Uwaga na suplementy z zielonej herbaty

capsule-1079838_1920-copy

Reklamowane są jako remedium na wiele dolegliwości. Ale niektórym mogą bardzo zaszkodzić. Boleśnie przekonał się o tym pewien Amerykanin, którego uratowała transplantacja wątroby.

Ta historia przydarzyła się Jimowi McCantsowi z Teksasu, a zrelacjonował ją serwis BBC. Amerykanin, w związku ze zbliżającymi się 50-tymi urodzinami, postanowił lepiej zadbać o swoje zdrowie. Poprawił sposób żywienia, regularnie ćwiczył i zaczął przyjmować suplementy diety zawierające ekstrakt z zielonej herbaty. Liczył na to, że te ostatnie, dzięki zawartości silnych antyoksydantów (z grupy katechin) wzmocnią jego organizm, a zwłaszcza układ krążenia.

Po blisko trzech miesiącach przyjmowania tych suplementów żona Jima któregoś dnia zauważyła, że ma on mocno pożółkłą twarz i oczy. Po badaniach lekarskich okazało się, że mężczyzna ma poważnie uszkodzoną wątrobę i od rychłej śmierci uratować go może tylko przeszczepienie tego organu.

Jim miał szczęście, bo szybko znaleziono dawcę. Cały czas boryka się jednak z różnymi przewlekłymi powikłaniami, takimi jak chroniczne bóle brzucha czy przewlekła choroba nerek. Pozostaje więc pod stałą opieką hepatologa i nefrologa.

Lekarze Jima, szukając przyczyn problemu stwierdzili, po wyeliminowaniu wszystkich innych możliwości, że za uszkodzenie jego wątroby odpowiadają suplementy z zielonej herbaty.

Kiedy suplementy z zielonej herbaty są groźne

Zapewne tysiące ludzi przyjmują suplementy z zielonej herbaty, a mimo to nie lądują na stole chirurgicznym transplantologów. Jednak warto wiedzieć, że historia Jima McCantsa nie jest wcale odosobniona. Na świecie stwierdzono już co najmniej 80 podobnych przypadków. Ale oczywiście nie oznacza to, że należy pożegnać się z zielonkawym, herbacianym naparem.

Zielona herbata jest spożywana przez ludzi w formie naparu już od tysięcy lat i dotąd kojarzona była głównie z dzialaniem prozdrowotnym. W tej kwestii nic się nie zmienia. Wspomniane wcześniej kontrowersje i problemy dotyczą tylko suplementów diety, które zawierają jej ekstrakt.

Przypomnijmy, że Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) w tym roku opublikował stanowisko w tej sprawie, w reakcji na pojawiające się w Europie przypadki uszkodzenia wątroby, spowodowane przez suplementy zawierające ekstrakt z zielonej herbaty. Eksperci z EFSA, po wnikliwej analizie dostępnych danych naukowych orzekli, że katechiny z zielonej herbaty (konkretnie wskazali na związek o nazwie galusan epigalokatechiny – EGCG), mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia, jeśli są przyjmowane w postaci suplementów diety, w dawce zawierającej 800 mg lub więcej EGCG na dobę.

W tym kontekście nasuwa się pytanie, czy istnieje całkowicie bezpieczna dla zdrowia dawka katechin z zielonej herbaty i ile ona wynosi? Tego niestety ekspertom nie udało się jeszcze precyzyjnie ustalić.

Ile można pić zielonej herbaty?

Jednak naukowcy zapewniają, że picie zielonej herbaty w formie tradycyjnej jest „generalnie bezpieczne”. EFSA podaje, że osoby pijące regularnie umiarkowane ilości zielonej herbaty przyjmują wraz z nią średnio od 90 do 300 mg EGCG. Dla porównania, w przypadku suplementów diety dzienna dawka tego związku może sięgać nawet 1000 mg.

W związku ze stwierdzonym ryzykiem zdrowotnym wynikającym z nadużywania suplementów diety z zielonej herbaty EFSA skierowała do Komisji Europejskiej rekomendacje, które proponują zwiększenie obowiązkowego zakresu informacji podawanych na ich opakowaniach w UE (odnośnie zawartości katechin oraz ryzyka związanego z ich nadmiernym spożyciem).

Tego samego, tyle że od konkretnego producenta suplementów, domaga się wspomniany wcześniej Jim McCants, który walczy o to na drodze sądowej.

Dlaczego suplementy z zielonej herbaty mogą być groźne

Są one bardzo popularne w wielu krajach świata, w tym również w Polsce. I nic dziwnego, bo reklamuje się je jako remedium na wiele powszechnie występujących dolegliwości. Ich producenci sugerują, że pomagają m.in. zwalczać otyłość, zbijać zły cholesterol, „wymiatać” wolne rodniki, wzmacniać odporność i koncentrację, zmniejszać ryzyko nowotworów czy udarów. Najczęściej jednak ekstrakt z zielonej herbaty jest składnikiem suplementów mających wspomagać odchudzanie.

Choć większość ludzi zażywa te suplementy bez uszczerbku dla zdrowia, a być może nawet z korzyścią, to jednak nie sposób zaprzeczyć, że niektórym osobom one szkodzą. Dlaczego tak się dzieje? Tego naukowcy niestety wciąż nie są do końca pewni i postulują prowadzenie dalszych badań nad tą kwestią. Podejrzewają, że wpływ na to, czy suplementy szkodzą komuś, czy nie, mają zarówno czynniki wewnętrzne (np. genetyczne), jak i zewnętrzne (np. sposób korzystania z suplementów).

Jedno jest pewne. Podwyższone ryzyko uszkodzenia wątroby występuje u osób, które przyjmują zieloną herbatę w formie najbardziej skoncentrowanych ekstraktów – podkreśla prof. Herbert Bonkovsky, badacz chorób wątroby z amerykańskiej Wake Forest University School of Medicine, który analizuje uszkodzenia związane z suplementami z zielonej herbaty już od blisko 20 lat.

Specjalista zwraca uwagę na jeszcze jeden możliwy mechanizm zwiększający ryzyko toksycznego działania EGCG.

– Zazwyczaj ludzie biorą ekstrakt z zielonej herbaty próbując zrzucić zbędne kilogramy, co wiąże się z tym, że często też mało wtedy jedzą (powstrzymują się od jedzenia). A z badań na zwierzętach wiemy, że wyposzczone osobniki wchłaniają znacznie większą ilość katechin aniżeli zwierzęta opasłe – mówi prof. Herbert Bonkovsky.

Podsumowując, również w odniesieniu do zielonej herbaty można przywołać liczącą setki lat sentencję autorstwa Paracelsusa: Omnia sunt venena, nihil est sine veneno. Sola dosis facit venenum, czyli: „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni truciznę”. Przyjmując jakiekolwiek suplementy diety, także te z zielonej herbaty, warto więc zachować zdrowy rozsądek i umiar, a najlepiej przed zaordynowaniem sobie takich specyfików skonsultować się z lekarzem.

Źródło: Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Suplementy na serce tylko pod okiem specjalisty

tablets-1001224_1920-copy

 

Chore serce? Zażywanie przepisanych leków to elementarna konieczność, podobnie jak odpowiednia dieta i dawka ruchu. Z suplementów zaś tylko te wskazane przez lekarza.

Takie priorytety – czyli dobry styl życia jako podstawa, oraz stosowanie się do zaleceń lekarskich w sprawie leków i suplementów, zwiększają skuteczność leczenia.

Stosowanie suplementów w kardiologii, jak w każdej innej dziedzinie budzi kontrowersje. Panuje w tej kwestii spore zamieszanie, gdyż zdarza się, że te same substancje (chociaż w innych dawkach) klasyfikowane mogą być jako suplementy diety lub trzeba je rejestrować jako leki.

Przykładem jest chociażby koenzym Q10, który w dużych dawkach zarejestrowany jest w kilku krajach jako lek na receptę.

– Jak najbardziej należy zgodzić się z taką „ewolucją rejestracyjną” tej substancji, bowiem niedawno w badaniu Q-SYMBIO wykazano, że dawki 3 x 100 mg dziennie, przedłużają życie pacjentom z niewydolnością serca – mówi prof. Krzysztof J. Filipiak z I Katedry i Kliniki Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Czym różni się suplement diety od leku

Lek – leczy, zaś suplement jest dodatkiem do żywności. Inna jest procedura rejestracyjna. W przypadku leku jego producent musi przedstawić rezultaty wiarygodnych badań klinicznych na hodowlach komórkowych, zwierzętach i ludziach sprawdzających sposób działania substancji, jej skuteczność i bezpieczeństwo stosowania. Takiego obowiązku nie ma przy rejestracji suplementu diety. Skład, wygląd, ewentualnie konsystencja leku jest ściśle określona i wszelkie odstępstwa w tej mierze skutkują najczęściej wycofaniem danej partii leku z rynku. Takich obostrzeń nie ma co do suplementów diety.

Wyjaśnia, że wysokość zalecanej dawki zależy od danych rejestracyjnych w danym kraju. Podaje przykład kwasów omega-3 – innej substancji funkcjonującej na rynku bądź jako suplement diety (małe dawki np. 200-300 mg ) lub jako lek (duże dawki – 1000 mg).

Jak obniżyć poziom cholesterolu i zapobiec powstawaniu skrzeplin

Towarzystwa naukowe starają się porządkować wskazania dla stosowania nowych preparatów sięgając do opinii specjalistów.

– W piramidzie modyfikującej lipidogram podstawą są działania niefarmakologiczne związane ze zmianą stylu życia – zaleca się więc pacjentowi więcej ruchu, próbę zmniejszenia masy ciała, stosowanie prawidłowej diety, dołączenie żywności funkcjonalnej, czyli np. szeroko reklamowane w środkach masowego przekazu margaryny obniżające stężenie cholesterolu. Kolejnym krokiem jest zalecenie preparatu sprzedawanego w aptece bez recepty jako suplement diety, ale wpływającego na stężenie cholesterolu – monakoliny, która jest produktem naturalnym pozyskiwanym z czerwonego ryżu drożdżowego czy wyciągu z bergamoty – rodzaju dzikiej pomarańczy bogatej w polifenole – wyjaśnia prof. Filipiak.

Jak tłumaczy, monakolinę – w sensie mechanizmu działania – można ją uznać za naturalną statynę.

– Efekty jej stosowania potwierdza Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, który określił optymalną dawkę jej stosowania – 10 mg na dobę. Dopiero następny szczebel piramidy to statyny – czyli leki przepisywane przez lekarza – dodaje kardiolog.

1

– W piramidzie metod wpływu na agregację, czyli zlepianie płytek krwi, które może prowadzić do powstawania niebezpiecznego skrzepu blokującego przepływ krwi w naczyniach, również zaczynamy od metod niefarmakologicznych, takich jak ruch i dieta, wspominamy o korzystnym wpływie niektórych produktów żywnościowych, szczególnie tych zawierających witaminę E (oleje roślinne: słonecznikowy, sojowy, rzepakowy, kukurydziany, kiełki pszenicy, produkty pełnoziarniste, migdały, orzechy laskowe, jajka, mleko, warzywa zielone takie jak brukselka, kapusta, czy szpinak). Zanim dotrzemy na szczyt piramidy, gdzie znajduje się kwas acetylosalicylowy zwany popularnie aspiryną i inne leki przeciwpłytkowe, wymieniamy pierwszy zarejestrowany produkt – suplement diety – preparat wyciągu aktywnych substancji z pomidora” – wyjaśnia dalej prof. Filipiak.

2

Ostrożnie z potasem i magnezem

Spośród wszystkich witamin, szczególną atencją kardiologów darzona jest witamina D. Praktycznie tylko dla tej witaminy dostępne są meta-analizy badań sugerujące jej korzystny wpływ u chorych z chorobami krążenia – jej stosowanie wydaje się zmniejszać śmiertelność sercowo-naczyniową.

– Ostrożny byłbym z suplementami diety uzupełniającymi potas, gdyż wiele współczesnych leków kardiologicznych spiętrza jego stężenie w organizmie. Stąd jego uzupełnianie nie jest już tak istotne jak dawniej – ostrzega kardiolog.

Specjaliści pozostają również sceptyczni co do uzupełniania magnezu.

– Wbrew temu, że jest to chyba najczęściej reklamowany obecnie suplement diety, brak jest przekonywujących danych naukowych, które potwierdzałyby, że jego uzupełnianie poprawia rokowanie w chorobach sercowo-naczyniowych czy pomaga w prewencji zawału serca. Wiele przed nami badań, aby odpowiedzieć na te pytania – wyjaśnia.

Trzeba też pamiętać, że prawidłowo zbilansowana dieta dostarcza odpowiednich i wystarczających ilości magnezu. Problem może pojawić się w przebiegu niektórych chorób, np. jelit, kiedy nie tylko magnez, ale i inne składniki mogą nie wchłaniać się z przewodu pokarmowego. Wówczas jednak nie należy na własną rękę brać suplementów, ale udać się do lekarza i leczyć przyczynę zjawiska. Zwłaszcza, że także suplementy, przyjmowane niepotrzebnie, mogą skutkować działaniami niepożądanymi. Np. zbyt dużo magnezu to ryzyko biegunki.

 

Monika Wysocka (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

 

 

 

 

 

Jakie informacje powinny znajdować się na opakowaniu suplementu diety?

capsule-1079838_1920-copy

Na opakowaniu suplementu diety powinny znajdować się następujące informacje:

  • określenie „suplement diety”,
  • nazwy kategorii składników odżywczych lub substancji charakteryzujących produkt lub wskazanie charakteru tych substancji,
  • porcję produktu zalecaną do spożycia w ciągu dnia,
  • ostrzeżenie dotyczące nieprzekraczania zalecanej porcji do spożycia w ciągu dnia,
  • stwierdzenie, że suplementy diety nie mogą być stosowane jako substytut (zamiennik) zróżnicowanej diety,
  • stwierdzenie, że suplementy diety powinny być przechowywane w sposób niedostępny dla małych dzieci.

Zawartość witamin i składników mineralnych oraz innych substancji wykazujących efekt odżywczy lub inny efekt fizjologiczny obecnych w suplemencie diety deklaruje się w oznakowaniu w postaci liczbowej. Deklarowane w oznakowaniu zawartości witamin i składników mineralnych oraz innych substancji wykazujących efekt odżywczy lub inny efekt fizjologiczny podaje się w przeliczeniu na zalecaną przez producenta do spożycia dzienną porcję produktu.

Oznakowanie, prezentacja i reklama suplementów diety nie mogą zawierać informacji stwierdzających lub sugerujących, że zbilansowana i zróżnicowana dieta nie może dostarczyć wystarczających dla organizmu ilości składników odżywczych.

Reklamy nie mogą też sugerować, że suplementy diety są lekiem a więc mają działania lecznicze.

Źródło: Opracowano na podstawie komunikatu ze strony www.gis.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Nie tak szybko z tabletką!

capsule-1079838_1920-copy

Wyglądają jak leki, a nimi nie są, to znaczy – nie leczą. Mogą mieć za to – tak jak leki – działania niepożądane, których na dodatek nie ma gdzie raportować. Mowa o ulubionych przez Polaków suplementach diety.

 

Z ubiegłorocznych badań wynika, że w naszym kraju aż 72 proc. osób przyjmuje suplementy diety.

– Polska jest krajem, który generalnie charakteryzuje się dużym zużyciem leków, ale to co obserwujemy w ciągu ostatnich lat w przypadku suplementów diety, to niezwykła dynamika rynku – ocenia prof. Przemysław Kardas z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Reklama jest dźwignią handlu i przykład wzrostu sprzedaży suplementów diety oraz wydatków ich producentów na reklamę potwierdzają tę tezę. Analizy Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wskazują, że w ciągu 20 lat udział reklam produktów prozdrowotnych wzrósł z 7 proc. w 1997 r. do blisko 25 proc. w 2015 roku. Z kolei raport ” Co łykają Polacy? Rynek Suplementów Diety. Bezpieczeństwo, trendy, regulacje” opracowany przez Aliant Consulting Group. sugerował, że sprzedaż suplementów diety w naszym kraju w 2017 r. przekroczy 4 mld zł.

Czy cellulit wodny da się wyleczyć tabletką?

Raport podawał, że najlepiej sprzedają się suplementy zawierające magnez – stanowią 26 proc. rynku tych produktów. Na kolejnych miejscach są:

  • tzw. immunostymulatory (mające wzmacniać odporność) – 22 proc. rynku,
  • probiotyki – 20 proc.,
  • produkty wzmacniające organizm – 16 proc.
  • witaminy i minerały dla dorosłych – 16 proc.

Naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi ubolewają, że „producenci prześcigają się w oferowaniu suplementów na każdą dolegliwość ciała i duszy, i nie wahają się przy tym oferować środków na choroby nieistniejące”.

Przykład? Cellulit wodny, który ostatnio pojawia się często w reklamach. Choroby takiej w międzynarodowej klasyfikacji chorób próżno szukać (choć jest „cellulitis”, ale to po polsku zapalenie tkanki łącznej wywołane przez patogeny, którego leczenie polega na podawaniu antybiotyków).

Na tzw. cellulit wodny można kupić tabletki. Jeden z producentów reklamuje swój produkt jako „ skutecznie rozbijające komórki tłuszczowe zgromadzone pod skórą”, co dać ma efekt „ograniczenia cellulitu o 85 proc.”. Tabletki są oczywiście „naturalne” i nie mają skutków ubocznych.

Wygląda na to, że odbiorcy reklam dają się nabierać. Prof. Kardas wskazuje, zgodnie ze wstępnymi wnioskami z badań przeprowadzonych w Zakładzie Medycy Rodzinnej UM w Łodzi aż 30 proc. ankietowanych nie potrafiło powiedzieć, czy suplementy są bezpieczne, a ponad 50 proc. uważało, że są bezpieczne.

Co ciekawe, co dziesiąty badany zgłaszał występowanie działań niepożądanych, przede wszystkim ze strony przewodu pokarmowego i zaburzenia stanu psychicznego.

Wracając do cellulitu wodnego – jeśli ktoś „puchnie”, czyli ma obrzęki, powinien zgłosić się do lekarza. Taki objaw może zwiastować groźne choroby, których leczenie nie polega na podawaniu suplementów.

Suplementy diety mogą mieć działania uboczne

Tymczasem także suplementy diety mogą mieć działania uboczne. Popularny magnez może powodować biegunki.

Mogą też wchodzić w interakcje z lekami (a zatem nasilać, osłabiać lub neutralizować działanie leków oraz wywoływać działania niepożądane). Prof. Kardas podaje przykłady takich naturalnych substancji będących składnikami suplementów: miłorząb japoński, kozłek lekarski, dziurawiec czy wapń.

Niewielu rodziców zdaje sobie też sprawę z tego, że popularny tran powoduje wzrost ryzyka krwawień podczas zabiegów operacyjnych.

– Z całą pewnością istnieje podejrzenie istnienia działań niepożądanych w związku ze stosowaniem suplementów – podkreśla prof. Kardas.

Przy czym suplementy nie podlegają takim regulacjom jak leki (wieloletni proces rejestracji, podczas którego sprawdzane są w restrykcyjnych badaniach zarówno bezpieczeństwo, jak i skuteczność).

W przeciwieństwie do leków, nie ma procedury zgłaszania i analizy działań niepożądanych suplementów.

Jak zaznaczają naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, na domiar złego wiele wskazuje na to, że niektóre suplementy diety mogą nawet szkodzić. „Raport Naczelnej Izby Kontroli przytacza wyniki badań, wskazujących na obecność substancji szkodliwych, a nawet bakterii chorobotwórczych w niektórych z nich. Niestety, przepisy prawa nie stwarzają użytkownikom możliwości zgłaszania odpowiednim organom państwa przypadków działań niepożądanych suplementów” – czytamy na stronie Uniwersytetu.

Czy suplementy diety są skuteczne?

Uczciwa odpowiedź brzmi, że w odniesieniu do wielu z nich – nie wiadomo. Naukowcy z Mayo Clinic przeprowadzili niedawno analizę skuteczności popularnych sposobów na uniknięcie przeziębienia. Okazało się na przykład, że jeśli chodzi o popularną jeżówkę (echinacea), dowody są sprzeczne. Bezsprzeczne jest natomiast to, że jeżówka wchodzi w interakcje z niektórymi lekami i nie powinny jej przyjmować osoby z zaburzeniami odporności.

Podobnie sprzeczne dowody zebrano w sprawie cynku. Jednocześnie przybywa dowodów na to, że nadmiar cynku sprzyja rozwojowi nowotworów.

Kiedy suplementy diety?

Choć dostępne bez recepty, lepiej ich nie przyjmować bez konsultacji z lekarzem. Zdrowej osobie wszystkich potrzebnych składników, także tych wzmacniających odporność, dostarczy prawidłowa i zbilansowana dieta oraz aktywność fizyczna.

– Uzupełnianie diety suplementami powinno odbywać się tylko pod nadzorem lekarza, w sytuacji, gdy stwierdzi u danej osoby niedobory konkretnych witamin czy mikroelementów – podkreśla pediatra i immunolog dr Paweł Grzesiowski.

Będzie zmiana prawa?

W tym tygodniu odbyło się w Ministerstwie Zdrowia spotkanie na temat suplementów diety. To właśnie podczas niego zostały przedstawione wnioski z badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Wiceminister zdrowia Marcin Czech poinformował, że MZ planuje działania, których celem miałoby być zwiększenie bezpieczeństwa stosowania suplementów i zmniejszenie zjawiska nadmiernego, nieuzasadnionego ich przyjmowania. Resort zastanawia się m.in. nad sposobem raportowania działań niepożądanych, uporządkowaniem rynku reklam i opłatami za wprowadzenie suplementów na rynek. – Mamy taki pomysł, żeby badać suplementy – dodał.

Źródło: Justyna Wojteczek, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

 

Suplementy? Tak, ale pod kontrolą specjalisty!

capsule-copy

Mądrze dobrane suplementy mogą wspomóc leczenie wielu chorób. Ale nie należy ich zażywać na własną rękę – konieczne jest wsparcie specjalisty: lekarza lub dietetyka. W przeciwnym razie można sobie bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Reklamy suplementów diety atakują nas praktycznie ze wszystkich stron. W świetle tego co głoszą, każdy z nas cierpi na przerażające niedobory właściwie wszystkich niezbędnych do życia pierwiastków czy witamin i to cud, że jeszcze chodzimy po Ziemi.

Warto jednak pamiętać, że niedobory pokarmowe przede wszystkim należy leczyć dietą, a także ustalić, co jest przyczyną niedoboru. Jeśli podejrzewamy, że mamy deficyt jakiegoś składnika, zacznijmy od wizyty u specjalisty. Przeprowadzi wywiad, czyli rozmowę nie tylko na temat dolegliwości obecnych i minionych, ale i stylu życia oraz diety.

– Trzeba mieć świadomość tego, czego u pacjenta może brakować. Poruszamy kwestie stylu życia, antypatie żywieniowe albo mody. Pacjenci ulegają wielu takim trendom – mówi dr Katarzyna Kowalcze z Katedry Dietetyki i Oceny Żywności Instytutu Nauk o Zdrowiu UPH.

A uleganie tym modom może się okazać błędne. Jak mówi ekspertka, osoby np. na modnej w ostatnich latach diecie bezglutenowej, często mają problem z dostarczaniem błonnika.

Kiedy brać suplementy?

Już w latach 30. XX wieku ustalono, że podanie ludziom witaminy C pozwala leczyć szkorbut – chorobę polegającą na problemach z syntezą kolagenu, kiedy ludzi bolą stawy, mięśnie i wypadają im zęby.

Potem stwierdzono, że groźne dla zdrowia problemy powoduje też brak witaminy A i kolejnych.

Ale udowodniono również, że nadmiar składników diety również ma poważne konsekwencje zdrowotne. Np. nadmiar witaminy K może doprowadzić do uszkodzenia wątroby.

Co więcej, laikowi trudno czasem ocenić, czy dany objaw to skutek niedoboru czy nadmiaru jakiegoś składnika w diecie. Np. sucha skóra to objaw zarówno niedoboru, jak i nadmiaru witaminy A.

Czasem zaś nawet nie wiemy, że mamy do czynienia z niedoborem czy nadmiarem jakiegoś składnika.

O takiej sytuacji mówił Serwisowi Zdrowie onkolog i genetyk prof. Jan Lubiński z Międzynarodowego Centrum Nowotworów Dziedzicznych Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. Badając związek pomiędzy poziomem pierwiastków w organizmie a rozwojem nowotworów, sam sprawdził sobie poziom różnych mikroelementów.

Okazało się, że jest zatruty cynkiem. Co zrobił? Zmienił dietę.

Z jego badań zaś wynikło, że grubo ponad połowa kobiet w wieku powyżej 60 lat ma zbyt wysoki poziom tego pierwiastka. To zaś grozi rozwojem nowotworu.

Najpierw modyfikacja diety, potem suplementacja

W razie nadmiaru czy niedoboru jakiegoś składnika w diecie zaleca się najpierw zmianę diety.

Jeśli nie podziała, należy poszukać przyczyny porażki takiego postępowania – może się okazać, że powodem niedoboru czy nadmiaru są np. choroby układu pokarmowego lub krwiotwórczego.

Przyjmując suplement „w ciemno” możemy pozwolić na jej rozwój.

Suplementacja zawsze zła?

Przyczyną niedoboru lub nadmiaru jakichś składników może być nie zła dieta, a choroba. Może być też tak, że brak lub nadmiar składników jest jednym z czynników lub podstawowym czynnikiem powodującym rozwój choroby.

Stąd konieczność konsultacji ze specjalistą, a czasami badań diagnostycznych. Istnieją nieliczne sytuacje, gdy bez badań podaje się suplementy (np. niemowlętom na pokarmie matki witaminę K i witaminę D). Tego typu zalecenia są jednak tworzone po wnikliwych badaniach populacyjnych.

Suplementy diety, o ile stosowane z głową i pod nadzorem specjalisty, to jednak dobrodziejstwo. Przybywa na przykład dowodów na to, że określone suplementy doskonale wspierają tradycyjne terapie. Na przykład są dowody naukowe na to, że np. kwasy omega-3 wspierają terapię zaburzeń depresyjnych oraz mogą być przydatne w ich zapobieganiu. Z kolei witaminy B6, B12 i kwas foliowy wspomagają terapię zaburzeń psychotycznych.

– O znaczeniu substancji odżywczych nie piszą już tylko i wyłącznie czasopisma poświęcone odżywianiu i psychiatryczne czasopisma niszowe, tylko główne, na przykład Lancet Psychiatry – mówi dr Sławomir Murawiec, psychiatra i terapeuta, Prezes Naukowego Towarzystwa Psychoterapii Psychodynamicznej.

W tych periodykach prezentowane są wyniki badań populacyjnych i podstawowych, na podstawie których formułowane są zalecenia dotyczące różnych substancji odżywczych, mających znaczenie zarówno w leczeniu jak i profilaktyce zaburzeń.

Suplement to jednak nie lek, nie można go stosować zamiast terapii.

– W psychiatrii mamy trzy elementy: tradycyjne leki i psychoterapię oraz trzeci, nowy – odżywianie, ruch fizyczny. To wszystko razem stanowi interwencję terapeutyczną – mówi dr. Murawiec.

Jak jednak podkreślają wszyscy specjaliści, o uzupełnianiu poszczególnych witamin, kwasów czy minerałów zawsze powinien decydować lekarz. Co więcej, nawet największa garść suplementów nie zastąpi normalnej terapii. Bo suplement to nie lek, a jedynie jego wsparcie. Warto czasami ignorować reklamy. Zwłaszcza wtedy, kiedy obiecują nam szybkie wyzdrowienie.

Anna Piotrowska, Justyna Wojteczek (www.zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Z podwójną dawką magnezu – czy słusznie?

Reklama potrafi uśpić zdrowy rozsądek i pod jej wpływem możemy uznać, że coś jest nam niezbędne. Jeśli dotyczy tzw. produktów prozdrowotnych, możemy mieć problem.

Zwykle nie posiadamy bowiem wystarczającej wiedzy, która pozwalałaby na ocenę ich skuteczności i bezpieczeństwa. A to istotne kwestie dla zdrowia.

Wystarczy już kilkanaście minut w najbliższej aptece, by od stojącej przy okienku osoby usłyszeć prośbę o preparat, który był poprzedniego dnia pokazywany w telewizji. Nic dziwnego, bo…

…reklama dźwignią handlu, niekoniecznie zdrowia

W telewizji, radio, internecie promowane są:

  • leki dostępne bez recepty,
  • wyroby medyczne,
  • kosmetyki,
  • suplementy diety,
  • dietetyczne środki spożywcze.

Niestety, coraz trudniej je od siebie odróżnić, bo niekiedy zawierają te same substancje, a zdarza się, że występują w tej samej postaci. Dla przykładu: bywają reklamy szamponu czy lakieru do paznokci,  które w istocie prezentują nie kosmetyk, a dostępny bez recepty lek o działaniu przeciwgrzybiczym.

Można się pogubić: w zależności od zawartych składników lizak czy tabletka do ssania mogą być lekiem, wyrobem medycznym albo suplementem diety. Te ostatnie często mają postać kapsułek, tabletek, drażetek, saszetek z proszkiem czy ampułek z płynem i wyglądają tak samo jak leki.

W rezultacie zwykle nie wiemy, czy reklamowany preparat to lek posiadający udowodnione działanie lecznicze i znany profil bezpieczeństwa, czy też mieszanina substancji, które bez trudu dostarczymy sobie (zapewne taniej) w zrównoważonej diecie.

Tymczasem jest niebagatelna różnica między lekiem a suplementem diety, zwłaszcza jeśli chodzi o wiedzę dotyczącą ich bezpieczeństwa – m.in. skutków ubocznych.

Suplementy diety nie leczą

W potocznym odbiorze często postrzegane są jako leki pozbawione działań niepożądanych. Niesłusznie.

Są to produkty w formie umożliwiającej dawkowanie, np. w postaci kapsułek, tabletek, drażetek, saszetek z proszkiem, ampułek z płynem, butelek z kroplomierzem, które posiadają status żywności, mającej uzupełniać dietę.

Suplementy mogą zawierać w swoim składzie witaminy, minerały, aminokwasy, enzymy, prebiotyki i probiotyki, nienasycone kwasy tłuszczowe i inne substancje znajdujące się w pożywieniu, które mają powodować działanie odżywcze. Zgodnie z przepisami nie mogą leczyć chorób lub im zapobiegać, gdyż wtedy powinny być traktowane jako leki i spełniać wszystkie stawiane lekom wymagania.

Nie można jednocześnie wykluczyć, że suplement diety, likwidując w naszym organizmie niedobory witamin czy mikroelementów, przyczyni się do poprawy zdrowia. Tak działa np. witamina C, której niedobór wiąże się z obniżeniem odporności i częstszymi zakażeniami wirusowymi czy bakteryjnymi.

Jednocześnie nigdy nie udowodniono, że jej suplementacja u osób, które nie mają niedoboru, w jakikolwiek sposób przyczynia się do poprawy odporności. Co więcej, nie można sobie z niej zrobić w organizmie zapasu na czas ewentualnego niedoboru: fizjologicznie nie mamy możliwości magazynowania witaminy C – jej nadmiar jest szybko usuwamy z organizmu z moczem.

O co chodzi z tym magnezem?

Zarówno niedobór, jak i nadmiar magnezu mogą prowadzić do szeregu zaburzeń. Ale w większości przypadków wystarczająca ilość tego mikroelementu znajduje się w diecie.  Mało tego:  organizm sam reguluje podaż tego pierwiastka i w przypadku diety ubogiej w magnez, z przewodu pokarmowego wchłania się ponad 90 proc. tego mikroelementu; jednak większość dawki zawarta w suplemencie nie wchłania się i trafia do toalety.

Preparaty z „podwójną dawką magnezu” działają zatem głównie na wyobraźnię i nie mają uzasadnienia medycznego.

Wydaje się, że poza nielicznymi przypadkami wyrównywania niedoborów, działanie suplementów diety można porównać do efektu placebo. Ponieważ wierzymy, że zakupiony preparat działa, to jesteśmy skłonni widzieć jego efekt nawet wtedy, kiedy jest trudny do zmierzenia.

Można się nabrać

W opisie działania suplementu diety często znajdziemy mało precyzyjne określenia jak: „wspomaga procesy”, ”przyczynia się do poprawy”, „jest uważany za”. Za to reklamy suplementów diety bez umiaru przedstawiają je jako środki na wszelkie dolegliwości. Kreują rzeczywistość, w której każda osoba pijąca kawę ma niedobór magnezu i powinna łyknąć kapsułkę, zamiast unikać przejadania się, wystarczy przyjąć inną, wspomagającą wątrobę, aby nie utyć – trzecią.

Niekiedy są to zupełnie błędne zalecenia, bo np. preparat mający likwidować tzw. kaszel palacza w rzeczywistości hamuje fizjologiczny odruch usuwania z dróg oddechowych zanieczyszczeń dostających się tam wraz z dymem tytoniowym. Zahamowanie odruchu odksztuszania powoduje, że zostają one w drogach oddechowych.

Często niesłusznie pomija się kwestie bezpieczeństwa uznając, że przecież nie sposób przedawkować np. kiszonej kapusty, która jest naturalnym źródłem witaminy C. Zjedzenie beczki kapusty rzeczywiście jest mało prawdopodobne, ale przyjęcie kilku tabletek zawierających w swym składzie po gramie tej witaminy może spowodować np. kamicę nerkową.

Jak wprowadza się suplement diety

Wprowadzenie suplementu diety do sprzedaży wymaga powiadomienia Głównego Inspektora Sanitarnego.

Brak jest formalnego wymogu prowadzenia jakichkolwiek badań potwierdzających jego skuteczność czy bezpieczeństwo. Jeśli takie badania już są prowadzone, to zwykle są to testy konsumenckie, odnoszące się do zadowolenia z zakupu lub ze stosowania preparatu bez porównywania go z żadnym innym produktem.

Brak jest również zasadniczych ograniczeń dotyczących reklamy. Choć na opakowaniu produktu musi pojawić się określenie, że jest to suplement diety, to nie ma obowiązku przedstawiania tej informacji w reklamie.

Leki

Zanim leki trafią do sprzedaży, przechodzą natomiast trwający średnio 10-12 lat  skomplikowany proces badań i rozwoju obejmujący testy laboratoryjne, prowadzone na zwierzętach badania przedkliniczne, a następnie dzielące się na 3 fazy badania kliniczne z udziałem ludzi. Przed wprowadzeniem do sprzedaży leki testowane są na grupie od kilkuset do kilku tysięcy osób (w fazie I – zdrowych ochotników, w fazie II i III – pacjentów cierpiących na dolegliwość będącą celem działania leku).

Przed rozpoczęciem każdego badania producenci muszą się zmierzyć z koniecznością uzyskania pozwolenia odpowiednich władz oraz pozytywnej opinii komisji bioetycznej. W czasie trwania prób klinicznych prowadzone są kontrole przez inspektorów z rodzimego Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, a nierzadko również z amerykańskiej Agencji do spraw Żywności i Leków (Food and Drug Administration) oraz Europejskiej Agencji Leków (European Medicines Agency).

Przed dopuszczeniem do sprzedaży leki przechodzą zatem skrupulatną ocenę bezpieczeństwa i skuteczności, a rejestrowane są wyłącznie we wskazaniach, dla których udowodniono pozytywny stosunek korzyści do ryzyka. Ponadto wszystkie leki, także te stosowane w badaniach klinicznych, muszą być wytwarzane zgodnie z restrykcyjnymi wymaganiami Dobrej Praktyki Wytwarzania.

Nawet wtedy, kiedy lek jest już na rynku, zbiera się informacje o jego działaniu, m.in. o działaniach niepożądanych. Pacjent może zgłosić działanie niepożądane na formularzu dostępnym na stronie Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Środków Biobójczych lub zgłosić je lekarzowi czy farmaceucie.

Ograniczenia reklamy leków

Reklama leków można obejmować jedynie produkty dostępne bez recepty. Leki na receptę mogą być wyłącznie źródłem informacji kierowanej do fachowych pracowników ochrony zdrowia.

Jak odróżnić reklamę leku od innych? Musi ona mieć dołączony tekst: „Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu”.

Choć samodzielnie ordynowane leki też nie zawsze nas wyleczą, istnieje większe prawdopodobieństwo, że będą wykazywały skuteczność, czego nie zawsze można powiedzieć o suplementach diety.

Dr n. med. Wojciech Masełbas

Źródło: www.zdrowie.pap.pl