Nie daj się nabrać na badanie „żywej kropli krwi”

blood-1813410_1920-copy

Nie badanie żywej kropli krwi, a morfologia krwi obwodowej pokazuje, czy z naszym zdrowiem nie dzieje się coś złego. Do corocznej morfologii oraz badania ogólnego moczu zachęcają lekarze.

Jak przekonuje krajowy konsultant w dziedzinie hematologii prof. Wiesław Jędrzejczak, takie badania warto wykonać raz w roku, nawet na własny koszt (to ok. 10 zł), także wtedy, gdy czujemy się doskonale.

Dlaczego?

– Krew jest zwierciadłem tego, co dzieje się w naszym organizmie. Zaburzenia między krwinkami czy samych krwinek mogą być objawem szeregu chorób, nie tylko hematologicznych. Oczywiście, morfologia krwi nie pokaże wszystkich problemów zdrowotnych, ale dzięki niej można wyłapać sporą ich część – podkreśla hematolog.

Kiedy morfologia krwi była w Polsce obowiązkowym badaniem w ramach medycyny pracy (od 1996 roku jest taki obowiązek tylko wobec grup pracowników narażonych na czynniki mogące wywołać choroby krwi, np. lekarzy i pielęgniarek mających kontakt z lekami cytostatycznymi), 20 proc. białaczek było wykrywanych właśnie dzięki okresowym badaniom pracowniczym.

W taki sposób o swojej chorobie – białaczce – dowiedziała się Urszula Jaworska. Dzięki temu, że wykonała morfologię, można było szybko wdrożyć u niej leczenie – w jej przypadku uratowało ją przeszczepienie szpiku od dawcy niespokrewnionego (pierwszy tego rodzaju zabieg w Polsce wykonany przez zespół prof. Hołowieckiego).

W Skandynawii nadal nawet 40 proc. białaczek jest wykrywanych dzięki tego rodzaju badaniom pracowniczym.

Liczy się czas

Morfologia pozwala wykryć bardzo groźną i agresywną chorobę układu krwiotwórczego – ostrą białaczkę szpikową. W jej przypadku, jak w niewielu chorobach, istotny jest czas, bo nieprawidłowych komórek oraz leukocytów może w niej przybywać z godziny na godzinę.

– Wśród hematologów jest złoty standard. Wczoraj badanie, dziś diagnoza i dziś leczenie – podkreśla dr Tomasz Sacha ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Objawami białaczki mogą być zmęczenie, skłonność do powstawania siniaków (wynika to z tzw. małopłytkowości, czyli zaburzenia krzepnięcia krwi), częste infekcje. W razie takich objawów warto wykonać morfologię krwi – w przypadku nieprawidłowości wskazujących na tę chorobę najczęściej samo laboratorium natychmiast informuje pacjenta o konieczności pilnego zgłoszenia się do oddziału hematologicznego.

Dr Sacha na konferencji inaugurującej kampanię „Odpowiedź masz we krwi” zachęcającej do wykonywania morfologii opowiadał o pacjentce, która trafiła do jego oddziału po wizytach u pięciu lekarzy. Skarżyła się przede wszystkim na zmęczenie. Pierwszy lekarz zbadał ją i zmierzył ciśnienie; z kołataniem serca zgłosiła się do szpitalnego oddziału ratunkowego, wykonano u tej 50-letniej kobiety EKG i odesłano ją do domu; lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, do którego zgłosiła się z obrzękiem nogi, skierował ją do chirurga; chirurg nie stwierdził niczego bardzo niepokojącego. Pacjentka sama zgłosiła się na morfologię i okazało się, że ma ostrą białaczkę limfoblastyczną. Wiele wskazuje na to, że tę diagnozę można było postawić cztery-pięć tygodni wcześniej, gdyby wykonano morfologię.

– W przypadku tej choroby wcześniejsza diagnoza znacznie poprawia rokowanie – podkreśla dr Sacha.

Zmęczenie, bladość…

… najczęściej zwiastuje jednak nie białaczkę, a niedokrwistość. To właśnie najczęściej diagnozowana dzięki morfologii krwi choroba. Niedokrwistość może mieć wiele przyczyn – wynikać na przykład z niedoboru składników diety (np. witaminy B12, żelaza), ale też chorób, których jest jednym lub wręcz jedynym objawem (np. celiakia, krwawienie wewnętrzne, niektóre stany zapalne). Niezależnie od przyczyn trzeba ją leczyć, bo wskutek niedokrwistości komórki naszego organizmu dostają mniej tlenu, a to prowadzi do dalszych problemów w każdym układzie człowieka.

Bujda na resorach, czyli „żywa kropla krwi”

Tymczasem, intensywnie reklamowaną obecnie metodą na wykrycie niemal wszystkich chorób jest badanie pod mikroskopem tzw. „żywej kropli krwi”

– Już sama nazwa jest bełkotem. Krew nie jest „żywa” bądź „martwa”, to nie te kategorie – mówi prof. Jędrzejczak. – Można sobie pooglądać zawiesinę krwinek pod mikroskopem, ale niewiele się z tego dowiemy, choćby dlatego, że będą się one na siebie nakładać.

Tzw. naturoterapeuci twierdzą jednak, że dzięki badaniu „żywej kropli krwi” można wykryć wiele patologii.

„W takim badaniu, oprócz fizjologicznych składników krwi, można dostrzec struktury patologiczne różnego rodzaju mikroorganizmów, takich jak bakterie, grzyby, pasożyty, które dostały się do organizmu człowieka z otoczenia zewnętrznego” – czytamy na stronie jednej z firm oferujących owo badanie.

– To bujda – kwituje prof. Jędrzejczak.

Eksperci podkreślają, że faktycznie, jest możliwe, iż w wyniku badania krwi wykryta zostanie na przykład grzybica, ale dotyczy to pacjentów, np. po przeszczepieniu narządów lub tkanek, u których doszło do powikłań i mają uogólnioną, rozsianą grzybicę (stan zagrażający życiu). Ci pacjenci jednak są tak ciężko chorzy, że z pewnością nie są w stanie o własnych siłach dotrzeć do gabinetu tzw. naturoterapeuty na badanie „żywej kropli krwi”.

W innych wypadkach niektóre rodzaje grzybicy można wykryć za pomocą specjalnych odczynników w surowicy krwi. W tym wypadku, odnosząc się do terminologii naturoterapeutów, nie ma jednak mowy o „żywej kropli krwi”. Surowicę bowiem uzyskuje się poprzez odwirowanie skrzepłej krwi. To w surowicy, a zatem części składowej osocza, a nie krwinkach, znajdują się przeciwciała, m.in. skierowane przeciwko grzybom, co pozwala na stwierdzenie ich obecności w organizmie.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Tłuszcze trans: sprawdź gdzie się kryją

potato-166840_1920-copy

Producenci żywności nie podają na etykietach swoich produktów informacji o zawartości groźnych dla zdrowia tłuszczów trans. Ale konsumenci zyskali właśnie narzędzie, dzięki któremu mogą to sprawdzić.

Narzędziem tym jest bezpłatna, dostępna dla każdego przez internet, baza danych o zawartości tłuszczów trans (a mówiąc bardziej precyzyjnie: izomerów trans kwasów tłuszczowych), w różnego rodzaju produktach spożywczych. To pierwsza tego typu, powszechnie dostępna, interaktywna e-Baza w Polsce. Opracowali ją eksperci Instytutu Żywności i Żywienia (IŻŻ), w ramach Narodowego Programu Zdrowia na lata 2016-2020.

Dlaczego warto z niej skorzystać? Zacznijmy od tego, że obowiązujące obecnie przepisy prawne nie zobowiązują producentów żywności do podawania na etykietach produktów ilości zawartych w nich tłuszczów trans (w miejscu gdzie znajdują się obowiązkowe informacje o wartości odżywczej). O ich obecności w produkcie można dowiedzieć się jedynie pośrednio, przez wypatrzenie w składzie produktu informacji o tym, że zawiera on częściowo utwardzone lub częściowo uwodornione tłuszcze.

Z perspektywy konsumentów i zdrowia publicznego jest to sytuacja trudna do zaakceptowania. Tłuszcze trans są bowiem bardzo szkodliwe dla organizmu człowieka.

Izomery trans to samo zło

– Są one szczególnie groźne dla układu sercowo-naczyniowego, ponieważ zwiększają ryzyko rozwoju miażdżycy, czyli choroby prowadzącej m.in. do zawałów serca i udarów mózgu. Zostało udowodnione, że tłuszcze trans podwyższają stężenie tzw. złego cholesterolu (LDL) we krwi, jednocześnie obniżając poziom „dobrego” cholesterolu (HDL), a także przyczyniają się do rozwoju dysfunkcji śródbłonka naczyń – ostrzega prof. Mirosław Jarosz, dyrektor IŻŻ.

Na tym jednak nie koniec szkodliwego działania tłuszczów trans. Nauka dysponuje dowodami na to, że zaburzają one funkcjonowanie m.in.: układu oddechowego i rozrodczego, a także wielu narządów, w tym mózgu oraz trzustki.

– Tłuszcze trans zaburzają też ekspresję genów, zwiększają ryzyko rozwoju chorób alergicznych, cukrzycy, a nawet depresji. Wiadomo też, że przyczyniają się do powstawania przewlekłego stanu zapalnego o niskim natężeniu, który sprzyja różnego rodzaju chorobom, w tym także nowotworom – mówi prof. Jarosz.

Eksperci IŻŻ zalecają, aby w naszej diecie spożycie tłuszczów trans było możliwie jak najmniejsze, bo w praktyce trudno je zupełnie wyeliminować, choćby ze względu na fakt, że niewielka ich ilość występuje również w niektórych naturalnych, nieprzetworzonych produktach spożywczych (w mięsie i mleku przeżuwaczy).

Według WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) spożycie tłuszczów trans nie powinno przekraczać poziomu 1 proc. ogółu energii przyjmowanej codziennie wraz z pożywieniem. W praktyce jednak, z powodu braku informacji o ilości tłuszczów trans zawartych w produktach, tak naprawdę trudno jest kontrolować nam poziom ich codziennego spożycia.

I właśnie dlatego powstała e-Baza IŻŻ. Dzięki niej świadomi konsumenci mają szansę dowiedzieć się, w których produktach, jak i całych kategoriach produktów, znajduje się największa ilość tłuszczów trans. Eksperci IŻŻ zmierzyli ją w swoim laboratorium, używając zaawansowanych urządzeń pomiarowych.

Gdzie są tłuszcze trans: uważajcie na kebaby!

E-Baza jest łatwa w obsłudze, dzięki wyszukiwarce, która umożliwia szybkie i precyzyjne dotarcie do interesującego nas produktu. Dla ułatwienia, zawartość tłuszczów trans jest tam podana na trzy sposoby: w gramach na 100 gram produktu, w gramach na porcję oraz w gramach na cały produkt. Obecnie w bazie są dane dotyczące 568 produktów z 7 różnych kategorii: koncentraty spożywcze, mleko i przetwory mleczne, produkty typu fast-food, środki spożywcze specjalnego przeznaczenia, tłuszcze roślinne, wyroby cukiernicze i ciastkarskie, produkty zbożowo-mączne.

W przyszłości baza będzie rozbudowywana o nowe produkty i nowe kategorie produktowe, w tym m.in. pączki i drożdżówki.

Czego można się dowiedzieć z tej bazy już teraz, np. o dostępnych na polskim rynku tzw. margarynach miękkich (do smarowania pieczywa), które są coraz częściej zalecane Polakom przez dietetyków i kardiologów? Ano, że zawierają średnio tylko 0,01 g tłuszczów trans na porcję (porcja to 10 g czyli 1 łyżeczka do herbaty). Dużo gorzej pod tym względem wypadają tzw. margaryny twarde kostkowe, używane np. do wypieku ciast – zawierają one średnio 0,15 g tłuszczów trans na porcję.

A co z tak popularnym już dziś w całej Polsce kebabem? Wypada kiepsko: średnia zawartość tłuszczów trans waha się od 0,18 g na porcję w przypadku drobiowego, aż po 0,99 g na porcję w przypadku kebaba z wołowiną i baraniną.

Ale uwaga! Źródłem tłuszczów trans w naszej diecie są nie tylko produkty kupowane w sklepach czy barach szybkiej obsługi. Niestety, często nieświadomie wytwarzamy je sami w swoich domach! A to dlatego, że tłuszcze trans powstają też podczas długotrwałego smażenia potraw, zwłaszcza gdy smażymy coś długo na tym samym, mocno już „przechodzonym” oleju. Warto więc unikać smażenia albo starać się smażyć jak najkrócej.

Na koniec warto dodać, że niektóre kraje świata, m.in. Kanada i USA wprowadziły już u siebie obowiązek znakowania żywności zawartością tłuszczów trans, co ułatwia tamtejszym konsumentom wybór takich produktów, w których jest ona najniższa. Miejmy nadzieję, że już wkrótce decydenci z Unii Europejskiej też pójdą w tej sprawie po rozum do głowy.

Aby skorzystać z e-Bazy wystarczy kliknąć tutaj.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Pięć powodów, by nie wystawiać dziecka na słońce

scout-106459_1920-copy

Minęły czasy, gdy zalecano dzieciom „kąpiele słoneczne”. Teraz naukowcy apelują, by dzieci, zwłaszcza małe, były szczególnie chronione przed słońcem.

Powodów jest kilka:

  • Skóra dzieci jest cienka, w związku z czym promieniowanie słoneczne wnika głębiej.
  • Skóra dzieci ma mniej melaniny. Melanina to brunatny barwnik skóry, który jest produkowany przez specjalne komórki. Dzięki niemu opalamy się, ale też – co najistotniejsze – chroni przed szkodliwym wpływem promieniowania. Im jej mniej, tym skóra jest bardziej narażona na oparzenie i procesy mutagenne w komórkach.
  • W warstwie podstawowej skóry dziecka jest dużo komórek macierzystych, które łatwo ulegają mutacjom pod wpływem promieniowania słonecznego.
  • Dzieci, zwłaszcza małe, łatwiej niż dorośli ulegają oparzeniom słonecznym – oznacza to, że nawet krótkotrwałe przebywanie na słońcu może skutkować takim oparzeniem.
  • Wykazano, że oparzenie słoneczne w dzieciństwie jest jednym z silnych czynników rozwoju czerniaka w dorosłości.

Nie dziwi zatem, że dermatolodzy apelują, by niemowlęta do 6 miesiąca życia nawet przez chwilę nie były wystawiane na słońce (ocenia się, że zdolność do opalenizny człowiek uzyskuje dopiero w drugim miesiącu życia, niemniej jednak wciąż ma bardzo wrażliwą na promieniowanie słoneczne skórę).

Starsze dzieci co do zasady także należy chronić przed słońcem, a dodatkowo te partie ciała, które mogą zostać na nie wystawione, należy smarować kremem ochronnym z filtrami nie mniejszymi niż 30, a jeśli dziecko ma fototyp skóry jasny stosuj krem z filtrem powyżej 50.

Oszacowano, że do 18.–20. roku życia człowiek przyjmuje około połowy łącznej dawki promieniowania ultrafioletowego, które dotrze do niego za pośrednictwem promieniowania słonecznego, w czasie od urodzenia aż do 60. roku życia.

Infografika PAP / Serwis Zdrowie

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Zastanów się, czy warto: o toksyczności e-papierosów

man-2634401_1920-copy

Niektóre składniki e-papierosów są znacznie bardziej szkodliwe niż inne. Substancje te, dopuszczone do użytku np. w przemyśle spożywczym, stają się toksyczne, kiedy są wdychane po podgrzaniu.

E-papierosy są często przedstawiane jako zdrowsza alternatywa dla tradycyjnych papierosów. W Polsce liczba ich użytkowników wynosi ok. 1,5-1,7 miliona osób. W większości są to ludzie, którzy wcześniej raczyli się bardziej tradycyjnymi „dymkami”. Wielu z nich wierzy, że wybrali łagodniejszą opcję nałogu.

Ale coraz więcej wskazuje na to, iż w tym przypadku pojęcie „mniejszej szkodliwości” jest złudne. Prowadzone od kilku lat badania coraz częściej dowodzą, że e-papierosy są niemal równie szkodliwe co tradycyjne.

Od pewnego czasu w komentarzach naukowców pojawiają się również wątpliwości związane z domniemaną nieszkodliwością substancji aromatyzujących zawartych we wkładach do papierosów. Nie było pewne, czy podgrzewanie tych cieczy oraz wdychanie ich oparów jest tak bezpieczne, jak początkowo zakładano.

Co znajduje się w e-liquidach?

Badanie tzw. e-liqudów (czyli wkładów do e-papierosów) wymagało stworzenia szybkiej i zestandaryzowanej metody testowania zawartych w nich substancji. Udało się to zespołowi dr Roberta Tarrana z University of North Carolina School of Medicine. Ich system zakłada wykorzystanie dużych plastikowych płytek z dziesiątkami wgłębień, których znajdują się komórki, poddawane działaniu rozmaitych substancji. Dr Tarran sprawdził, jak na komórki płuc oraz inne pochodzące z dróg oddechowych wpływa 148 różnych podgrzanych e-liqudów. Im większa była toksyczność danej substancji, tym wzrost tych komórek był bardziej zahamowany.

Generalnie wszystkie zawierały glikol propylenowy (bezwonna, lekko słodkawa substancja z grupy alkoholi), glicerynę (oleista ciecz, również alkohol). Obydwa te produkty są uznawane za nieszkodliwie przy podaniu doustnym i powszechnie wykorzystywane w medycynie oraz kosmetyce. Jednak zwykle nie stosuje się ich tam w formie podgrzanej. Okazało się, że po podgrzaniu obydwie te substancje hamują rozwój komórek.

E-liqudy to coś więcej niż glikol propylenowy i gliceryna. To także nikotyna (jej szkodliwe działanie nie budzi już raczej wątpliwości) oraz dziesiątki, jeśli nie setki rozmaitych substancji aromatyzujących. W chwili obecnej na rynku amerykańskim znanych jest 7 700 smaków wkładów do e-papierosów. Niektóre mają zresztą bardzo „smakowite” nazwy: „Kukurydziany cukierek”, „Czekoladowa krówka” czy „Jagodowy plusk” to tylko niektóre z nich.

Przeprowadzone dodatkowo badanie składu tych płynów ujawniło, że zróżnicowanie ich składu jest przeogromne. I im więcej różnych związków zawierał dany e-liquid, tym większa była jego toksyczność.

Szczegółowe testy ujawniły, że najbardziej toksyczne są dwa związki chemiczne: aldehyd cynamonowy oraz wanilina. Jest o tyle zaskakujące, że obydwa są szeroko stosowane w przemysłach: spożywczym i kosmetycznym. Okazuje się, że wdychanie ich po podgrzaniu ma zdecydowanie szkodliwe działanie.

– Odkryliśmy, że składniki e-liquidów są niezwykle zróżnicowane, a niektóre z nich bardziej toksyczne niż sama nikotyna i standardowe podstawowe składniki e-liqudów – glikol propylenowy czy gliceryna – mówi dr Tarran.

Jego badania częściowo sfinansowano z funduszy amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (FDA), która zajmuje się m.in. kontrolą jakości produktów spożywczych, leków i kosmetyków wchodzących na tamtejszy rynek. Amerykański rząd chce bowiem wiedzieć, na ile składniki płynów do e-papierosów są bezpieczne.

Efektem prac zespołu dr Tarrana jest również strona internetowa eliquidinfo.org. Stanowi ona bazę przebadanych do tej pory e-liqudów (prace wciąż trwają), wraz z ich zawartością chemiczną. Została również podana toksyczność tych substancji. Już pobieżne przeglądanie tej strony pozwala stwierdzić, że niektóre wkłady są mniej szkodliwe od innych. Pokazuje jednak, że tak, jak i w przypadku produktów spożywczych, tak i wkładów do e-papierosów, czytanie etykiet powinno stać się naszym prozdrowotnym nawykiem.

Warto też mieć na uwadze, że e-papierosy to produkt nowy, którego długotrwałych skutków (zarówno pozytywnych, jak i negatywnych) jeszcze nie znamy. Mało kto pamięta, że początkowo tradycyjnych papierosów nie kojarzono z jakimikolwiek następstwami chorobowymi.

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Szczepienia: coraz większy galimatias w głowach?

vaccination-2722937_1920-copy

Mity o szczepieniach trzymają się mocno. Z roku na rok rośnie liczba odmów szczepienia dzieci. Największe opory mają młode matki.

73 procent Polaków uważa, że szczepionki są bezpieczne. To mniej więcej tyle samo, ile było cztery lata temu (74 proc.) – wynika z najnowszego raportu „Polacy o obowiązku szczepienia dzieci” Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS).

Wydawałoby się, że to dużo. Niestety, to nie jest oszałamiający i – co najważniejsze – bezpieczny wynik. Żeby szczepienia wytworzyły tzw. odporność zbiorowiskową (odporność populacyjną), w zależności od choroby musi być zaszczepione od 80 do 95 proc. całego społeczeństwa. Na przykład w przypadku odry powinno to być 90-95 proc. całej populacji.

Czy Polacy wątpią w szczepienia?

CBOS po raz drugi w historii (pierwszy raz zrobił to w 2013 roku) sprawdził stosunek Polaków do obowiązku szczepień.

W naszym kraju rośnie liczba odmów  wykonania szczepień, warto więc śledzić trendy związane z tym zjawiskiem. W latach 2006-2010 było ich 4 tys. rocznie, w latach 2011-2015 ich liczba wzrosła z 5 do 16 tysięcy, zaś w zeszłym roku osiągnęła poziom 23 tys.

Nic dziwnego, że z roku na rok zwiększa się liczba przypadków odry (szczepionki z nią związane rzekomo mają powodować autyzm). W 2016 było ich 132, o 84 więcej niż rok wcześniej!

Choć generalnie odsetek Polaków uważających, że szczepionki są bezpieczne się nie zmniejsza, niepokoi spadek odsetka osób zdecydowanie zgadzających  się z tą opinią. Cztery lata temu było ich 25 proc.; dziś jest 22 proc.

– Ten spadek może trochę niepokoić. Proszę jednak zwrócić uwagę, jak duży jest odsetek respondentów w kategorii: „trudno powiedzieć” przy punktach, które mówią, że szczepionki mogą powodować autyzm. Aż jedna trzecia osób ma wątpliwości! – mówi autorka badania Magdalena Gwiazda z CBOS.

Tymczasem już dekadę temu ponad wszelką wątpliwość wykluczono możliwość jakiegokolwiek wpływu szczepień na rozwój autyzmu, a naukowiec, od którego fałszerstwa zaczął się ten mit, został dożywotnio wykluczony ze społeczności lekarskiej m.in. ze względu na liczne naruszenia etyki lekarskiej.

Rodzica portret własny

W świetle otrzymanych wyników przeciętny rodzic to osoba, która z jednej strony  docenia dobrodziejstwo szczepionek, a z drugiej się ich obawia.

– Słyszy szum wywoływany przez ruchy antyszczepionkowe, bo bardzo łatwo się natknąć na tego typu informacje na forach internetowych. Nawet jeśli rodzic racjonalnie wie, że powinien zaszczepić dziecko, to budzi się w nim nieracjonalny lęk – mówi Magdalena Gwiazda.

Według niej, problemem w tym przypadku może być z jednej strony brak powszechnie dostępnych źródeł informacji o szczepieniach i pośpiech lekarzy zakładających, że wiedza Polaków o szczepionkach jest dostateczna, a z drugiej – wzmożona aktywność ruchów antyszczepionkowych.

Na pytanie: „Czy rodzice szczepionych dzieci są w dostateczny sposób informowani na temat skutków ubocznych szczepionek” zaledwie 15 proc. osób odpowiedziało „zdecydowanie tak”. (spadek o 3 proc. od 2013 roku).

I choć odsetek osób odmawiających szczepień w ogólnej populacji jest stosunkowo niski (jedynie 3 proc. dorosłych Polaków twierdzi, że co najmniej raz ich dziecko nie zostało poddane obowiązkowemu szczepieniu), to nie są to dane bezwarunkowo optymistyczne. Najczęściej o  nieszczepieniu dzieci mówią bowiem młode matki – co ósma w wieku 24-35 lat zadeklarowała, że przynajmniej raz uchyliła się od szczepienia malucha.

– To bardzo niepokojące zjawisko, dlatego, że są to osoby, które jeszcze mogą mieć kolejne dzieci, które też mogą zostać niezaszczepione – mówi Gwiazda.

W tym przypadku jest duże ryzyko, że liczba odmów będzie rosnąć.

Jak przekonać nieprzekonanych?

– Jeśli chcemy mieć pewność, że czerpiemy wiedzę z rzetelnego źródła informacji, to sprawdźmy, kto za nim stoi. Jeśli instytucja publiczna, szpital lub przychodnia, możemy być prawie pewni, że informacja znajdująca się na danej stronie www jest prawdziwa. Uwaga też na informacje podszyte spiskowymi teoriami i prostymi rozwiązaniami oraz odpowiedziami – wyjaśnia dr Karolina Zioło-Pużuk z kampanii „Zaszczep się wiedzą” – Pytać należy też lekarzy, nawet jeśli wielokrotnie zmartwiony rodzic chce pytać o to samo – nie ma co się wstydzić. Zawsze lepiej „zamęczać” pytaniami lekarza, niż paść ofiarą szarlatanów w sieci – dodaje.

Zdaniem wielu ekspertów, na portalach antyszczepionkowych jest sporo nierzetelnych i wprost nieprawdziwych informacji (np. można się dowiedzieć, że twórca mitu o autyzmie uzyskał ponownie prawo wykonywania zawodu, co nie jest prawdą – można to sprawdzić na portalu brytyjskiej organizacji zrzeszającej lekarzy).

Wyniki najnowszych badań CBOS-u niosą jednak pewną nadzieję. Pomimo wzrostu liczby odmów szczepienia dzieci, w ciągu ostatnich czterech lat ogólny stosunek Polaków do obowiązkowych szczepień się poprawił: wzrósł odsetek osób uważających, że szczepionki są potrzebne, celowe i dobrze działają. Na pytanie, czy szczepienia są najskuteczniejszym sposobem ochrony dzieci przed poważnymi chorobami twierdząco odpowiada 86 proc. badanych (w 2013 roku było to 79 proc.).

– Osoby, które szczepią oraz uważają szczepionki za ważne osiągnięcie medycyny, pod wpływem rosnącej dezinformacji ze strony ruchów antyszczepionkowych coraz częściej mówią o swoich wyborach i są z nich dumni. Na pozór wydaje się, że bycie „oczytanym” antyszczepionkowcem jest atrakcyjne, a tak naprawdę to postawa czasem ryzykowna i naiwna – dodaje dr Karolina Zioło-Pużuk.

Szczepimy swoje dzieci i jesteśmy z tego dumni? – czemu nie.

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Jak się odzwyczaić od cukru?

candy-3200857_1920-copy

Cukier szybko dodaje energii i poprawia nastrój, ale tylko na krótką metę. Choć lista przykrych skutków nadużywania cukru jest długa i znana, to jednak niełatwo go odstawić. Dowiedz się, jak skutecznie zerwać ze słodkim nałogiem.

Nie ma się co oszukiwać. Wszyscy lubimy słodycze. Jedni w formie domowych ciast lub nadziewanych czekoladek, a inni w postaci lodów, sorbetów czy słodzonych napojów. Niestety, duża część z nas spożywa słodycze w nadmiarze, co negatywnie odbija się nie tylko na naszych kieszeniach, lecz przede wszystkim na zdrowiu.

Ponieważ poskromienie apetytu na słodycze to dla większości ludzi naprawdę trudna sprawa, poprosiliśmy dietetyka o praktyczne i sprawdzone rady, jak skutecznie poradzić sobie z tym wyzwaniem.

Cukrowy odwyk: co jest dozwolone, a czego unikać

– Aby wyzwolić się z cukrowego nałogu trzeba nastawić się na długą i żmudną walkę. Nie da się tego osiągnąć w sposób nagły, szokowy. Najlepiej odzwyczajać się od cukru stopniowo. Na przykład jeśli ktoś słodzi herbatę trzema łyżeczkami cukru, to najpierw powinien zredukować liczbę łyżeczek do dwóch, potem do jednej, aż w końcu będzie gotowy do opcji zero cukru. Naukowcy dowiedli, że najkrótszy czas niezbędny do uzyskania trwałej zmiany złego nawyku żywieniowego to 28 dni – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz, dietetyczka z Instytutu Żywności i Żywienia.

Co najmniej tyle trzeba wytrzymać, żeby osiągnąć przełom, ale oczywiście potem też nie jest wcale łatwo, zważywszy na otaczającą nas wszędzie liczbę słodkich pokus i okazji towarzyskich.

– W rzuceniu cukru pomaga też regularne spożywanie posiłków. Chroni nas to przed gwałtownymi skokami poziomu glukozy we krwi i napadami wilczego głodu. Pamiętajmy, że w głodzie nasz organizm może rozpaczliwie wołać o cukier, gdyż jest on łatwo dostępnym, smacznym i do tego najszybciej działającym źródłem energii – tłumaczy Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Dietetyczka podkreśla, że w zwalczaniu słodkiego nałogu ważny jest też skład naszej diety.

– Jeśli zamienimy biały chleb na pieczywo pełnoziarniste, to zawarty w nim błonnik zwiększy nasze uczucie sytości oraz spowolni wchłanianie glukozy, przez co będziemy mieć mniejszą pokusę, aby sięgnąć po dodatkową przekąskę. W zmniejszaniu apetytu na słodycze może też pomóc suplementacja chromu, choć lepiej nie robić tego na własną rękę, lecz pod okiem lekarza lub doświadczonego dietetyka – radzi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

A co z owocami? Czy można się nimi bezkarnie zajadać?

– Owoce zawierają naturalne cukry, mogą więc, spożywane w nadmiarze, stanowić czynnik ryzyka rozwoju nadwagi i otyłości. Ale większość owoców oprócz cukrów zawiera też błonnik, który hamuje ich wchłanianie w układzie pokarmowym. Dlatego owoce zawsze stanowią lepszy wybór od soków owocowych, które pod względem zawartości cukrów często niewiele odbiegają od popularnych, słodzonych napojów gazowanych (np. typu cola). Jeśli już ktoś lubi soki, to najlepiej, aby sięgał po te świeżo wyciskane, z cząstkami miąższu – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Specjalistka podkreśla, że jeszcze lepiej, aby były to koktajle, a więc zmiksowane całe owoce.

– Generalnie, jeśli nie mamy nadwagi ani otyłości, to owoce możemy spożywać bez ograniczeń – zaleca dietetyczka.

A co z lodami, po które w rozpoczynającym się letnim sezonie będziemy coraz częściej sięgać?

– Z dietetycznego punktu widzenia nie można o nich powiedzieć prawie nic dobrego. Klasyczne lody stanowią najgorsze możliwe połączenie: dużej ilości tłuszczów z dużą ilością cukrów. Warto uświadomić sobie, że takie połączenie składników nie występuje nigdzie w przyrodzie w sposób naturalny. Jeśli już chcemy się ochłodzić w lecie, to sięgnijmy po schłodzone owoce albo koktajle czy musy przygotowane na bazie świeżych owoców – radzi dietetyczka.

Zdrowa słodycz: czym najlepiej zastąpić cukier?

Na szczęście natura dostarcza nam wielu słodkich alternatyw dla cukru.

– Jeśli ktoś zastanawia się czym zastąpić cukier w potrawach, aby nadać im odrobinę słodkości, to polecam ksylitol, który nie podnosi poziomu glukozy we krwi albo stewię. Niestety, wbrew temu co sądzi wiele osób, cukier brązowy, miód czy syrop klonowy nie są dobrymi zamiennikami zwykłego cukru. Ich działanie na nasz organizm jest niemal identyczne – ostrzega Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Specjalistka podkreśla, że każdy, kto dba o swoje zdrowie powinien sprawdzić indeks glikemiczny (IG) swojej diety (wskazuje on, jak szybko i mocno różne pokarmy podnoszą stężenie glukozy we krwi, generalnie im mniejszy IG tym lepiej).

– Kiedy zajrzy się do tabel pokazujących ładunek IG poszczególnych produktów spożywczych można się przekonać, że cukier i biała mąka z punktu widzenia fizjologii ludzkiego organizmu są bardzo podobne i w efekcie stwarzają dla naszego zdrowia podobne ryzyko. Problem w tym, że cukier i białe bułeczki szybko i mocno podnoszą poziom glukozy we krwi – ostrzega dietetyczka.

Czy cukier uzależnia?

Okazuje się, że szczególnie ciężko łasuchom jest się odzwyczaić od słodyczy czekoladowych.

– A to dlatego, że poza cukrem, zawierają one również inne substancje pobudzające i wywołujące przyjemne doznania, takie jak np. teobramina, fenyloalanina, no i oczywiście tłuszcz, który jest nośnikiem smaku (wszystkie trzy występują w kakao) – tłumaczy Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Fakt, że wielu ludzi nie może się powstrzymać od jedzenia słodyczy wiąże się właśnie z dużą przyjemnością, którą one wywołują.

– Dowody naukowe wskazują, że cukier uzależnia, wpływając na mózg i stymulując wydzielanie tzw. hormonów szczęścia: dopaminy, serotoniny i endorfin. Cukier spożywczy, czyli sacharoza, zawierający glukozę i fruktozę, działa na mózg pobudzająco. Po spożyciu cukru nasz mózg bardzo szybko otrzymuje zastrzyk energii, dzięki której lepiej pracuje. Warto wiedzieć, że obok nadnerczy i erytrocytów (czerwonych krwinek) mózg czepie energię tylko z glukozy – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Równie szybko glukoza trafia do wszystkich innych tkanek organizmu.

– Ale związane z tym pobudzenie i poprawa samopoczucia to efekt bardzo krótkotrwały. Stężenie glukozy we krwi bowiem równie szybko spada, wskutek działania insuliny, czego efektem jest gwałtowny spadek energii – wyjaśnia dietetyczka.

Miłość do słodyczy wyssaliśmy z mlekiem matki

Omawiając mechanizmy, które przyczyniają się do popadania ludzi w słodki nałóg nie można pominąć jednego, wręcz fundamentalnego.

– Ludzie szybko uzależniają się od cukru również dlatego, że ma on przyjemny, słodki smak. A trzeba wiedzieć, że jest to pierwszy smak, który poznajemy w naszym życiu, jako że mleko matki zawiera cukier mleczny, czyli laktozę, przez co ma słodki smak. Zwłaszcza siara, czyli pierwsze mleko matki, wydzielane tuż po urodzeniu dziecka, jest bardzo słodkie. Mimo to, z wielu względów, dzieciom nie powinno się podawać cukru, ani słodzonych cukrem produktów – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Specjalistka podkreśla, że do trzeciego roku życia najsilniej kształtują się ludzkie nawyki żywieniowe, które potem coraz trudniej zmienić.

– Udowodniono, że złe nawyki żywieniowe nabyte w pierwszych latach życia najłatwiej jest zmienić do 10 roku życia. Potem jest z tym coraz większy problem, m.in. z uwagi na różne uwarunkowania środowiskowe i kulturowe. Niektórzy eksperci sugerują też, że przed 10. rokiem życia najsilniej na nawyki żywieniowe dzieci wpływają ich ojcowie, a po 10 roku życia matki – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Nadmierne spożycie cukru: czym grozi?

Powodów, dla których warto ograniczyć spożycie cukru jest bardzo wiele.

– Gdy spożywamy cukier zbyt często i w zbyt dużych ilościach to komórki naszego organizmu mogą się uodpornić na działanie insuliny (nazywamy to insulinoopornością), co w dalszym efekcie przyczynia się m.in. do rozwoju cukrzycy i chorób naczyniowo-sercowych. Kiedy zbyt dużo niezagospodarowanego cukru krąży we krwi, szybko odkłada się on w formie tkanki tłuszczowej – mówi Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Negatywnych skutków zdrowotnych nadmiernego spożycia cukru jest jednak znacznie więcej:

  • wywołuje lub zwiększa stany zapalne w organizmie,
  • sprzyja rozwojowi próchnicy zębów,
  • przyczynia się do rozwoju nadwagi i otyłości,
  • hamuje wchłanianie witamin z grupy B, etc.

– Jeszcze raz przypomnę, że nadmiar cukru w naszym organizmie prędzej czy później odłoży się nam w postaci tkanki tłuszczowej. Pół biedy, jeśli będzie to tkanka tłuszczowa podskórna. Gorzej, jeśli nadmiar spożywanych kalorii będzie odkładał się nam w formie tłuszczu trzewnego, a więc takiego, który osadza się na naszych narządach wewnętrznych. Ten ostatni jest bardzo groźny dla naszego zdrowia, zaburzając pracę tych narządów, a także wywołując lokalny lub uogólniony, przewlekły stan zapalny – konkluduje Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Recepta na utrzymanie wagi

salad-3304346_1920-copy

Nie dieta i głodówki, lecz regularne posiłki pozwalają utrzymać stałą masę ciała. Przynajmniej, kiedy jest się w okolicach 30-tki – dowodzą badania fińskich naukowców pod kierunkiem Ulli Kärkkäinen z uniwersytetu w Helsinkach.

Utrzymanie stałej wagi ciała stanowi nie lada wyzwanie, zwłaszcza, kiedy wyprowadzamy się z domu, rozpoczynamy samodzielne życie, zakładamy rodzinę i pojawiają się dzieci. Jak wynika z dotychczasowych badań, czas tuż przed i po 30-ce, może być krytyczny, jeśli chodzi o „łapanie” nadprogramowych kilogramów. Co ważne, przybieranie na wadze w tym okresie życia jest powiązane ze zwiększonym ryzykiem śmierci, dlatego warto go unikać.

Badacze z Helsinek postanowili sprawdzić co sprawia, że w okolicach  30-tki ludzie mają tendencję do tycia. W tym celu wykorzystali dane pochodzące z trwających kilkadziesiąt lat badań fińskich bliźniąt. Osoby te urodziły się między 1974 a 1979 rokiem, było ich ponad 4,9 tys. Ochotnicy ci wypełniali ankiety w odstępie 10 lat, kiedy mieli średnio 24 i 34 lata. Kwestionariusze obejmowały dane m.in. dotyczące wagi, sposobów odżywiania się, stosowanych diet, regularności spożywanych posiłków, picia alkoholu, satysfakcji z życia, stanu zdrowia, poziomu edukacji i liczby posiadanych dzieci oraz aktywności fizycznej.

Okazało się, że w ciągu 10 lat większość badanych przybrała na wadze (63,9 proc. kobiet i 73,2 proc. mężczyzn, odpowiednio średnio 9,2 i 10,3 kilograma). Tylko 7,5 proc. kobiet i 3,8 proc. mężczyzn straciło na wadze.

Analiza zebranych danych ujawniła, że bardziej niż stosowanie rozmaitego rodzaju diet, w utrzymywaniu wagi pomaga po prostu regularne spożywanie posiłków. – Często ludzie starają się zapobiegać „łapaniu” nadprogramowych kilogramów  i zapanować nad przybieraniem na wadze poprzez stosowanie różnych diet oraz pomijanie posiłków. Jednak w dłuższej perspektywie, takie postępowanie zdaje się przyspieszać tycie – mówi Ulla Kärkkäinen.

W przypadku kobiet dodatkowym czynnikiem zwiększającym ryzyko przybierania na wadze było urodzenie dziecka, regularna konsumpcja słodzonych napojów oraz ogólny brak zadowolenia z życia. U mężczyzn takim dodatkowym czynnik stanowiło palenie papierosów.

Z kolei aktywność fizyczna w przypadku kobiet oraz wyższe wykształcenie i większa masa ciała wyjściowa u mężczyzn wpływały na zmniejszenie ryzyka tycia. – Generalnie, zalecenia związane z zachowaniem odpowiedniej wagi sprowadzają się o tego, by jeść mniej i ćwiczyć więcej. W praktyce, ludzie są zachęcani do odchudzania się, jednakże wyniki naszych badań wskazują, że utrata zbędnych kilogramów, w dłuższej perspektywie nie jest efektywnym sposobem na utrzymanie wagi – mówi Ulla Kärkkäinen.

Badania przeprowadzone w 2014 roku przez Centrum Badania Opinii Społecznej dowodzi, że 26 proc. Polaków stosuje jakąś dietę. Według fińskiej uczonej, choć odchudzanie się zdaje się być logicznym rozwiązaniem w przypadku problemów z wagą, ostatecznie może prowadzić do zaburzeń odżywiania się i przyspieszenia procesu „łapania” dodatkowych kilogramów.

Z jej badań wynika, że zamiast na traceniu na wadze, lepiej jest skupić się na spożywaniu regularnych posiłków, dbaniu o samopoczucie i bardziej ogólnie – znalezieniu sobie celu w życiu. Regularne i pełne posiłki  podtrzymują naturalne biologiczne funkcje ciała oraz pomagają zachować zdrowie w każdym z jego aspektów.

– Nasze odkrycia pokazują, że cały proces utrzymywania wagi mógłby zostać usprawniony, gdyby uwzględnić indywidualne różnice między ludźmi i  dostrzec czynniki, które wpływają na ich samopoczucie oraz pojmowanie sensu życia – podsumowuje Ulla Kärkkäinen.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Obolały jak Polak

depression-2734073_1920-copy

Jak zdrowi czują się Polacy? Ponad 58 proc. z nas ocenia swój stan zdrowia jako dobry lub bardzo dobry. Ale to wynik znacznie gorszy od średniej dla UE. Okazuje się, że Polacy najczęściej w Europie skarżą się na ból.

Z opublikowanych przez Eurostat, najnowszych danych na temat samooceny stanu zdrowia mieszkańców Unii Europejskiej (UE) wynika, że kondycja zdrowotna Polaków się pogarsza.

Zacznijmy od tego, że 67,5 proc. mieszkańców Unii Europejskiej ocenia stan swojego zdrowia jako dobry lub bardzo dobry, podczas gdy w Polsce odsetek ten wynosi tylko 58,5 proc. Dla porównania, w najlepszej pod tym względem Irlandii wskaźnik ten sięga aż 82,8 proc.

Na tym jednak nie koniec kiepskich wieści. Okazuje się, że od 2008 r. znacząco wzrósł w Polsce odsetek osób, które zmagają się z chorobami przewlekłymi. W 2008 r. przyznawało się do takich problemów 30,9 proc. Polaków, a w 2016 r. już 36,3 proc. Dodajmy, że średnia dla całej UE to 33 proc., ale np. we Włoszech wskaźnik ten wynosi niespełna 15,2 proc.

Mimo to, pod względem ogólnej samooceny stanu zdrowia oraz występowania chorób przewlekłych, wcale nie wypadamy w Europie najgorzej – gorsze wyniki od nas notują m.in. Portugalia czy Estonia.

Niestety, w wynikach badań sondażowych Eurostatu jest coś szczególnie niepokojącego, co dotyczy Polski. Okazuje się, że w jednym niechlubnym rankingu, tuż obok Słoweńców, wypadamy zdecydowanie najgorzej w Europie. Chodzi o odczuwanie bólu.

Realny problem czy polskie malkontenctwo?

Aż 31 proc. Polaków zadeklarowało odczuwanie umiarkowanego, silnego lub bardzo silnego bólu, w ciągu czterech tygodni poprzedzających sondaż. Gorzej od nas pod tym względem wypadli tylko Słoweńcy, z wynikiem sięgającym blisko 32 proc. Tymczasem, dla porównania, średnia dla całej UE wyniosła 24,9 proc., podczas gdy np. na Malcie wskaźnik ten osiągnął zaledwie 14,2 proc., a w Czechach 18 proc.

Dlaczego Polska tak bardzo odstaje pod tym względem od większości krajów UE?

– Niestety, nie wiemy tego. Analizowaliśmy potencjalny wpływ różnych czynników specyficznych dla Polski, takich jak położenie geograficzne (klimat) czy religia, ale nie znaleźliśmy przekonującego wyjaśnienia tego zjawiska. Jedno jest pewne. Jest to niestety tendencja dość stała. Różnica między Polską a całą UE utrzymuje się bowiem już od wielu lat – mówi dr Magdalena Kocot-Kępska, lekarka specjalizująca się w leczeniu bólu i sekretarz Polskiego Towarzystwa Badania Bólu.

Z wcześniejszych badań Eurostatu wiadomo, że już w 2002 r. na poważne dolegliwości bólowe skarżyło się 27 proc. Polaków, podczas gdy średnia dla całej UE wynosiła 20 proc.

Ale interpretując te dane, poza oceną skali i dynamiki występowania bólu, trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jeden bardzo ważny aspekt tego zagadnienia.

– Badania Eurostatu dotyczą bólu przewlekłego, a więc np. bólu stawów, pleców, kręgosłupa, mięśni, napięciowych bólów głowy, bólów w chorobach onkologicznych, bólów spowodowanych zwyrodnieniami. Często trudno jest znaleźć przyczynę bólu przewlekłego, a także ją usunąć – podkreśla Magdalena Kocot-Kępska.

Pewnym pocieszeniem może być fakt, że medycyna dysponuje dziś lekami przeciwbólowymi, które mogą skutecznie poprawić jakość życia chorych.

– Niestety, leczenie bólu w Polsce kuleje. Brakuje wystarczającej liczby poradni leczenia bólu. Teoretycznie taka poradnia powinna być w każdym szpitalu wojewódzkim, ale tak nie jest. Być może przyczynia się do tego fakt, że NFZ nisko wycenia tego typu świadczenia, a więc nie przynoszą one zysku szpitalom – ocenia Magdalena Kocot-Kępska.

Tymczasem, jak wskazuje badanie Eurostatu, problem jest ogromny, bo dotyczy około 8 mln Polaków.

– Duża część osób cierpiących z powodu przewlekłego bólu nie leczy go, choć powinna. Leczenie nie polega jednak tylko na podawaniu leków przeciwbólowych. U sporej części chorych pomóc mogłyby programy rehabilitacyjne, poprawiające kondycję układu mięśniowo-szkieletowego – mówi Magdalena Kocot-Kępska.

Pierwszą linią pomocy są oczywiście lekarze pierwszego kontaktu. Jeśli oni nie poradzą sobie z problemem to powinni kierować chorych do specjalistów: reumatologów, ortopedów czy neurologów. Jeśli i oni nie będą w stanie pomóc to chory powinien w końcu trafić do jednej z poradni leczenia bólu, w których pracują głównie anestezjolodzy, specjaliści opieki paliatywnej i neurolodzy.

– Niestety, w Polsce nie ma jeszcze w medycynie specjalizacji leczenia bólu, choć nasze środowisko od dawna postuluje potrzebę powstania takiej specjalizacji (medycyny bólu). Ból jest zjawiskiem powszechnym i ma wiele twarzy. Może być objawem choroby albo też chorobą samą w sobie – dodaje Magdalena Kocot-Kępska.

Czy styl życia wpływa na ryzyko wystąpienia bólu?

Biorąc pod uwagę dużą skalę problemu i związanego z nim cierpienia, szczególnie ważne jest zapobieganie bólowi przewlekłemu. Na szczęście jest ono możliwe.

– Kluczowe w profilaktyce są: utrzymywanie prawidłowej masy ciała lub jej redukcja w przypadku nadwagi i otyłości, a także umiarkowana, dostosowana do możliwości danej osoby, regularna aktywność fizyczna (bez przetrenowywania się). Warto uświadamiać ludzi, że najczęściej bóle przewlekłe są odległym skutkiem nadwagi i otyłości, siedzącego trybu życia i monotonnych, codziennie wykonywanych w pracy lub domu czynności – mówi Magdalena Kocot-Kępska.

Inni eksperci, do możliwych powodów bardzo częstego, deklarowanego występowania dolegliwości bólowych w Polsce, oprócz niedoboru specjalistów do spraw leczenia bólu czy rzadkiego stosowania silnych leków przeciwbólowych, dodają jeszcze jeden czynnik, niestety dość trudny do zmierzenia.

– Pewien wpływ na dane dotyczące odczuwanego bólu, zwłaszcza słabego i umiarkowanego, mogą też mieć czynniki subiektywne – sugeruje prof. Bogdan Wojtyniak, kierownik Zakładu Monitorowania i Analiz Stanu Zdrowia Ludności Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH).

Jego zdaniem, czynniki subiektywne mogą też mieć istotny udział w niezbyt dobrym wyniku ogólnej samooceny stanu zdrowia Polaków.

– Odkąd pamiętam, pod względem samooceny stanu zdrowia, Polacy zawsze wypadali znacznie gorzej od średniej dla całej UE. Ale pod względem rozpowszechnienia chorób przewlekłych i ograniczonego poziomu sprawności, różnice między Polakami a średnią unijną nie są już tak wyraźne. Rozdźwięk między danymi na temat ogólnej samooceny, a wspomnianymi wcześniej bardziej konkretnymi parametrami stanu zdrowia sugeruje, że być może na wynik tej samooceny wpływają in minus nasze cechy narodowe, takie jak np. skłonność do narzekania czy malkontenctwo – mówi prof. Bogdan Wojtyniak.

Mimo to, ekspert ostrzega przed bagatelizowaniem wyniku badań sondażowych Eurostatu.

– Choć dane na temat samooceny zawierają dużą dozę subiektywizmu, mimo wszystko należy je traktować poważnie. Zostało dowiedzione, że negatywna ocena własnego stanu zdrowia wyraźnie koreluje z podwyższonym ryzykiem zgonu – podkreśla prof. Bogdan Wojtyniak.

Infografika PAP / Serwis Zdrowie

Edukacja i zamożność wydłużają życie

Z badań Eurostatu oczywiście płynie też wiele innych ciekawych wniosków. Potwierdzają one m.in. znaną już od dawna tezę, że osoby gorzej wykształcone i mniej zamożne oceniają swój stan zdrowia gorzej oraz faktycznie są mniej zdrowe w porównaniu do osób o wysokim statusie społecznym i materialnym, posiadającym wyższe wykształcenie.

– Niestety, nierówności społeczne w dziedzinie zdrowia są w Polsce znacznie większe niż w krajach starej UE, a do tego nie zmniejszają się tak szybko jak byśmy tego chcieli. Do poprawienia sytuacji konieczne są rozwiązania systemowe, zgodne z rekomendowaną przez UE zasadą: zdrowie obecne we wszystkich politykach, która wskazuje, że nie da się osiągnąć znaczącej poprawy w dziedzinie zdrowia publicznego bez wdrożenia długofalowej i wielosektorowej strategii działania – podkreśla prof. Bogdan Wojtyniak.

Według niego, jednym z ważnych przejawów takiego podejścia jest ocena skutków zdrowotnych różnych przyjmowanych w danym kraju regulacji prawnych.

– W Polsce jest w tej dziedzinie jeszcze dużo do zrobienia – ocenia prof. Bogdan Wojtyniak.

Eksperta nie dziwi też zaobserwowany przez Eurostat wzrost występowania chorób przewlekłych w polskim społeczeństwie.

– Przyczyniają się do tego m.in. niekorzystne zmiany demograficzne, a więc przede wszystkim starzenie się polskiej populacji. W związku z tym nie należy się spodziewać znaczącej poprawy tego stanu rzeczy w kolejnych latach. Na szczęście, na stan zdrowia Polaków równolegle oddziaływać będzie też drugi, przeciwstawny trend. Mam na myśli, wzrost wczesnej wykrywalności i wyleczalności chorób, których efektem powinien być spadek śmiertelności oraz umieralności z powodu chorób przewlekłych – mówi prof. Bogdan Wojtyniak.

W tym kontekście warto dodać, że w efekcie szybkiego rozwoju medycyny nawet kojarzące się dotąd z pewną śmiercią nowotwory zaczynają już dziś być traktowane jako choroby przewlekłe.

– Oceniając aktualny stan zdrowia Polaków należy też wziąć pod uwagę odziedziczone po PRL zapóźnienie w tej dziedzinie, którego nie udało się nam niestety zbytnio nadrobić. Choć dużo się u nas poprawiło, to jednak kraje starej UE ciągle nam uciekają. Aby sytuacja się wyraźnie poprawiła, potrzebujemy zdecydowanie większych nakładów nie tylko na ochronę zdrowia, ale także na promocję zdrowia i profilaktykę chorób. Samym leczeniem nie zmienimy obecnego stanu rzeczy – rekomenduje prof. Bogdan Wojtyniak.

Zdaniem eksperta NIZP-PZH, promocja zdrowia do tej pory była w Polsce zbyt mało widoczna i skuteczna.

– W celu poprawy sytuacji warto m.in. lobbować za wprowadzeniem do szkół przedmiotu zdrowie, a także zachęcać jednostki samorządu terytorialnego do wdrażania programów zdrowia publicznego skierowanych do lokalnych społeczności. Wiadomo, że takie programy są bardziej skuteczne w odniesieniu do wybranych, mniejszych grup populacyjnych – radzi ekspert NIZP-PZH.

Bogdan Wojtyniak podkreśla, że za profilaktykę w tego rodzaju programach powinny odpowiadać kompetentne osoby. Jego zdaniem, specjalistów do spraw zdrowia publicznego w Polsce nie brakuje, ale dotąd zbyt rzadko byli oni zatrudniani zgodnie z kwalifikacjami.

– To musi się zmienić. Nie stać nas na to, aby promocją zdrowia i profilaktyką zajmowały się osoby przypadkowe – konkluduje prof. Bogdan Wojtyniak.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Salmonella – najczęściej na jajach kurzych, ale nie tylko

jaja-copy

Ginie w temperaturze 70 stopni Celsjusza, w namnażaniu się nie przeszkadza jej temperatura w lodówce, choć woli cieplejsze warunki. Główne miejsce jej zamieszkania to przewód pokarmowy drobiu. U ludzi powoduje dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Ale można się przed nią uchronić.

Jak? Poprzez właściwą higienę – własną i otoczenia, w którym przygotowujemy posiłki.

Gdzie występuje salmonella?

Najczęściej w przewodzie pokarmowym drobiu, a przez to na jego mięsie i jajach. – Ale może też znaleźć się na wieprzowinie – mówi dr Jacek Postupolski z Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny. Co gorsza, niewłaściwe postępowanie z zakażonymi produktami może spowodować przeniesienie się jej na inne produkty lub na kuchenne sprzęty i akcesoria.

W kontekście salmonelli zwykle słyszy się o jajach. Ale wskutek tego, że bakteria przenosi się w niewłaściwych warunkach na dowolne produkty, bywa, że służby sanitarne znajdują ją np. w… bazylii. Tak było w 2014 roku, kiedy z powodu zanieczyszczenia przyprawy tym patogenem producent musiał wycofać partie swojego produktu z obrotu. W tym roku salmonellę wykryto w paście typu tahini jednego z producentów.

Najwięcej jednak ostrzeżeń wydawanych przez GIS dotyczy jaj – w drugiej połowie tego roku wydał je w odniesieniu do jaj pochodzących z czterech różnych ferm kurzych.

Jak się chronić?

Ponieważ jaja i mięso to najczęstsze możliwe źródło zakażenia salmonellą, trzeba przestrzegać odpowiednich zasad przy ich obrabianiu i przygotowywaniu.

– Trzeba zacząć jednak od sprawdzenia, co kupujemy – mówi dr Postupolski.

Zatem nie można wkładać do koszyka opakowań z jajkami zabrudzonymi i/lub uszkodzonymi.

– Po przyjściu do domu jajka trzeba wstawić do lodówki w pojemniku, w którym je kupiliśmy. W ten sposób ograniczamy ryzyko, że bakterie przeniosą się w inne miejsca lub na inne produkty – wyjaśnia ekspert.

Jak groźna jest Salmonella?

Salmonella jest odpowiedzialna za większość zatruć pokarmowych w Polsce i Europie. W 2015 r.  zarejestrowano ponad 8,5 tys. zachorowań z jej powodu.

Mięso także trzeba rozpakowywać dopiero przed jego przyrządzeniem.

– Kiedyś zalecano mycie mięsa. Badania wykazały jednak, że podczas mycia bakterie mogą przedostać się na zlew, blat, naczynia, zmywak i tak dalej, a przez to tworzyć się może wtórne ognisko zakażenia – mówi dr Postupolski.

Dlatego też, jeśli mięso lub jajka mają zostać poddane obróbce termicznej – gotowanie, pieczenie, smażenie itd. – nie należy ich myć. Po rozbiciu jajka skorupki trzeba wyrzucić natychmiast do kosza, a ręce wymyć pod bieżącą, jak najcieplejszą wodą z detergentem.

Kiedy kąpiel dla jajek?

Przed dodaniem jajek do kremów, majonezów i tym podobnych produktów (takich, w których jajka są zjadane na surowo), należy jaja sparzyć.

Jeśli chodzi o mięso, trzeba je jeść wtedy, kiedy nie po nakłuciu wypływający sos nie ma barwy różowej lub czerwonej. Surowe jadamy na własną odpowiedzialność.

– Nie podawajmy jednak surowego mięsa dzieciom, osobom w trakcie rekonwalescencji, z zaburzeniami odporności, w trakcie choroby – przestrzega ekspert.

Chodzi o to, że system odpornościowy u tych osób jest osłabiony i może nie poradzić sobie z obroną przed liczbą patogenów, z którą bez problemu radzi sobie organizm zdrowy. Żeby doszło do zakażenia, potrzebne jest bowiem spełnienie wielu warunków, m.in. otrzymanie w pożywieniu dawki infekcyjnej, a zatem odpowiedniej liczby bakterii.

Ważne!

Objawy chorobowe zatrucia salmonellą występują zwykle 6-72 godzin od zakażenia. To m.in. gorączka, ból brzucha, biegunka, czasami nudności i wymioty. U niemowląt i małych dzieci oraz osób starszych choroba może przebiegać ciężko ze zmianami w narządach wewnętrznych.

Dr Postupolski zwraca też uwagę, że produkty zawierające surowe jaja, a zatem domowy majonez, ciasta z kremem z jajkami itp. należy zjadać stosunkowo szybko po przygotowaniu.

– Jedna czy dwie bakterie nam nie zaszkodzą, do zakażenia potrzebna jest ich większa ilość. Trzymanie produktów z surowymi jajkami w lodówce nie chroni nas dostatecznie: Salmonella rozmnaża się nawet w warunkach dość niskiej temperatury – takiej, jaka panuje w lodówce. Z tego powodu każdego dnia przetrzymywania tego typu produktów w lodówce może tych bakterii przybywać – mówi.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.comSalmonella

Wszystko co musisz wiedzieć o witaminie D

wit-d-copy

Zdecydowana większość Polaków ma jej niedobór. Może się to objawiać m.in. bólami mięśni i stawów, kiepskim samopoczuciem oraz częstymi infekcjami. Dowiedz się jak bezpiecznie uzupełnić braki witaminy D, nazywanej też często witaminą słońca.

Witamina D, wbrew powszechnej opinii, nie jest wcale jednorodną substancją. To tak naprawdę zespół różnych związków chemicznych, spośród których największe znaczenie mają: witamina D2 (ergokalcyferol) i witamina D3 (cholekalcyferol). Wskutek przemian biochemicznych zachodzących w naszym organizmie, na bazie cholekalcyferolu, powstaje najważniejsza z punktu widzenia zdrowia, aktywna postać witaminy D3, czyli kalcytriol.

Organizm człowieka wytwarza witaminę D3 pod wpływem promieni słonecznych, dlatego też często nazywa się ją witaminą słońca.

Ale ludzie coraz rzadziej się dziś opalają, a przy opalaniu najczęściej stosują kremy z filtrem, które ograniczają dostęp promieniowania ultrafioletowego typu B do naszej skóry (jest ono niezbędne do syntezy tej witaminy). To właśnie ograniczona ekspozycja naszej skóry na słońce, w połączeniu z dietą ubogą w produkty zawierające witaminę D (np. tłuste ryby, jaja, grzyby), najczęściej prowadzą do jej niedoborów.

Niestety, skutki tego mogą być naprawdę groźne.

Co może wskazywać na niedobór witaminy D w organizmie?

Prof. Marek Ruchała, endokrynolog z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu ostrzega, że niedobór witaminy D u dzieci, może prowadzić do krzywicy. Objawy niedoboru witaminy D u dzieci mogą być bardzo różne – począwszy od nadmiernej potliwości i płaczliwości, aż po częste infekcje i poważne deformacje ciała.

– Natomiast u osoby dorosłej, objawami niedoboru witaminy D są często bóle mięśniowe, bóle stawowe, ogólne złe samopoczucie i częste infekcje. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z kobietami w okresie menopauzalnym, kiedy to ochronne działanie estrogenów przestaje funkcjonować – mówi prof. Marek Ruchała.

Z badań wynika, że aż 90 proc. Polaków ma niedobór witaminy D. Skutecznym rozwiązaniem może być więc jej suplementacja.

– Obecne rekomendacje zalecają przyjmowanie tej witaminy we wszystkich grupach wiekowych. Natomiast szczególnie jest to istotne u osób w wieku podeszłym, gdzie synteza skórna witaminy jest zaburzona, u osób z upośledzonym wchłanianiem, np. w zaburzeniach wątroby lub nerek, a także u niemowląt i u dzieci, szczególnie w okresie wzrostu. Jeżeli chodzi o zalecany okres przyjmowania, to na pewno od września do kwietnia jest to szczególnie istotne – mówi dr hab. Agnieszka Bienert, farmaceutka z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Ekspertka podkreśla, że witamina D nie działa doraźnie i dlatego nie ma sensu przyjmować jej dużych dawek np. w okresie infekcji.

– Działa ona na poziomie komórki, przede wszystkim w mechanizmie genowym i to są procesy, które dość długo trwają. Witamina D reguluje wiele ważnych funkcji, ale to wymaga czasu, często miesięcy, a nawet lat – mówi dr hab. Agnieszka Bienert.

Dlatego, powinniśmy się starać, żeby w naszym organizmie była stała ilość witaminy D.

Eksperci podkreślają, że jej działanie jest bardzo szerokie. Nie tylko bierze udział w gospodarce wapniowo-fosforanowej, ale ma też działanie immunomodulacyjne (wpływa na funkcjonowanie układu odpornościowego), a według najnowszych doniesień ma wpływ również na płodność.

Suplementacja witaminy D: rekomendacje ekspertów

– Zalecane dawki witaminy D u osób dorosłych to 800 do 2000 jednostek międzynarodowych na dobę. Wyższe dawki są u osób otyłych, ciemnoskórych i pracujących na zmianach nocnych. Natomiast u dzieci od roku do 18 r.ż. jest to od 600 do 1000 j.m. – mówi dr hab. Agnieszka Bienert.

Choć witamina D jest generalnie uważana za mało toksyczną, to jednak zaleca się, aby nie przekraczać rekomendowanych dawek, a jej suplementację zawsze konsultować z lekarzem lub farmaceutą.

Na koniec warto dodać, że w opinii ekspertów, najlepiej kupować witaminę D w formie leku, a nie suplementu diety. Leki podlegają bowiem zdecydowanie większym rygorom kontrolnym i jakościowym, dzięki czemu ich skład zgadza się z ulotką i z informacją na opakowaniu.

– W przypadku suplementów diety nie mamy takiej gwarancji. Nie mają one również zbadanej dostępności biologicznej, więc nie wiemy dokładnie jak się wchłaniają – mówi dr hab. Agnieszka Bienert.

Jedno jest pewne. Witamina D jest niezbędna, a zatem powinniśmy świadomie zadbać o jej odpowiednią ilość nie tylko we własnym organizmie, ale także w organizmach naszych bliskich, zwłaszcza dzieci, kobiet w ciąży i seniorów.

– Witamina D jest witaminą życia. Jeżeli chcemy być zdrowi, to powinniśmy to zdrowie budować także przy pomocy witaminy D – konkluduje prof. Marek Ruchała.

Warto o tym pamiętać i jak najczęściej korzystać ze słońca w czasie nadchodzącej wiosny.

 

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com