układ oddechowy ludzi?

Grecy przeprowadzili badanie na myszach, ale trzeba mieć na uwadze, że wcześniej dwa inne zespoły badaczy, które sprawdzały wpływ e-papierosów na ludzki układ oddechowy wykazały, że użytkownicy e-papierosów mają większą podatność na stany zapalne w płucach i oskrzelach niż osoby ich nie stosujące, niezależnie od tego, czy użytkownicy e-papierosów wcześniej palili tradycyjne papierosy, czy nie (wcześniejsze stosowanie tradycyjnych papierosów mogłoby sugerować, że stany zapalne w układzie oddechowym są pochodną wcześniejszego wdychania dymu).

Naukowcy zwracają szczególną uwagę na to, że dotychczasowe badania wskazują na znaczną szkodliwość substancji zapachowych, które są obecne w aerozolach e-papierosów. Zawiera je większość tzw. liquidów (cieczy) stosowanych w tych urządzeniach, natomiast zwykle nie ma ich tradycyjnych papierosach.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com